|
Ale były to tylko przejściowe sytuacje. Generalnie ceniła sobie swoją wolność i niezależność. Co nie oznacza, że nie chce założyć tak zwanej rodziny, ale przecież nie będzie się spotykać z kimś kto rodzinę już ma. Ech westchnęła ciężko, i podążała dalej za Inez, w nieznanym kierunku. Zdążyła jeszcze pomyśleć, że ani faceta ani papierosa, gdy dosłownie weszła na plecy kochanki.
Zatchnęło ją, z nieoczekiwanej sytuacji, jak i widoku który przed nią się rozpościerał. Wstrzymała oddech, spoglądając z niedowierzaniem. To się nazywa natura. Niesamowity pejzaż i jednocześnie hałas. Kaskada zlatująca z przeogromną siłą tętniła życiem. Przepełniona energią, siłą, mocą. Skupiające światło słońca zbierało w sobie kolory mieniącej tęczy. Wydobywający się odgłos zlatującego kaskadą wodospadu podziałał na wyobraźnię. Już przymykała oczy, uaktywniając syntetyczne spojrzenie. Wiedziała. Wiedziała, że w tym momencie w prawej półkuli mózgowej rozpoczyna się powolny proces tworzenia, nowego dzieła w postaci obrazu. Jak zwykle będzie to praca nierozerwalnie związana z twórczym przekazem. Inspirującym do myślenia. Do zatrzymania się, i zastanowienia. Nad sobą, życiem a czasami nawet nad światem. Uwielbiała ten stan. Balansowania na pograniczu twardej, czarnej realności z nićmi łączącymi wodze fantazji. Zaczynała nieposkromionymi myślami odbiegać od życia tu i teraz. Czuła przedsmak nieznanego. Wciągało ją to, pochłaniało. Niewiadoma dotycząca tematu, jaki umieści na płótnie. Jak będzie go rozwijać zarówno pod względem kolorystyki, głębi i linii perspektywicznych. Kochała to. Bez tworzenia nowych płócien, nie potrafiła żyć. To było niczym heroina. Momentami dawała jej skrzydła, które nieoczekiwanie miała podcięte. Wzloty i upadki. Narkotyk krążył w jej żyłach od zawsze. Bogu dziękowała, że ma talent i w ten sposób może z siebie, uzewnętrznić drzemiące pokłady wszystkiego. A, że jeszcze płacono za to, sytuacja była komfortowa.
Do szczęścia brakowało jej tylko partnera. Odpowiedzialnego nie tylko za swoje słowa, ale również czyny. Dobrego z natury, a nie stwarzającego pozory dobroci. Takiego który by ją zaakceptował i pokochał dokładnie taką jaka jest. Z odrobiną szaleństwa. Echhhh wyrwało się jej z głębi duszy. Gdzie ja takiego znajdę? Posmutniała.
Zamyślona, stanęła obok Inez. Gdyby ktoś teraz na nie popatrzył, na pewno by stwierdził, że ładna z nich para. Inez jakby wyczuła zmianę nastroju u dziewczyny. Objęła swoim ramieniem smukłą sylwetkę, i w przyjacielskim geście przytuliła ją. Wzajemnie poczuły ciepło i zapach swoich ciał. W pełni nie zdawały sobie sprawy z tego, że emanują na siebie. Tak zwane feromony szalały, i pobudzały szyszynkę do zdwojonej pracy, czy też odwrotnie. To w tej chwili bez większego znaczenia. Był to fakt niezaprzeczalny. Wokół nich, i nad nimi krążył wianuszek, to mało powiedziane. Właściwe określenie to, dożynkowy wieniec lepkich zespolonych feromonów. A one obydwie jeszcze niczego do końca nie świadome, żyły chwilą. Nie zastanawiały się i nie zgłębiały tematu. Dlaczego? Czy dlatego, że były tej samej płci? Zresztą kiedy?. Wszystko rozgrywało się w szalonym tempie, i bazowało na seksie. Na tej podstawie naprawdę nie można zbyt dużo powiedzieć, o innej osobie a co dopiero o całokształcie ich życia. Stały tak, przytulone do siebie. Jednocześnie wpatrywały się długim spojrzeniem na hałaśliwie spadającą wodę, która ulatywała nie wiadomo dokąd. Widok godzien zapamiętania i utrwalenia. To był żywioł. Siłą rozpędu, zniszczy na swojej drodze wszystko co spotka. Człowiek potrafi w takich sytuacjach bezradnie rozłożyć ręce i się modlić. Życie, natura uczą nas pokory.
Wyglądały jakby nie tylko ich ciała się ujednoliciły, ale również myśli. Sprawiały wrażenie spokojnych. Lecz było to pobieżne wrażenie. Powoli każda w swoim tempie powracała do rzeczywistości. Myślami jeszcze błądziły po arkanach swojego życia, które nieoczekiwanie miało je połączyć. Póki co były tego nieświadome. Wyregulowały oddech. Z uśmiechem popatrzyły na siebie długo i przeciągle. Zaczęły nawzajem wpatrywać się w swoje wnętrze. Jakby coś tam dostrzegały. Nie wnikały w to- patrzyły. Zamyślone trochę, niby zamglone, dwie postaci. Nie dotykały się. Te spojrzenia były badawcze, ale jednocześnie niosły w sobie jakiś przekaz. Coś głębszego, niż tylko widoczna gołym okiem powierzchowność. Było im z tym dobrze. Ot tak po prostu.
Słoneczna przechyliła głowę na ramię, przymrużyła oczy. Wiatr wplątał się w jej długie gęste włosy. Jakby chciał się zespolić z jej myślami. Sygnalizował, że nie jest taka sama i samotna. Chciała, żeby uniósł ją do góry. Żeby mogła z lotu ptaka spojrzeć i ogarnąć świat, a w szczególności swoje życie. Które czasami męczyło, czasami bawiło lub intrygowało, i nie dawało odpowiedzi na zadawane pytania. Z przymrórzonymi powiekami duchowo odleciała, w przestrzeń. Balansowała. To był ten stan który uwielbiała. Pogranicze realności, ucieczka w marzenia.
Mile zaskoczona poczuła na swojej nieobecnej twarzy, ciepły delikatny dotyk. Leniwie uchyliła powieki, i zobaczyła uważnie wpatrzoną twarz Inez. Było jej dobrze i bezpiecznie. Dziwne pomyślała. Właśnie tak chciałam się poczuć w obecności mężczyzny, a jestem przecież w towarzystwie kobiety. Jak to było w jej zwyczaju, głęboko westchnęła. Ponownie przymknęła rozmarzone oczy, i wtuliła się drobną dłoń. Która na tą chwilę, była dla niej ostoją.
Czy to naprawdę takie ważne, że ona nie jest facetem? Jakie znaczenie dla nich dwóch ma ten fakt, że są takiej samej płci.
Tak na dobrą sprawę wszystko wskazywało przynajmniej do tej pory, że są w ustronnym miejscu, opuszczonym przez ludzi i mas-media. Można do tego podejść, niech się dzieje co chce. Albo chwilo trwaj. Były na takim etapie, że nie znały swoich oczekiwań, a co dopiero mówić o pragnieniach, skrytych marzeniach czy też fantazjach. Czy wyuzdanych myślach. Tak właściwie, co to słowo oznacza z początkiem XXI wieku? W czasach gdzie wszystko jest nie tylko normalne, ale i dopuszczalne. Gdy zaniknęły bariery moralności i już nic nie szokuje. Rzeczywistość jest ulotna, i trwa tylko jedno westchnienie, niczym śmierć. Bo przecież wszystko niezaprzeczalnie do niej zmierza. Uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo, i objęły w przyjacielskim geście. Było im dobrze i powiało łagodnością.
Jakby bestia straciła wykonawczą moc. Lecz była to tylko maska. Inez panowała nad sytuacją. Nie dawała tego po sobie poznać. Wiedziała jak postępować, żeby nie stracić zaufania. Nauczyła się w przeciągu swojego życia trzymać rękę na pulsie, nad poczynaniami innych osób. W szczególności zaś, tych na których jej z pewnych względów zależało. To ona podejmowała decyzje, i rządziła z nieskrywaną satysfakcją. Lubiła to.
Jak również, strzelać z broni krótkiej palnej, i głęboko zaciągać się papierosem. Czasami w całkowitej skrytości ducha tylko sama przed sobą, przyznawała się do tego, że bardzo żałuje iż nie ma penisa. Był jej potrzebny do udowodnienia swoistego rodzaju męskości. Kilka dni temu czytała artykuł napisany przez znanego psychologa, który nazwał to kompleksem kastracyjnym. Czy coś takiego. Nie interesowała ją akademicka terminologia. Stwierdzała na sobie suche fakty i naginała do nich ludzi. Przez te wszystkie lata nauczyła się to robić prawie po mistrzowsku. Tym bardziej będąc kobietą znała ich psychikę, i schemat myślenia. Czyli o 50% miała ułatwione swoje zadanie.
Było jej do twarzy z tym, jak lubiła o sobie w ten sposób myśleć. Bezkarnie bawiła się cudzymi emocjami, swoje zostawiając w stanie nietykalnym. Ale z tą nową było jakoś inaczej. Sama to przyznawała. Nie wiedziała dokładnie dlaczego, ale intuicyjnie to wyczuwała.
Cholera pomyślała, bez związku. Żeby dać mi takie babskie miękkie imię. Agnieszka. Jezu Chryste. Jak jakaś babcia wachlująca się, i omdlewająca na widok byle faceta. Dobrze że jest XXI wiek i zamiast spolszczonej Agnieszki, przedstawiam się jako Inez. Hiszpańska wersja tego imienia. Zakończenie na „z” żeby nie było wątpliwości, że ma być krótko i twardo. Wiadomo ona tu rządzi.
I tak słoneczna wprowadziła w jej życie jakiś dziwny zamęt. Nie potrafiła się skupić, a to ją dezorganizowało. Nie mogła w pełni panować nad sytuacją, wytrącało ją to z rytmu. Nie była przyzwyczajona, a raczej odzwyczaiła się od tego. Nie jest już dzieckiem, którym można bezkarnie pomiatać, lekceważyć i ustawiać na baczność. Teraz ona to robiła. I nie dopuści, żeby miało być inaczej.
Pod żadnym pozorem. Lata całe trwało zanim sobie wypracowała taki sposób postępowania. Nikt tego nie zburzy. Nawet niech nie usiłuje, bo każdego bezpardonowo zniszczy.
I tak obydwie razem, ale zupełnie z odmiennymi myślami, zarówno na swój temat, jak i wizerunek życia, spokojnym miarowym krokiem, weszły na polanę usianą polnymi makami. Zza pleców dobiegał jeszcze odgłos kaskady porywistego wzburzonego szumu wody, a przed oczyma ukazał się widok jak z bajki. Żywa czerwień falująca zielenią, mieniły się w blasku słonecznych promieni. Dookoła rozciągała się równina. Linia horyzontu była jednostajnie prosta. Niebo nabrało kolorów przepastnego lazurowego błękitu. Dziewczyny miały wrażenie że się znajdują w raju. Stały wpatrzone w ten widok, zastanawiały się czy śnią. Wiatr łaskotał delikatnie ich młode wyrzeźbione sylwetki. Mrużyły oczy, przed słońcem bezlitośnie wdzierającym się do ich źrenic.
Słoneczna nagle zapragnęła pozostać tutaj sama i boso chodzić po ziemi. Tak żeby czuć przepływ energii. Z rozpuszczonymi włosami, luźno opadającymi na nagie ramiona. Z głową i rękoma uniesionymi do góry, ufnie powierzyć swoje życie Bogu. Nie myśleć o tym co było, nie bać się przyszłości. Tańczyć w powiewnej sukience, której materia by muskała zieleniejącą trawę, i wplątywała się w czerwieniejące maki. Koniecznie chciała czuć wolność i nie zastanawiać się nad sensem życia. A raczej jego bezsensem. Chciała mieć swój mały własny świat, do którego tylko ona by miała nieograniczony dostęp. Ocknęła się, nie była sama.
Obok niej stała milcząca, tak na dobrą sprawę obca jej kobieta. Poznała tylko jej ciało, a to stanowczo zbyt mało. Zdziwił ją tok myślenia. Przecież to kobieta, a więc o związku raczej mowy być nie może. Ech ofuknęła siebie w myślach. Co też chodzi mi po głowie. Przecież całe życie przede mną. Mogę je sobie ułożyć z mężczyzną. Normalnie jak większość ludzi. Dom, dzieci, rodzina- może gdzieś w tym wszystkim znajdzie się miejsce dla mnie? Może odnajdę się w stereotypie, a swoją indywidualność przeleję na płótno, i wszystko będzie dobrze. Tak sobie dziwnie rozmyślała. Nieświadomie oszukiwała siebie. Nie było to takie proste jak przypuszczała. Miała wielką osobowość i dlatego trudno jej było znaleźć partnera na dłużej. Wszyscy chcieli ją zdominować tylko z tej racji, że są mężczyznami. Dla niej nie był to żaden argument.
Była indywidualnością, a nie malowaną kobietką, która ma kredki w głowie jak jej koleżanki, które biegały co tydzień na dyskoteki, usilnie poszukiwały mężów wśród oparów alkoholowych i nikotynowego dymu. Młodzi mężczyźni reprezentujący sobą klasę „0”.
Z klasy „0” słoneczna zainteresowana była li tylko zabytkami, na pewno nie ludźmi. Nie mieli do zaoferowania nic, oprócz swojej męskości którą chcieli świat zawojować.
Taaak, Tyna i Aniela uwielbiały to. Gdy zamroczeni i naćpani torując sobie drogę, popychali je w tańcu bez słowa przepraszam, a one głupkowato się uśmiechały i były skłonne przepraszać ich. Byle tylko zwrócić uwagę na siebie. Inne potrafiły się pobić o chłopaka.
I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno temu to mężczyźni bili się o kobiety. Jedno stulecie wcześniej, białą rękawiczką policzkowali w twarz i wyzywali na pojedynek. No tak teraz wszystko się pozmieniało. Rękawiczki zakłada się tylko w okresie jesienno-zimowym. W twarz nawet nie patrzy, tylko skrupulatnie unika się wzroku rozmówcy. Dziewczyny na dyskoteki nie zakładają nawet stringów , żeby było szybciej. Czasami odnosiła wrażenie, że urodziła się w nie odpowiednim czasie. Za późno. Nie potrafiła się odnaleźć w rzeczywistości. Jest typ kobiet, które pozwalają się lekceważyć i zeszmacić. Jakby sprawiało im to przyjemność. Jeżeli same się nie uszanują, to nikt nie będzie je szanować.
Szły powoli, wśród polnych maków i promieni słonecznych. Obok siebie ledwie się muskając przez przypadek dłońmi. Nagle Inez wykonała gwałtowny obrót, zastąpiła drogę, i rozpaczliwym głosem powiedziała.
- Zostań ze mną. Tak długo jak możesz zostań. Proszę.
Było to niebywałe. Ona, władcza dominująca, nagle prosi zamiast mówić rozkazującym tonem. Zatrwożona myślała, co się ze mną dzieje? Dlaczego przy niej zachowuję się inaczej niż dotychczas? Co jest takiego w tej dziewczynie, że postępuję irracjonalnie? Dosłownie przy niej głupieję.
Słoneczna gdy usłyszała tą prośbę zatrzymała się, i ze zdwojoną uwagą zaczęła się przyglądać swojej rozmówczyni. Pierwsza myśl jaka jej przyszła do głowy była, dlaczego nie. Co mi szkodzi, i cóż takiego mam do stracenia? No właśnie. Nareszcie trochę odmiany wejdzie w moje ciche życie. A tego przecież nieustannie potrzebuję. Dodatkowych bodźców, aby móc tworzyć. Chwilowo nie mam żadnego faceta, a Inez jest, jakby na to nie spojrzeć przystojną kobietą.
Kierowały się w stronę świerkowego lasku. Właściwie był to gaik, w którym radośnie świergoliły ptaki. Szły w cieniu drzew, zatopione we własnych myślach. Ich dłonie się połączyły. Słoneczna z uśmiechem opuściła głowę natomiast Inez automatycznie się wyprostowała. Zadowolona, że ponownie czuje ciepło idącej obok dziewczyny. Każdej na swój sposób było przyjemnie i dobrze, obydwie były szczęśliwe. Miały potężny bagaż doświadczeń życiowych, doznały dużo złego. Bieg życia chwilowo przykrył to, wygładził. Nauczyły się jak najmniej myśleć o tym, co z przeszłości czasami jeszcze bardzo je bolało. Przed nikim tych ran nie okazywały. Tylko same przed sobą , były świadome bólu jaki wywierają na nie wspomnienia. Jak fizycznie bardzo boli, to co już było i wryło się w ich pamięć. Nie potrafiły się od tej przeszłości uwolnić. Szarpała nimi od wewnątrz, gniotła i uwierała. Czasami walczyły o oddech. Bo w stresie czasami i to zabierała. Nie potrafiły skutecznie od niej się odciąć. Przeszłość ciągnąca się za nimi dusiła je. Czasami wyły z rozpaczy. Z bezradności i utraty dzieciństwa. Były osamotnione i same. Intuicyjnie wyczuwały, że są sobie bliskie. Że jest coś więcej niż samo cielesne zbliżenie. Że łączy je cień minionego życia. Spacerowały wewnętrznie wyciszone, jakby dopiero teraz narodziły się wzajemnie dla siebie.
Słoneczna spokojnym gestem wysunęła swoją dłoń, z ręki Inez. Odeszła od niej kilka kroków. Inez z zadowoleniem przymrużyła oczy. Patrzyła z zachwytem, jak dziewczyna powoli obraca się wokół własnej osi. Długie włosy i suknia wirowały wraz z nią. Robiły wrażenie fruwających emocji. Swoboda ruchów spowijała ulotność.
Zaskoczona Inez poczuła jak po jej policzkach spływają łzy. Zszokowana dotknęła jednej z nich, przyłożyła do ust. Poczuła , że mają słony smak. Nie wierzyła w to, że płacze. Publicznie. Przed nowopoznaną dziewczyną, ptakami i leśnymi zwierzętami. Zieleniejące iglaste drzewa były świadkiem jej uzewnętrzniających się, latami tłumionych emocji. Nie kontrolowała ich bo nie zdawała sobie sprawy, że nadal płacze. Łzy leciały jej po udręczonej twarzy. Osunęła się na kolana, oburącz ścisnęła się w pasie. Z krtani zaczął się wydobywać jęk. Cichy monotonny. Z wolna przeradzał się w jednostajny skowyt.
Słoneczna tańczyła luźno, swobodnie. Zatracała się w tym co robiła. Dawno tak nie tańczyła. Cała sobą z jestestwa, z poczęcia, rozpaczy i bólu. Spływające łzy zaczęły moczyć jej dekolt. Nie zwracała uwagi, nie czuła tego. Tańczyła w rytmie swojego życia nie przerwanie. Rozluźniała napięte mięśnie. Zaczęła odczuwać ulgę tego jej brakowało. Już dawno tak się nie oddawała tańcowi. Była pochłonięta tym co robi. Miała tylko świadomość fizycznej obecności Inez. Było to jakby poza nią, i jednocześnie w niej. Tańczyła. Całe jej życie było w tym tańcu. W sercu miała chaos. Ktoś jej powiedział, że serce to tylko organ. Ona tak nie umiałą. Jak kochała, to całą sobą. Potrafiła wszystko rzucić i pójść za swoją miłością. Wiele by zrobiła żeby być kochaną. Aby mogła czasami słyszeć miarowy oddech na poduszce obok siebie. Czuć w męskich ramionach bezpieczeństwo. Tak bardzo bolała ją samotność. Czasami się zastanawiała, że chyba nie jest jej pisane szczęście z drugą osobą. Że przyszła na ten świat aby w samotności tworzyć, doznawać i cierpieć. Myślała , że zwariuje od tego. Od tego, że mogła liczyć tylko na siebie. Że sama zasiada do stołu, a łóżko jest wyziębione i jej ciało też. Trwała w takim stanie od ładnych kilku miesięcy. Źle się z tym czuła. Brakowało jej wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z mężczyzną.
Beata Krystyna Mrowińska (BKM)
Data dodania: 05.09.2009
Komentarze
|