Michał Witold Danecki      Info o Autorze

Gdy wiosny były młodsze

Gdy wiosny były młodsze, a świat jeszcze mały,
ściany domu wabiły jeszcze farbą świeżą,
lipy kwitły przy płocie, tam gdzie pnie ich leżą
a przydrożne topole mniej cienia dawały.

Wtedy chciałem napisać list, którego słowa
dźwigam przez wszystkie lata, jak dług niespłacony.
Twój śmiech cichy, spojrzenie madonny z ikony,
miałem w wierszu opisać i go podarować.

I tak, jak stary głupiec, gdy go ktoś okradnie,
cofa się, kręci w kółko, szuka po kieszeniach
- pochylam się w ciemności i błądzę bezradnie

w dawnych miejscach, na kartkach wytartych notesów...
Nie odczytam już szyfru Twojego imienia,
w labiryncie nazw ulic, nie znajdę adresu.



Cmentarzysko

Głodne ptaki kołują, chcą zostać na dłużej.
Milczy rzeka na dole, jeszcze o tym nie wie,
topi liście pożółkłe w niemrawej miksturze.
Pogubiły je drzewa stojące nad brzegiem.

Las nie czeka na gości, sami przyjdą w nocy,
pochowani do zmroku w swoich ciemnych dziurach.
Chore sosny zatrute zapachem wilgoci,
śliską pleśnią i chłodem wkrótce się znieczulą.

Pełzający nad ziemią jesienny narkotyk,
odział mglisty krajobraz w nierealne barwy,
tworzy dziwne miraże, jak sen o północy,
pośród pni i gałęzi budzi duchy zmarłych.

Szare zmierzchy i świty, wszystkie dni są szare.
Czas omija to miejsce, a słońce nie dotrze.
Poderwało się ptactwo, szybko frunąc dalej,
nie powróci nad rzekę i garbatą sosnę.

Tu zła ziemia i woda, trawa i kamienie.
Żaden człowiek nie przyjdzie, mchem zarosły drogi.
Tylko mgła się unosi tysiącletnich legend,
jak pył z wnętrza popielnic ciałopalnych mogił.



Celtycka urna

Ziemia ciągle pamięta dźwięki starej mowy,
starszej, niż wszystkie lasy, dźwigane na plecach.
Dla niej, ognie nocami na bagnach roznieca
i błądzące po kępach ciche głosy łowi.

Dziś pozbyła się miotu. Pośród zwiędłych liści,
urna w słońcu - lecz ciągle okryta jej potem,
pogubione kropelki sypią iskry złote
- zapleciony naszyjnik celtyckiej księżniczki.

Stoi, wolno szarzejąc, gładka jak grot włóczni.
Gdy mieszkała pod dębem, chłonęła tę ziemię
wśród ponurych torfowisk, pod płaskim kamieniem,
Wielka Matka śpiewała o wieczorach smutnych.

Wzdychał dąb zakochany, który teraz drzemie,
leśne klany słuchały. W owe w ciemne noce,
przechodziły zwierzęta przez gęste paprocie.
Z ornamentu wychodził niedźwiedź, wąż i jeleń.

Smukłe sosny mierzyły do tarczy księżyca,
jak bojowe oszczepy i miecze brązowe.
Ale wódz nie zawoła, echo nie odpowie,
nie powróży z krwi jeńców, jak każe obyczaj.

Już uciekło, Złe Oko, w gąszcz wilczej jagody.
Tylko pień schorowany, schylił cielsko głuche,
potarł korą o menhir swym bezpłodnym brzuchem,
jednak żadnej legendy nigdy nie urodzi.

Runy zaklęć wyblakną. Nie postraszy magią,
obnażona w gablocie pustego muzeum,
ożywiana na wiosnę upartą nadzieją,
że znów gaje zaszumią i zakwitnie jabłoń.



Kronika filmowa z 1914 roku

I.

Wyrośli na dęby nasi chłopcy
czeka ich wieniec orderów z liści
na żniwach przy dźwiękach orkiestry
młode łany falują pod kosą
będzie po nich
zanim przyjdzie jesień

II.

Pióropusze starych admirałów
jeszcze nie wmiotły cieni marynarzy
w piach zimnych zatok północnego morza
wciąż bielą żaglami samotne fregaty
złamanym masztem nie żegnają nieba
w stalowych barwach ciężkich pancerników
nie straszą ptaków oczodoły armat
spokojnie dryfuje niezgłębiona przyszłość

III.

Przed nadejściem sierpniowej nocy
liczę nieme słowa i uśmiechy
znikające zbyt szybko za kadrem
nie zanotuję klatka po klatce
życiorysów wpisanych na taśmę

zostają plamy czarno-białych twarzy
jak niewyraźne pieczęcie
na wykonanych wyrokach śmierci

IV.

Nieśmiertelniki
dzwonią na szyjach
Europa maszeruje na cmentarz
wiwatują tłumy
nie ma już
bezrobotnych grabarzy
eleganckie trumny na opał
będą strzelać w żeliwnych piecykach
jak gazetowe doniesienia z frontu



Most nocą

Matowa matnia stali
to matecznik
Wielkiego Tkacza Mostu

czyha napięty
blady ambulans czmychnął

strzeż się przechodniu
zdwojone lustrem wody
zewrą się rdzawe szczęki
świateł głodnego miasta



Dlaczego doszło do rozbiorów
(monodram kostiumowy z końca osiemnastego wieku)

Król Stanisław August wyłącza telewizor po obejrzeniu kolejnego serwisu informacyjnego. Ziewa i uśmiecha się błogo.

Jakże przyjemnie jest teraz w Łazienkach
od czasu, kiedy ty, telewizorze
wieści przynosisz mi o zwykłej porze.
Z radości nosić Cię będę na rękach!

Nosi telewizor w ramionach przez kilka minut. Odstawia go na stolik słaniając się ze szczęścia.

Kiedy Ciebie nie było, mój cudzie techniki
miałem dosyć korony, szlachty, polityki
- tam Rosja, tutaj Austria, dalej jeszcze Prusy...
Spiski, zdrada, anarchia, wszędzie, gdzie się ruszyć!
Ale tyś to odmienił, mój zaczarowany!
Nie mogę się nadziwić cudownej odmiany.
A jaki nam dobrobyt! Siła armii wzrosła!
I Ojczyzna się nasza w Europie wyniosła!
Słów dla Ciebie brakuje, kanciasty aniele.
no u granic dziś stoją sami przyjaciele.
Ba! Przyjdą nam z pomocą jutro po raz trzeci,
kiedy wróg chciał w Ojczyźnie rebeliję wzniecić.
Lecz teraz pędzę szybko łóżko swe wymościć.
by nie przespać jutrzejszym. świeżych wiadomości.

Kładzie się spać w Warszawie, a budzi w Grodnie, ale program tam zupełnie inny.

Morał: Najstraszliwsza ciemnica rajem zdać się może
gdyby ją oglądano w cieple i w kolorze.



Michał Witold Danecki



Data dodania: 01.01.2012
Komentarze