|
LEGENDA... O NIM
Był 2009...początek roku, może pierwszego-drugiego stycznia... pamięć zawodzi. Jak zwykle rankiem poranna kawa... Śniadanie ? tak... to czas przyszły. Poranny spacer wzywa, papieros...nigdy nie palę w domu. Lubię dym, ale tylko w chwili gdy palę papierosa. Ach..ten mój ulubiony park. Latem pełen łabędzi i dzikich kaczek.
A dzisiaj pokryty taflą lodu... Tak...stał jak zwykle z głową uniesioną ku niebu. Twarz przysłaniał mu kaptur... zastanawiałem się co się stało, zawsze miał ten kowbojski kapelusz... coś się stało... zastanawiałem się... Był jakiś inny. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Odwrócił się słysząc me kroki. Jego piękne piwne oczy były przepełnione smutkiem.
Sorry.... piszę jakbym opowiadał o kobiecie. Wzrok wpatrzony ciągle w tym samym kierunku, jakby błądził szukając czegoś, lub kogoś. Podszedłem bliżej... stał nieruchomo jak obraz, a przecież byłem zaledwie o dwa kroki od niego.
- Masz papierosy ? - zagadnąłem chcąc nawiązać rozmowę. Zawsze mnie intrygował jego sposób zachowania, poruszania, jego ubiór. Był jakiś inny... umiał wyróżniać się z tłumu. Nawet jego głos...ton, był jakiś wyjątkowy, jego spojrzenie, a dzisiaj ? ...
Dzisiaj to jakby ktoś inny... Wyjął pogiętą paczkę papierosów... zaciągnąłem się, ach... ten cudowny zapach, ten dymek... jakże mi go brakowało. Zaciągnąłem się po raz drugi, ukradkiem spoglądając w jego oblicze. Zauważyłem pod maską człowieka, człowieka cierpiącego.
- Usiądziemy - zaproponowałem. Spojrzał mi głeboko w oczy, poczułem przenikający ból... to nie możliwe, pomyślałem. Czytałem o tym, ale nie doświadczyłem nigdy na sobie.
- Dlaczego ? - spytałem
- szukam... czekam... - rzekł
- czego/kogo ? - zapytałem nieśmiało
- przeszłości szukam - nadal wpatrywał się nieruchomo w błękit nieba.
- posłuchaj - głos jego lekko się załamał - był niedzielny poranek... słonko dopiero co wzeszło... dziecko śniadania pragnęło... wstała i wyszła... sklep skoro świt otwierali... ale wcześniej była sobota, ktoś za dużo wypił... rankiem wsiadł do wozu... oczy mętne... zjechał na chodnik... dziecko śniadania nie jadło tego ranka... matka nie wróciła z zakupów... a przecież miała tylko dziesięć metrów do sklepu... kałuża...kałuża krwi i krzyk przechodnia przeszył poranną ciszę - urwał nagle i... widziałem... po twarzy spływała kropla łzy...
Grzegorz Drozdowski (Gmatrix) 15.08.2009.
Data dodania: 03.09.2009
Komentarze
|