|
CZAR KOMNATY
GOŚCIE JADĄ...
Twardy chleb służebny! Aura degrengolady! Gehenna oczekiwania! Garderoba Wysoko Urodzonych!
Fluidy dekadencji krążyły samopas po wiekowej rezydencji, chociaż służba starała się jak umiała, utrzymać ład w labiryncie korytarzy, przestrzennych komnat, wykwintnych alkierzy, suteren, elewatorów i innych zakamarków, świadczących o minionym dostatku i potędze sławnej familii, sponiewieranej ostatnio okrutnie, czasami rozpasanej demokracji.
Po trudach dziennej pracy, bezgranicznie oddana Państwu służba, lubiła się zbierać w gotyckiej przestrzeni, ogromnej pałacowej kuchni, gdzie zasiadała przy dębowym stole, będącym niemym świadkiem niejednej gawędy wieczornej i pełnego orgazmu.
Prym, jak zwykle wodził Walery, który bywał tu częstym gościem.
Teraz spożywał skromny posiłek złożony z tartinek z astrachańskim kawiorem, jajek czajczych z rakami, filetów z sarny a' la Henri, także narogów sarnich, ragout baraniego po irlandzku, móżdżku cielęcego "au berre noir", "vol-au-vent" takoż z cielęciny, ozorów w papilotach, sztufady "boeuf a' la mode", turbota "au gratin", muli " a' la Bordelaise" oraz budyniu z raków z zielonym groszkiem.
Kucharka Gabrysia dobrze gospodarzyła zapasami Hrabiostwa i zawsze znalazły się okruchy z pańskiego stołu dla Walerego, obsługi kuchni, pokojowych, sufrażystek, ogrodnika z dziećmi i powinowatymi, stajennych, oborowych, dojarek, pomywaczek, tajskich masażystek, listonosza, pułku dragonów stacjonującego nieopodal w miasteczku i dla samej Gabrysi. Właśnie robiła miejsce dla deseru na stole, ale Walery odmówił.
- Kochana Gabrysiu, nie kłopocz się więcej. Sama widzisz, że już ten skromny posiłek mi wystarczy. Sił mi dodaje sama myśl, że mogę wiernie służyć Jaśnie Panu i jego małżonce.
To mówiąc, zamieszał nabierką do mleka w wiadrze stojącym u jego nóg i zaczerpnął Chateau Lafite z rocznika 1787, popijając obficie nieco pikantną przekąskę.
- Ale cóż - prawił dalej Walery. - Źle się dzieje... Pan Hrabia do koryta nie trafia... Pani Hrabina ciągle pyta o aluzję... We wsi krowa się ocieliła, mówią że sołtys ojcem, a kury gdaczą na jakieś nieszczęście...
- Pierdoły powiadacie - zaśmiała się Gabrysia. - Pan, prawdać, nieco osowiały ostatnio, ale mu minie. Pani Hrabina rozkwita, gdy pan baron na podjeździe. Nawet Nataszka mniej kradnie, co kiedyś... - Spojrzała na wymizerowanego, napiętą jak guma arabska, atmosferą domu, Walerego i w lot pojęła jego duchowe potrzeby.
- Nuże! Wygładź lico i wyprzęgaj z pludrów! Bo ja cię sama rozpludrzę! - Gabrysia zakręciła się wesoło przy stole i zaczęła uprzątać prostą, saską porcelanę, z której zwykle jadała służba. - Jak się postarasz, to będzie dokładka z deserem, ale nie taka na pańskie stoły, ino nasza, proletariacko-chłopska, ludowa!
- Oj! Tak, tak! - Walery pokraśniał marksistowsko z zadowolenia na samo wspomnienie znakomitych dokładek kucharki na dębowym stole. Korzystała z nich, nadużywając nieco filantropii szczodrobliwej niewiasty, znakomita większość okolicznych wieśniaków, za wyjątkiem jej męża, który wieśniakiem nie był, lecz stangretem.
Jął zatem Walery gorliwie szarpać się ze srebrnymi guzami swej bogato szamerowanej liberii, rozpinając ją gwałtownie, lecz sprawnie. Po chwili, z jurną ochotą i iście chłopską rują, chwycił wpół kucharkę. Męża jej szczęśliwie nie było natenczas w majątku, został bowiem posłany powozem z kilkoma pleczystymi parobami, uzbrojonymi w kartaczownice i ze sforą krwiożerczych pekińczyków, naprzeciw spodziewanym gościom.
Mieli czekać na nich na rozstajach dróg, przy ruinie gospodarki.
Albowiem właśnie w tych stronach pojawiło się duże stado wolontariuszy, w niespotykanej o tej porze roku liczbie i wściekle zajadłych.
Nic dziwnego, że Walery z plebejskim rozpasaniem zadość czynił Gabrysi na sławetnym stole, bez obaw, że chudy stangret Helmut znów się zadziwi, stając w progu kuchni.
A jednak - NIE! Nie wolno!
Elegancka, haftowana w różyczkę zasłona, wydaje się być stosowną kurtyną dla zakrycia, w sposób dyskretny, acz zdecydowany, sceny idącej ku obsceniczności, wyżętej z dobrego smaku oraz zanadto zezwierzęconej w swym trywialnym biologizmie.
Kiedy epizodycznie występujący Autor kotarą zasłaniał niewygodny epizodzik, Hrabina w bawialni poprawiała fałdy brokatowych zasłon i zraszała je najprzedniejszymi pachnidłami marki "Duchi Kałchoza" , przy pomocy niklowanego, parowego pulweryzatora. Nataszka w międzyczasie ulotniła się z kolejną srebrną łyżeczką, otrzymawszy przedtem, wypełnione różnymi szczegółami dyspozycje od swej Pani.
Zaległy godziny popołudniowe, wypełnione oczekiwaniem i niekończącymi się opisami przyrody. W rezydencji zapanował spokój przed burzą, podobnie jak w pałacowej kuchni, kiedy Gabrysia poprawiając kokardę z biskwitów, powiedziała - Walery! To twój nowy rekord, błyskawico ty moja!
Jej tęczówki znamionowały rozkosz. Ale i ona musiała zabrać się bezzwłocznie do innej pracy.
W kuchni zatrudniono przy prostych pracach, szlachcianki ze zlicytowanych zaścianków, polegały one na robieniu tradycyjnego bałaganu i sianiu plotek. Potrawy i tak przywożono gotowe powozami z miasta, a na miejscu je tylko podgrzewano na starodawnym, owianym mroczną legendą, kuchennym piecu. Mówiono, że spłonęła w nim żywcem, rzucając się w przepaścistą otchłań ognistą, Hrabina Elwiralda Przeniewierska, dowiedziawszy się o zdradzie swego męża, Hrabiego Windykatora Przeniewirskiego, rodzonego prapradziadka Hrabiego Antoniusza Alojzego. Piec był ciągle czynny, ale Hrabina Pulcheria ani myślała z niego korzystać. Czerpała w owej chwili wielkie ukontentowanie, z narastającego zamieszania wokół zbliżającego się przyjęcia gości, przerywanego tylko licznymi wystrzałami z wiwatówek, arkebuzów i ejakulacjami, jak również częstymi odgłosami tłuczonego szkła i porcelany. Jednak stopniowo zaczęła odczuwać narastającą złość i podrażnienie, szczególnie, kiedy przyszła do garderoby na wieczór, jej rozdrażnienie narastało z każdą minutą, upływającą przy miarowym tykaniu starego zegara, ongiś zdobiącego fasadę meczetu w Buczaczu. Kłopoty zaczęły się już przy gorsecie.
Kowal ze ślusarzem właśnie niezgrabnie dopasowywali ów najnowszego kroju i spawu, gorset. Nieszczęsną część garderoby sprowadzono zza morza rudowęglowcem, a do majątku trafiła na pokładzie barki, specjalnie do tego zadania zbudowanej.
Teraz nie chciał jednak leżeć jak trzeba, więc licznym poprawkom, kuciu w blachy i jazgotowi udarowej wiertarki, nie było końca.
- Nicik się obluzował Jaśnie Pani Hrabino - konfidencjonalnie chrząknął kowal Mateusz upuszczając z wdziękiem dwunastofuntowy młot na perski dywan. - Ale my to zaraz naprawimy, Dobrodziejko nasza... Dawaj trójeczkę gwintowaną, Felek!
Ślusarz Felicjan podał śrubę, którą kowal wprawnie wkręcił we właściwe miejsce, swymi grubymi, jak wiejskie dowcipy palcami.
Rodziny obu rzemieślników od wielu pokoleń służyły Przeniewierskim, jako kowale, ślusarze, konfidenci, rajfurzy i łamistrajki. Ich cechą była dyskrecja i pełne oddanie rodowi Przeniewierskich, przydawało się to i teraz, kiedy niesforny gorset stawiał opór szerokimi na dwa cale klamrami, zapinkami, zatrzaskami, zębatkami na ćwierć obrotu, zapadkami antydefloracyjnymi oraz haczykami z nierdzewnej stali od Kruppa.
Z fiszbinowymi stelażami, klinami, przyporami, jońskimi pilastrami i wizjerami, poszło już łatwiej i rzemieślnicy zadowoleni w końcu ze swego dzieła, mogli otrzeć pot z czoła i zaspokoić pragnienie wodą z wazonu na kwiaty.
Hrabina, w swej niezmierzonej łaskawości, pozwoliła im napić się też trochę deszczówki z cebrzyka. Odesłała bezzwłocznie obu poczciwców, mających jeszcze łzy wdzięczności w oczach, łabędzim gestem dłoni i powróciła do dalszych czynności, bo czas biegł nieubłaganie.
Teraz czas nałożyć "dessous".
Ale to nie było najbardziej palące i kluczowe zagadnienie w owej chwili, należało je bowiem nie tylko dobrać, ale również, odszukać... Zaczęła więc intensywnie rozmyślać o "culotte" najstosowniejszych dla takich okazji, jak kolacja w gronie przyjaciół domu i jego Pani.
Czy może najwłaściwszymi będą te haftowane w mieście Arras ze scenami polucji Jowisza w objęciach nosorożca w delirium?
A może owe jedwabne dzieło japońskich mistrzów, ofiarowane prababce Hrabiny przez samego Mikado, podczas mszy za duszę cesarzowej Anny?
Czy może jednak najlepiej nałożyć te czarne, koronkowe cudeńka, przysłane jej kiedyś omyłkowo przez Antoniusza Alojzego, z wszytymi diamentowymi literkami, układającymi się w napis: MOJEMU ROBERCIKOWI FOREVER - ANTONIUSZ?
Ostatecznie przywdziała długie, barchanowe reformy, które kiedyś znalazła w szafce starej posługaczki. W nich zawsze podobała się baronowi najbardziej.
Z doborem sukni, jak się okazało, nie było aż tak wiele zachodu.
Przez ukryte w ścianie drzwi, weszła do Sali Sukien i poszła za pierwszą strzałką w prawo.
Stąpając delikatnie wytartym i dobrze znanym szlakiem, dotarła do pysznego rzędu olśniewających kreacji, jedynego na szczęście materialnego owocu, z małego wypadu ze stajennym do Monte Carlo.
Na chybił trafił zdjęła z secesyjnego wieszaka suknię z delikatnej, niewyprawionej skóry renifera, zdobionej porożem samicy. Po krótkim namyśle odłożyła ją na bok. Nie!
Przecież baron jest wielkim miłośnikiem żywej zwierzyny i Honorowym Prezesem Stowarzyszenia na Rzecz Uproszczenia Damskiego Stroju!
Więc może tą stylizowaną na pełnopłytową zbroję krzyżowca, sukienka, uszyta w hinduskiej rękodzielni z delikatnego muślinu? A do tego trzynastowieczny hełm garnczkowy z pawiem na czubie? Także, nie! Była w nim przecież na raucie u Himmelhergottsczaftów!
Wybuchł by niebywały skandal towarzyski!
W końcu wzrok jej bezwiednie padł na zapomnianą nadpitą butelkę "żołądkowej gorzkiej", stojącej samotnie w kącie. Nad nią wisiała skromna, wyszywana platynową nicią, jedwabna sukienka, w asyście rubinów, topazów z perłami i małżowinami, z piórami nielotów u ramion.
- Znak niebios - szepnęła Hrabina i przepłukała nieśmiało usta trunkiem, wprost z butelki, a potem zdecydowanie śmielej, jeszcze raz.
- Istna "manus Dei" - wyszeptała pąsowymi, jak nalepka na keczupie, usteczkami.
Na szczęście, ta sukienka, jako jedyna, była względnie czysta.
- Przy świecach i po pijaku, nikt nie zauważy... - Rozanielona Hrabina powróciła do głównej bawialni i od razu zadzwoniła po Nataszkę i garderobianą. Pojawiła się tylko ta pierwsza, ponieważ garderobiana poprzedniego dnia uciekła w przypływie szaleństwa miłości, ze strażakiem z miasteczka, do Paragwaju.
Hrabina natychmiast zażądała od Nataszki leku na melancholię, w postaci oszronionej karafki "żołądkowej gorzkiej".
- Czy Jaśnie Pan u siebie - zapytała mimochodem po trzecim kieliszku wybornego trunku.
- Zdaje się, że Jaśnie Pan, szykuje się również na przyjęcie gości - odrzekła Nataszka - bo wezwał Walerego z listą zaproszonych...
Hrabina wyjęła egipskiego papierosa z etui wykonanej ze skóry diabła tasmańskiego i nasadziła go na długą, porcelanową cygarniczkę.
Nataszka zręcznie się uchyliła.
- Jaśnie Pani życzy sobie coś jeszcze?
- Owszem, Nataszko...Ty już ogólnie znasz swoje zadania... Miej pilne baczenie na wszystko i wszystkich dookoła, a szczególnie na Jaśnie Pana i głęboko zaciągnęła się wonnym dymem z krainy mumii. - Informuj mnie o wszystkim... Co do innych gości, to, jak wiesz, będzie prezes Liczman z małżonką, którego podejrzewam o to, że w swej chorobie, zwanej kleptomanią, podkrada podczas każdej swej wizyty, srebrne łyżeczki... Tasak też zginął...
- Straszna przypadłość - westchnęła.
- O, tak! - zawtórowała jej Nataszka. - I to tak, zupełnie bezinteresownie...
- No właśnie - ciągnęła Hrabina Pulcheria. - Z kolei, pani marszałkowa Kluczborska, miewa niekiedy nieco ekstrawaganckie zachowania, co wynika z jej nonkonformizmu i świadomego epatowania manifestacyjnym sprzeciwem wobec istniejącego porządku polityczno-społecznego, oraz pogłębiającej się dychotomii moralnej społeczeństwa... Rozumiesz moja droga, co mam na myśli?
- Znaczy, mam pilnować, żeby pani marszałkowa, kiedy się już upije, znowu nie zadzierała sukni, nie nacierała się kawiorem i nie tańczyła na stole - domyśliła się pokojowa.
- Wolne kawałki może - uzupełniła Hrabina. - Poza tym, exactement, Nataszko... Życzę też sobie, aby potem wypoczywała tam, gdzie zawsze i nie wprowadzała w towarzystwo zbędnej konsternacji i ekstrawagancji...
- Rozumiem, że w schowku na szczotki i szmaty pod schodami do kuchni - przypomniała sobie pokojowa. - Ale tam zwykle odpoczywa wiceminister Wolta, a i Jaśnie Pan lubi sobie zajrzeć...
- Zmieszczą się wszyscy - ucięła rozmowę Pani, a teraz podaj mi coś do picia i słuchaj uważnie dalej.
Michał Witold Danecki
Data dodania: 22.01.2012
Komentarze
|