Marcin Dydyna      Info o Autorze

słowo

nie stało się ciałem
ale zawisło nad naszymi głowami
głodne
bez mocy sprawczej

wczoraj chowało się po kątach
podsłuchiwało
by w końcu wybuchnąć sobą

odrodzone pokazało światu twarz
weszło w usta
i krzyczy na oślep



Przedawnione

znowu wracamy do przeszłości
z której nie można zedrzeć szat
do wspomnień co bolą
i w ciszy odejdą do grobu

otwierając przezroczystą historię
dokładamy daty nazwiska notatki
sympatycznym atramentem winnych
niewinnych

zostawili za sobą brudny papier
doszczętnie wypalone ogniska
by gorycz po omacku szukała pocieszenia



z duchem czasu

progi opery są zbyt strome
dla karła w czarnym podkoszulku
tutaj wymaga się starannie zawiązanych uśmiechów
białych kołnierzyków
sztywnych manier

w nowej poezji nie powtarza się słów ani wersów
nie powtarza się słów ani wersów
nie powtarza się marzeń –
nie powtarza się tych samych

błędów



nauczeni brać za darmo

idą
wytartymi dzielnicami
pokojowo urodzeni
z węgla i półwiecznej stali

idą
depcząc kwiaty za istnienie
pokojowo nauczeni
być kilofem i kamieniem

idą
ciągnąc gruzy pod butami
pokojowo rozgrzeszeni
przez historię chwiejnej flagi

idą
wznosząc w rękach złoty garniec
pokojowo nagrodzeni
za pogardę



Miejsca bez imienia

Wrastam w swoją rolę
jak wrasta się w obcą ziemię.
Tu czarne ptaki
krzyczą jednym głosem.
Krupier odwraca znaczone karty
na właściwą stronę.
Czekam od trzydziestu lat.

Wracam do miejsc,
w których nigdy nie byłem,
do twarzy,
których nie da się zamknąć
żadnym szkicem,

gdzie splajtowały domy pogrzebowe.



Na jedne skrzypce

W karcerze poranka zawieszona pętla
nie pozwala zapomnieć o grzechach
śmiertelnych jak bezimienna miłość.

Na szubienicy popołudnia tli się iskra,
samotna spopiela serca.
Przez świat przenika deszcz drzazg,
poranione twarze milkną.

Na zgliszczach nocy odradza się nowe,
nieznane, niechciane,
bez zahamowań i sumienia.



nocą

gdzie samotność wplata się w ciszę
tam cisza zaczyna krzyczeć

nocą
myśli na wietrze trzepocą

wolne rymują się same
niedoskonałe



spotkania

spotkamy się później
w tym samym miejscu
o tej samej porze

nie przerywaj proszę
przecież wiesz że my oboje
przecież sama wiesz

posłuchaj
za chwilę mam ważne spotkanie
za to wieczorem...

do zobaczenia
Samotności przyjaciółko
przynieś wódkę



o nas bez nas

rozmieniają nas na drobne
parę groszy o tobie
parę groszy o mnie

reszty nikt nie wydaje



zimne ogniska

myślałem
wiersz musi być doskonały

a przecież

nierówny poplamiony
żyje jak ja
w realnym świecie

atrament wypiera biel
w końcu milknie

ta cisza
powoli mnie obejmuje
szepcze
ideały są nierzeczywiste



anioły

widzę je w otwartych oczach
słowach życzliwych
w chłopcu co ustąpił miejsca
w podmiejskim autobusie

w wierszu
rysunku figurce

nie zamieszkują nieba

wiele aniołów
nie zostało jeszcze przebudzonych
sypiają spokojnie
nieświadome



pozłacane

gdzie brak zaufania
tam fundament kruchy
obolały
zatrute ściany

złoto na cienkiej nitce
pęka
staje się mitem

nie jest już tak doskonałe
obnażone
zmienia się w popiół



zachowane obrazy

pamiętam
jak nowe tysiąclecie
garnęło się do świata
lecz świat nie dorósł
do swojej roli

przez ciemnozielone szkło
oglądaliśmy zaćmienie słońca
zaćmienia księżyca
i spadające gwiazdy
były jak zimne okłady

pamiętam
jak upadł World Trade Center
jak śmierć polskiego papieża
dała nowe światło
na pewne sprawy

i dzień w którym wyszłaś
bez słowa

pamiętam



do Ciebie

         Agacie

Twój cień odgadnę z zamkniętymi oczami
obecność rozpoznam w porywach powietrza
wyczuję smutek oddalony o wieki
a cisza będzie moim drogowskazem

Twój szczęśliwy uśmiech ukryję głęboko
by go przechować na czarne godziny
kiedy ciemnieje i deszcz stuka w szyby
gdy jeszcze bardziej doskwiera samotność



myśli zebrane

stwórzmy nas w wierszach
skrytych
za wachlarzem rzeczywistości

opiszmy instynktowne ucieczki
jak spojrzenia
i nierealną opowieść

powróćmy do słów
które
milczeniem zaklinają chwile

pozwólmy nam słuchać i kochać
bo i tak
spotkamy się w epilogu



światełko w trawie

poza nim kwiaty
obrazy
ujadanie myśli

kolejny raz
wiatr zdmuchuje płomień

na zawsze pozostaniesz
w naszych sercach bracie


mury zostały uciszone
matkę jak co dzień
łapią skurcze wspomnień



upadek

dogorywają polany drzew
giną strącone dachy
jeziora ludzie

zostają ci
co życie pokochali
ponad śmierć

wiatr już odchodzi
aby przeczekać
długi zimowy zmierzch

o czym będzie
jego kolejny sen



wątek poboczny

1

krzesło nic nam nie powie
ani się nie obrazi
wytrącone z równowagi
wszystko przemilczy

nie wychyla się
zna swoje miejsce

trzeba zrozumieć
gdy uciążliwie skrzypi
nogi już nie tak sprawne
jak za młodzieńczych czasów

wiele zniesie
w końcu lepiej mu tutaj
wśród innych krzeseł

2

stół pragnie być podziwiany
rozsiada się ostentacyjnie
rozpychając łokciami

czasem mruczy pod nosem
o złym zachowaniu
cichych igraszkach pod blatem
wtedy czerwieni się i kryguje

bywa samotny
gdy wyraźnie mu czegoś brak

3

szafa jest skrzynią tajemnic
skrytą dla innych przedmiotów
milczy i nasłuchuje

głęboko pod kurzem cieni
chowa dramaty
ile by dała by się nimi podzielić

jest naszym stróżem-zagadką
ciemną stroną i jasną
kiedy otwarta na innych

nigdy nie zdradzi

PS

ukradkiem spoglądają
udomowione lasy
wrośnięte w nasze korzenie
jak w ziemię



miasto iks

najpiękniejsze jest nocami
kiedy rosną jasne neony
coraz bliższe

z rozświetlonych okien
osypują się lata

mijają mnie szybko
ścieżki indywidualności

późną jesienią
Odra przybiera poważną pozę
by godnie mierzyć się z zimą

spotykam cienie
które omija nawet niebo

są jeszcze ludzie
patrzący pod nogi
na cudzą kałużę paranoi



na ulicy Prozy

kochają przez ścianę
która im niesie
długie smutne wieczory

na Prozy
karą za zbrodnie jest cisza
duszne powietrze
dłonie szukające domu



zanim zaśnie

kiedy jej spojrzenie
drąży jasny punkt
chciałbym nim być

oprzeć się o myśli
uciec lub pozostać

zanim zaśnie i zniknie
okiełznawszy skórę
zatrzymam nagość
skradzioną rankiem

pomyślę o niej
gdy z wierną pościelą
ułoży się do snu



z oddali dobiegał skrzypiec dźwięk

zerwał się wiatr
ucichł trzepot skrzydeł
śpiew spłoszonych ptaków

na powieki spadł świt
przeciskany przez szpary okien

znów zamilkł czas
nasłuchując jak wyłania się
koniec



freski pamięci

w samotnym domu
bardziej doceniam
jaśniej patrzę

oczy błądzą po pokoju
jak szelest wyobraźni
składając ślady jej obecności
nie ma w nim
przypadkowych szkiców

to dopiero pierwsza noc
co będzie
gdy odejdzie na dłużej



będąc świadkiem

wszyscy go znają
choć rzeka ust
nie wylewa już słów

smutne spojrzenia
kradnie nam chłopak
z iracką zmarszczką na czole

skuli mundurem
by przyozdobić w dojrzałą pozę
wyrwali matce beztroskę

– zabiłeś już kogoś?

wstał i zamknął za sobą świat



(nie)wojennie

strumień linii papilarnych
zatopił bezpieczną granicę

nikt nie pytał o przyczynę
tylko dokładnie liczył straty
a ludzie...

wbili go w fartuch
z pięściami
zaciśniętymi w kieszeniach



barwy

dni opadają z liśćmi
zielony liść żółty czerwony
drzewo bez liści

pościel zmięta
i myśli czarne
przewracają się z boku na bok

barwy szarzeją
na granicy

znowu wymyka mi się
pierwszy wschód słońca
o zmierzchu



bezimienne

to czego szukam
jest tutaj
czasem przemknie
przez cichy korytarz

jest bezszelestne
i przezroczyste

być może
ominie mnie łukiem
i odejdzie
w inną stronę



bezwennie

kartka ziewa
przeciąga się
zakłada piżamę

nastawia wiersz
na szóstą trzydzieści



przebudzenie

budź mnie po cichu
by sny niewyspane
wyśniły się wolno
i całe



Czerń

Wiatr domokrążca wciskał się
w okna.                  Odszedł.
Obudził się człowiek,
odrodziły państwa, powstały nowe
wojny.

Ktoś tracił siebie.

Deszcz ciął powietrze,
łatał niebo z ziemią -

                 zakładał światu szwy.



granice

jak długo można
przekraczać linię
nie gubiąc jej

siedzę i piszę
myśli trzymają się
zmiętej bieli

jedynie strofy
spokojne
przykucnęły na kartce

kiedyś eksplodują
i przestaną być
wierszem



jak opowiedzieć

kartka wciąż śpi
sącząc teraźniejszość

myślę o tobie i o tym
jak nas opowiedzieć

może zacząć od środka
(wnętrze jest wypełnione
czystą myślą)

albo od źdźbła trawy
co przetrącone przez wiatr
układa się na ziemi

nigdy nie potrafiłem
pisać o miłości
ani ona o mnie



kalendarz

przybite do ściany dni
zachodzą na siebie chwilą

dzisiaj jeszcze żywą



list

dokąd się spieszysz poezjo
masz zaciszny kąt
którego nie zakrzyczą

spójrz
jak dzisiaj waży się słowo
i przechyla szalę znaczenia

już postawili znak nierówności
i podzielili cię bezpowrotnie



list polecony

samolot na drzewach
gasnący jak świeca
opada i staje się ziemią

ludzie przyszywają różne historie
i jasne guziki
do czarnych garniturów

jeśli nagle odejdę
bez pożegnania
nie przypinajcie mi nowej twarzy



lustro

po drugiej stronie
nie ma światów
o których piszą poeci

może to nawet lepiej
popatrzeć czasem
na innego siebie



moje M2

nie ma piosenek które słyszymy
spacerując po parku
nie ma rodzinnych pikników
ani placów zabaw

stara huśtawka jeszcze skrzypi
a przezroczyste dziecko
tkwi w zapomnieniu

nie ma ścian które tak dziwnie
wpatrują się we mnie
jakbym rzeczywiście tutaj mieszkał



na nowy rok

w następnym roku
nic się nie zmieni
porzuć więc kamień
oddaj go ziemi



na prowincjach umysłu

szukam pominiętych słów
czytam drzewa twarze i nas
których nie można
nigdzie dopasować

odgrodzeni
sypiamy w potarganej pościeli

noce są późne
sny wiją się w porannej przestrzeni
na językach światła



paraliż

noc uczepiona stóp
jak ćma lgnie do światła
rozbudzonych latarni

w kleszczach ulic
zgarbiona postać
odgania się od psów

idziemy dalej
przez pomruk kamienic
bezsenność bram

nie ożywiamy słów
zaułków
naszych wierszy



Podmiot Liryczny w wyżu emocjonalnym

To pierwszy taki przypadek -
Podmiot Liryczny zakochuje się w wierszu.
Podziwia jego prostą mowę,
nienachalne wersy i łagodne

przerzutnie, a Poeta uśmierca go
w drugiej strofie.
Podmiot Liryczny planuje zamach na Poetę.



rak

         Ś.P. L.P.

pokochał do końca
i nic więcej
co można by upleść
bezboleśnie



ten wiersz

ten wiersz powstał z krwi
czerwonej jak maki
i ciepłej jak pocisk

ten wiersz jest
pierwszym i ostatnim słowem
z ust niemowy

ten wiersz napisał się sam
gdy nie było już
czego bronić



Życie i poezja

Do życia trzeba poezji
mówię ci nie trzeba
życie jest do przeżycia

nie tutaj
tu do przeżycia potrzebne są
woda chleb i powietrze

poezja musi być piękna
poezja nie musi być piękna

poezja zostaje
a życie umiera



Marcin Dydyna



Data dodania:
Komentarze