|
Klaudia Rogowicz
Chodkiewicz odchodzi! - Akt I
[ czytaj ]
(Mały okrągły stoliczek, członkowie Syndykatu siedzą i piją wino, palą)
Mąż (Pewny siebie): Nowina od Iwa!
Wszyscy: Cóż to?
Mąż: Chodkiewicz umiera, Chodkiewicz, hetman litewską krwią naznaczony, szczodry, chrobry, skazy duchem pozbawiony, choć ciało swoje czasem robi, lecz to przyczyna Lucyfera, nie nasza, ni Pana. Będzie tu, będzie, choć jego życie Kircholmu warte!
Mandy: Evviva l’arte!
Wszyscy: Evviva l’arte!
(Podnoszą puchary i piją wino, śmieją się)
Klaudia Rogowicz
Chodkiewicz odchodzi! - Akt II
[ czytaj ]
(Przed drzwiami do Syndykatu stoją Dido i Chodkiewicz)
Chodkiewicz (Biorąc do ręki jedną z leżących u drzwi czaszek): Vanitas vanitatum et omina vanitas.*
Dido (Przykucając u drzwi): Ach, stara prawda, prawda niezaprzeczalna.
Chodkiewicz (Odłożywszy czaszkę, ze zdziwieniem w głosie): Gdzież mój krzyż?
Dido ( Zakłopotana): Po cóż Ci krzyż, skoro go nie miałeś?
(Zjawia się Konrad w orszaku Syndykatu, Mandy kładzie mu na głowę wieniec, on zamyka oczy, wznosząc ręce ku górze. Justyna i Mandy klęczą u jego boku, pochylając głowy w dół.)
Konrad ( W uniesieniu): Nie masz już krzyża osobo hetmana! Gdy Twe sztandary łamały Szwedzkie kopie, nad Dźwiną roztaczając swój powiew, aż we włosach strach zamieszkał i jakby we śnie mówiła Pytia słowa delfickie. Ja ma rządu dusz połowę, lecz ty mnie przerastałeś, rosłeś w siłę, gdyś na Lenartsona twarz północną podniósł dłoń, krzyż noszony złamałem w pół, boś ty już czysty, choć ciało grzeszyło, Twa dusza jest światłem. Ona mnie przerasta, przerasta twórcę, przerasta Stwórcę, przerasta świat i pęka na narody, zwołując z daleka hordy wielkie. Nie wezwę Cię na pojedynek, nie wygram z Tobą, trzecią władzę masz nad duszami, na ziemi je więziłeś w swych okowach.
Klaudia Rogowicz
Chodkiewicz odchodzi! - Akt III
[ czytaj ]
(Wszyscy są zebrani na wiecu, siedzą w kole, pośrodku stoi Iwo, wyznaczając obrady. Syndykat siedzi pośrodku, niebo na prawo, a wolne duchy na lewo)
Iwo (Wznosząc ręce ku górze): Stawaj się wolo nasza, niechaj Chodkiewicza dusza nie wraca na ziemię, niechaj w niebie przebywa w błogości i jedności swego eteru lub z Syndykatem mapy ludzkie dzieli. Kreatorze, ześlij na nasze głowy swą moc, niech myśli płyną jak rzeka!!
Mąż: Wypraszam sobie jego obecność W Syndykacie! On, on? Cóż, on ino pod Kircholmem łamał szwedzkie szkielety, poezji nie pisał i będzie chciał się rządzić, władzę nam ukradnie i znowu rządy dusz podzieli!
Zamoyski: Mężu, skoro Twa mądrość się wedle Ciebie nad umysł wznosi, czemuście Kochanowskiego, Horacego nie wzięli? Przecież i oni poeci?
Kochanowski (Pewny siebie): Nie wierzę w Syndykat i jego władzę, to Bóg rządzi, a nie jakiś Syndykat, odszczepieńcy, szaleńcy, bezbożnicy! Kto wam dał władzę, nieistnienie świata? Kto wam dał władzę?
Klaudia Rogowicz
Człowiek, który znał Erika Sparre
[ czytaj ]
(Uniwersytet w Padwie, dziedziniec, młody Risto Ahonnen siedzi na schodach ze swoim bratem Jussim.)
Jussi (ziewając): Wiosna przyszła w progi nasze, magnolia na dziedzińcu rozkwita klasztornym, a motyle wokół niej jakoby cukierki żywe, koła zataczają i czasem ochota mnie bierze na język tę słodycz przelać!
Risto: Ach, poeta z Ciebie będzie doskonalszy od Dantego, ty masz duszę stworzona do piękna, a ja co widzę? Chmury, niebo miasto, ty to byś zaraz nazwał statkami płynącymi nad rafami domów, nie mam takich pięknych myśli i o to mi żal.
Jussi: Nie martw się, , każdemu Pan coś dał, ja poezję w duszy mam, ty w umyśle masz skrzydła, on jest od ducha trwalszy, nie upada, nie wznosi się, w miejscu stoi, ale umysł czucie gubi, kto głowy używa, głazem jest.
Klaudia Rogowicz
Ostatni ryk lwa
[ czytaj ]
(Obóz szwedzki pod Lützen, na dworze siedzi dwóch mężczyzn, oświetla ich księżyc.)
Olof (okrywając się szczelniej płaszczem.): Usta moje wpół zamarzły słowa, gdy wiatr swój blask w nosa wbił przestrzenie, ciężko tak wydobyć głosu szmer, gdy chłód świat spowija i niebo przygasa nad nim, bo się Pan gniewa o krew przelaną, o pola szkarłatem zroszone, lecz nie szronem. Zobaczycie, Peter, jeszcze szarańcza nam na głowę spadnie znienacka!
Peter: W niebie spokój widzę, księżyc blaskiem przyspiesza i faluje światło na kosmyka końcu. Pan luteran kocha, bo prawdę poznali w kurzu ukrytą dziejów, a ona dała im wyzwolenie! I Jego ręka ku radości wiedzie, choć w wojnie my dziś, jutro pokój tu wieczny, króla Jegomości dłonią sygnowany.
Olof: Pewność zabija, bo i cienie się kładą ze sławą do łóżka się kładą i ją tarmoszą, a ona cała zlękniona, że nie pozbyli się kochanka nocy.
Klaudia Rogowicz
Ture i Inni
[ czytaj ]
(Pod sądem królewskim stoją : Ture Bielke, Erik Sparre i bracia Baner.)
Ture (zrozpaczony): Życia przekleństwo! Już początek wiosna szykowała, gdy tu końce rysują.
Erik (Próbując go pocieszyć): Niebiosy Tobie otwarte, więc porzuć to, co pod płaszczem skrywasz.
Ture: Ciężko, gdy córka ojca w gwiazdach szuka, na traktach wypatruje, a on gdzieś w dali.
Erik: I za mną tęskinć będą.
Gustaf: Nasz los ten sam, zawodzenie nasze nich w niwecz pójdzie.
Sten: Wyrok wyrokiem, życie życiem , choć ono jeszcze trwa.
Ture: I trwać wnet przestanie.
Gustaf: Lecz w szczęście przejdzie wieczne.
Klaudia Rogowicz
Zamek
[ czytaj ]
(Komnata zamku Vadstena, król jest po kąpieli, ma krocze zasłonięte ubraniem. Jest zamyślony.)
Król: Ależ ściana cień odprowadza w kąt. Te kwiaty zdają się krwawą głową smoka z drakkaru *.
(Patrzy w okno.)
Zachodzi, zachodzi i nie wiem, czy dla mnie wróci tu…
(Ubiera się.)
Niebo takie wczoraj przejrzyste, a dzisiaj idą z zachodu tumany.
(Patrzy na ścianę.)
Pęknięta na pół, źle się brali, zbytnio Bałtyk w zielonym szkle im zaszumiał…
(Siada.)
Oj, Vadsteno, klejnot to ty jesteś dzięki Katarinie*, tak ją ojciec miłował, że Ciebie jej dał, i jej nie ma, jego nie ma, tylko ja jestem…
Klaudia Rogowicz
Białe Miasto
[ czytaj ]
Postać:
Mężczyzna
(Siedzi mężczyzna na kamieniu i duma.)
Świat jest wart tyle, ile nasze marzenia, czyli jednym słowem nic.
(Idzie w rytm spokojnej muzyki i kładzie się na torach.) ...
Klaudia Rogowicz
Człowiek zmieniający się w orła
[ czytaj ]
Człowiek (spokojnie): Przybywa, przybywa, ogień nad ogniami. Waha się nade mną, czy wziąć w swe ramiona porywu, czy nie.
(Zniża ton.)
Nigdy nie było źle, nigdy nie było dobrze. Ludzie zawsze mi mówili, że jestem Tylku gruzem leżącym przy torach, na który plują Ci z rynsztoka waszych koszmarów.
Nie znałem miłości, bo wszyscy mówiliście ,że muszę najpierw iść nocą, by kogoś pokochać.
Nie znałem trwogi, choć bodły mnie te kozły z zakamarków miasta, patrzyłem pokornie, modląc się o wyzwolenie, cicho tak i pogodnie ...
Klaudia Rogowicz
Dawno, dawno temu…
[ czytaj ]
(okolice Szegedu, noc, rok 1715, koniec powstanie Rakoczego. Siedzą , on, jego żona, oraz Zofia, branka.)
Zofia (wtulając się w niego.): Boję się nocy!
(Płacze.)
Rakoczy: Nie płacz miła, gdy takie me zmartwienie.
Zofia: Weźmy naszych i idźmy!
Rakoczy: Pomyśl, Zosiu, gdy nas rozbili !
(Zofia znowu płacze.)
Żona: Och, Ferencu, co za brankę wziąłeś, że korzy się tylko i płacze?!
Rakoczy (klepie Zofię po ramieniu.): Dobra dziewczyna z niej, to anioł jest, nie istota...
|