|
Białe noce
Podeszła na palcach jak kolekcja wiosenna
i było to jak wjazd na czerwonym świetle.
Cofnąłem się pół kroku czy krok, mniejsza o to
lecz ona parła dalej z pytaniem na ustach.
Czy my się przypadkiem nie znamy kolego
z nocy poetów lub ze świtu wieszczy ?
Wiele było już nocy i wielu poetów -
- ja na to - ale być może a co nawet jeśli ?
Bo nowa noc właśnie i gwiazdy potrzebne
Odrzekłem, że nie piszę, bo bez już nie kwitnie
i noce choć białe, to zbyt krótkie jeszcze.
Więc wzięła mnie na ramę i powiozła lekko
i czułem to ciepło i te słynne dreszcze.
Już w połowie drogi poczułem się senny
i ta noc właściwie była mi na rękę.
Piąta pięć wstałem rano żeby bułki świeże,
lecz inny był już zapach i zielone światło.
Epitafium
Te szkielety, które jeszcze się śmieją,
czerwonym winem jak cykutą
drażnią błony śluzowe,
stukają bransoletki w ich kości promieniowe.
Ciało nie pojmuje jeszcze tego,
co mówi morfologia.
Lecz krew powoli ucieka przez stygmaty
a puder opada z policzków w klepsydry.
Kiedy nadejdzie moda
na skrzydełka biedronek wklejane w płytki paznokciowe
nas już nie będzie.
a prawda pozostanie pośrodku
niedokończonej gry w klasy.
Natręctwo
To jest tak,
jakbym wrócił na chwilę sprawdzić żelazko.
Natręctwo zwane życiem
lub pasjansem zegarowym
który ledwie mieści się w kwadransie.
W pośpiechu umknęło zbyt wiele ważnych spraw,
by przekręcić klucz bez cienia wątpliwości.
Pozostaną odłożone jak brudne szklanki,
niedomknięte niczym wypaczone okna.
Nie oglądam się i nie odwracam.
Podobno to przynosi pecha.
Chwila o zachodzie słońca 7 min. i 21 sek.
Wstaję z ławki
w chwili gdy zachodzi słońce
i dzięki temu mogę zobaczyć coś,
czego nie widziałem wcześniej.
Wszystkie rzeczy
które wymagają wspinania się na palce
a nawet wejścia na ławkę.
Owiewają mi skronie
te chwile lekkomyślnie pomijane,
niedostrzeżone jak prawdy
czytane przez pożyczone okulary.
Chciałbym wzlecieć
i ubrać skrzydła chmury
płynącej nade mną niczym szkarłatna czapla.
Pozostała już tylko połowa tego,
co chciałem zobaczyć.
Reszta zniknęła w odwłoku pająka.
I mimo że długo jeszcze drgałem w pajęczynie
a księżyc filantrop nocy
dwoił się i troił,
reszty ledwie mogłem się domyślać.
Dzień nad złotą rzeką
Jeśli jest gdzieś rzeka
na którą opadają wirujące noski,
to łowić będziemy właśnie tam.
W zakolu, gdzie lipy zatrzymują słońce
i karmią ryby złotą prześwietloną ciszą.
Noski opadać będą na wodę,
na nasze głowy i ręce
a my łowić będziemy urywane rozmowy cieśli
kładących czerwoną dachówkę
i pleść opowieści
o kobietach pięknych
jak długi warkocz wody
wirującej za rzecznym kamieniem
aż nas wygoni coś,
co jest nienazwanym smutkiem.
Aerobik winniczków
Przynoszę ci aerobik winniczków,
na liściach które lśnią w słońcu jak ogniste szarłaty.
Roztrwoń to,
czego nie potrafiło mi zabrać rachityczne życie.
Widziałem jak ludzie się śmieją,
widziałem jak umierają,
choć całe życie korzystali ze złotych nocników.
Panteon, legendy i mitologia to fikcja -
myślę biorąc głęboki szczęśliwy oddech.
Otwieram się lecąc na wznak
w czarną noc twoich włosów.
I stajesz się moją szczęśliwą gwiazdą.
Głębia ostrości
Twoja naga twarz.
Legitymacja ze zdjęciem.
Wczoraj odkleiłaś ostatni grymas
(może tylko ekonomiczny ruch powiek).
Skromne uczesanie,
to rezygnacja z sukcesów erotycznych.
Podajesz mi rękę
z całym teatrem niepotrzebnych gestów.
Przecież i tak wszystko widzę.
Lustro wydaje się gładkie.
Skracam dystans pomiędzy twarzą a maską.
Bierzesz do ust mój język
i smakujesz rzeczywistość.
Mój świat wchodzi do twojego wnętrza.
Przyjąć go czy też odrzucić ?
Przenikam do środka.
Wypełzam po chwili
piekłem lęku, miłości
nienawiści i rozpaczy,
Jestem przerażony.
Deadline
Niedopieszczone przyjaźnie umierają
Niezadbane usypiają...
Głodna telefonów
I spragniona wieczornej herbaty
Przyjaźń ciepłem się karmi...
Optymalny czas przypominania o swoim istnieniu
To trzy tygodnie...
Należy wtedy chwycić konewkę zapewnienia
I podlać roślinę przyjaźni
Listki zadowolenia zaczynają błyszczeć
Uśmiechniętą twarz zwracają ku słońcu...
Maksymalny czas przypomnienia o swoim istnieniu
To trzy miesiące...
Niepodlana roślina umiera wtedy nieodwracalnie
Niedbałość zamazuje kolejne terminy...
Gdzieś tak pod koniec trzeciego miesiąca
Przez wybite szyby ostatnich wolnych okienek
Wdziera się lodowaty chłód
Mroźne podmuchy zwiewają ostatnie kartki kalendarza
Niewypite wspólnie kawy potęgują senność
Serca poddane hibernacji gubią rytm
Nożyce zapomnienia przecinają nić porozumienia
I przyjaźń umiera...
|