Jan Siwmir      Info o Autorze

POEZJA W MALARSTWIE



Jurka Dołżyka po raz pierwszy zobaczyłem na You Tube, jak w czarnym kapeluszu, garniturze i białej koszuli z wystającymi spod marynarki rękawami, śpiewał na wernisażu Lucyny Pawlak. Spodobało mi się, ale nic jeszcze mnie nie tknęło. Dopiero kiedy spotkaliśmy się w siedzibie warszawskiego RSTK-u i dowiedziałem się, że gra na gitarze, rozpoznałem w nim tego mężczyznę, którego miałem okazję podziwiać. Zaraz potem zobaczyłem jego obrazy. I to był prawdziwy szok. W tym miejscu powinienem przez przynajmniej pół strony opisywać jak to nie cierpię abstrakcjonizmu. Żeby jednak Państwa nie zanudzić, poprzestanę tylko na stwierdzeniu, że rysowanie kółek i trójkątów zawsze nieodparcie kojarzyło mi się z oznaczeniem toalet, a przyznacie, że nie jest to skojarzenie przystające do sztuki. Tymczasem Jurek wcale figur geometrycznych nie maluje. Posługując się barwą, plamą i liniami, na płaskim obrazie stwarza takie wrażenie trójwymiarowości i przestrzeni niczym gra świateł na niebie. Okazuje się, że ten nurt abstrakcjonizmu nazwany został abstrakcją liryczną, a pierwszym tego typu dziełem okrzyknięta została „Akwarela abstrakcyjna” Kandinsky’ego. Upraszczając, w abstrakcji lirycznej nie chodzi o przedstawienie przedmiotu takiego, jakim go widzi większość ludzi, ale zamiarem twórcy jest pokazanie wrażenia, jakie odczuwa, znajdując się w danym miejscu, w określonym otoczeniu i słysząc takie, a nie inne dźwięki.
Stanisław Jerzy Dołżyk, czy też, jak ja go nazywam, Jerzy „Stan” Dołżyk zawęził jeszcze bardziej definicję uprawianej przez siebie abstrakcji. Oddajmy mu głos:
- Wychowałem się na piosenkach Jacka Kaczmarskiego. Przeżywałem je (i przeżywam nadal) bardzo mocno, były dla mnie osobistym i niezwykle dojmującym doświadczeniem. Kiedy okazało się że Jacek prawdopodobnie nie będzie mógł używać głosu, pomyślałem że malując obrazy do jego piosenek złożę mu hołd i podziękuję, bo przecież to co stworzył jest tak ważne w moim życiu.
Pierwszy cykl obrazów nosił tytuł „Lot Ikara” i wzbudził ogromne zainteresowanie. Drugi cykl zatytułowany „Rękopisy” dopiero co został ukończony. Po raz pierwszy mogliśmy go obejrzeć w warszawskim Domu Kultury „Kadr”, dzięki kierowniczce tamtejszej Galerii – p. Annie Sobol.
Renata Birska otworzyła galową część wernisażu piosenką „Feniks nieodgadniony”, Jurek, jak zwykle podczas prezentowania swoich obrazów, zaśpiewał kilka piosenek Kaczmarskiego, ja miałem przyjemność odczytania wiersza, specjalnie napisanego na tę okoliczność. Obrazy zostały umiejętnie wyeksponowane na wszystkich czterech ścianach pomieszczenia, wino postawiono na rozesłanym szarym płótnie. Całość kompozycji była starannie przemyślana.

Po wernisażu udało mi się umówić (choć trudno było się dopchać) z Jurkiem na wywiad.
Jan Siwmir – Powiedz, jak długo zajmujesz się malarstwem?
Jurek Dołżyk – Ponad 30 lat.
Jan Siwmir – Od początku była to abstrakcja liryczna?
Jurek Dołżyk – Skądże! Malowałem jak Pan Bóg przykazał. Koń musiał mieć cztery kopyta, pysk, ogon i grzywę, słońce było na niebie, a kwiaty stały grzecznie w wazonie. Dopiero kiedy trafiłem do pracowni Jacka Bukowskiego, przy warszawskim Robotniczym Stowarzyszeniu Twórców Kultury, otworzyły mi się oczy na poezję w obrazie.
Jan Siwmir – Takie olśnienie? Zobaczyłeś co robi p. Bukowski i też tak chciałeś?
Jurek Dołżyk – Nic podobnego. Przyznam się, że na początku trudno mi było wyjść poza schemat w jakim się do tej pory poruszałem. Niby rozumiałem co Jacek do mnie mówi, że mam nie zastanawiać się jaki jest talerz i jak namalować jego wzorek, ale mam skupić się na tym jakie on na mnie robi wrażenie. Jak Jacek mówił, wszystko było jasne. Już, już myślałem sobie, aha, wiem o co chodzi. Za jakiś czas wszystko uciekało i znowu byłem ciemny jak tabaka w rogu.
Jan Siwmir – Na początku mocno się musiał twój mistrz namęczyć, żebyś jednak darował temu konikowi przynajmniej kopyta i ogon?
Jurek Dołżyk – Po cichu ci powiem: na początku malowała za mnie moja partnerka, Ania. Nie zajmuje się w ogóle malarstwem, ale szybciej „załapała” ideę przenoszenia wrażeń i odczuć na płótno. Ona po prostu nie była obciążona całym bagażem doświadczeń związanych z malowaniem konkretnych, materialnych rzeczy.
Jan Siwmir – Pamiętasz moment, w którym pomyślałeś sobie: o właśnie, o takie coś chodziło.
Jurek Dołżyk – Przytoczę ci taką anegdotę. Byłem jakieś sześć lat temu na pierwszym, nadmorskim plenerze z Jackiem Bukowskim. Wieczorami, przy zachodzącym słońcu robiliśmy kredkami pastelowymi „notatki” z relacji kolorów na różnych materiach. W ciągu dnia trzeba to było zinterpretować malarsko, rozwiązać problem zależności wpływu jednego koloru na drugi. Obcując z otoczeniem, czyli przestrzenią, zapachem i wrażeniami słuchowymi musieliśmy wyrazić w sposób ekspresyjny swoje emocje i uczucia. Jacek powiedział krótko: kto chce niech maluje, kto chce zrobić sobie przerwę, może pójść na spacer albo poleżeć, ale było jasne dla wszystkich po co tu jesteśmy. Sam poszedł kilkanaście metrów dalej i rozłożył się na ręczniku. Pamiętam że odszedłem na chwilę od sztalugi, żeby coś zjeść, do mojego obrazu zaś podeszły dwie starsze panie. Popatrzyły na obraz, potem na niebo, na mnie, znowu na obraz, na morze, na mnie, rozejrzały się i poszły dalej. Patrzę, a tu kilka chwil potem leci Jacek, najwyraźniej zmierzając w moim kierunku. No, myślę sobie, ani chybi chce mnie opietruszyć, że nie maluję. Kanapka stanęła mi w gardle. Jacek nawet nie spojrzał na obraz, tylko stanął przede mną i krzyczy: „Dobrze, tak trzymaj, tak ma być!” Co się okazało? Babcie poszły kawałek dalej, zignorowały leżącego Jacka i jedna do drugiej mówi: „Ten pierwszy z brzegu to ma nieźle nawalone we łbie”. Według Jacka znaczyło to, że rozwiązanie tematu idzie w dobrym kierunku. Zwykłemu odbiorcy obraz ma się wydawać całkowicie oderwany od rzeczywistości.
Jan Siwmir – Namalowałeś już jeden cykl obrazów poświęcony Kaczmarskiemu. Był niepełny? Źle zrealizowany?
Jurek Dołżyk – Absolutnie nie! Wyszperałem, po prostu, na stronie poświęconej Kaczmarskiemu, jego zeskanowane rękopisy. Mogłem zobaczyć jak dochodził do końcowych wersji piosenek. Były skreślenia, poprawki. Pomyślałem że coś takiego przełożone na płótno i pędzel, dałoby niezwykły efekt.
Jan Siwmir – Malarz maluje swoje wrażenie jakie zrobił na nim rękopis. Potem dochodzi do wniosku, że jest w tym coś więcej, ba, coś trochę innego niż na początku myślał, skreśla to namalowane i maluje dalej, ale już po pewnych poprawkach...
Jurek Dołżyk – Dokładnie. W dodatku to „skreślenie” jest widoczne. Widać też fragmenty gołego płótna, poprawki, fragmenty laserunku, podkładu.
Jan Siwmir - Czyli jest to cykl dwunastu malarskich rękopisów przetwarzających emocje i wzruszenia jakich doznałeś czytając rękopisy Kaczmarskiego?
Jurek Dołżyk – Właściwie to ująłeś. Są to rękopisy piosenek ujęte w kontekście plastycznym, lirycznym, poetyckim i... w kontekście procesu twórczego.
Jan Siwmir – Namalowanie 12 płócien o wymiarach 120x120, to nie lada wyzwanie. Czujesz się jakbyś zdobył szczyt i potem ten rodzaj pustki, który sprawia, że brakuje celu?
Jurek Dołżyk – Spłodziłem dzieci i niech idą w świat. Ja mam już pomysł na następne przedsięwzięcie. Tym razem dotyczące Wysockiego w piosence Jacka Kaczmarskiego. Ale nie zapeszajmy...

Jeśli będziecie państwo mieli okazję zobaczenia obrazów Jurka, choćby na jego stronie internetowej www.dolzyk.com, przyjrzyjcie się „Latarniom”. Mnie wciągnęły, uwiodły, zassały do środka. Wszedłem w trójwymiarową przestrzeń, a ona się dalej przede mną otworzyła. Nic dziwnego, że na wernisażu zjawiło tyle osób. W czasach, gdy publiczne obieranie ziemniaków kwalifikowane jest jako sztuka, ludzie łakną obcowania z prawdziwym talentem. A Jurek taki talent posiada.



Jan Siwmir
09.04.2009r













Data dodania: 22.04.2009
Komentarze