|
słowo
nie stało się ciałem
ale zawisło nad naszymi głowami
głodne
bez mocy sprawczej
wczoraj chowało się po kątach
podsłuchiwało
by w końcu wybuchnąć sobą
odrodzone pokazało światu twarz
weszło w usta
i krzyczy na oślep
Przedawnione
znowu wracamy do przeszłości
z której nie można zedrzeć szat
do wspomnień co bolą
i w ciszy odejdą do grobu
otwierając przezroczystą historię
dokładamy daty nazwiska notatki
sympatycznym atramentem winnych
niewinnych
zostawili za sobą brudny papier
doszczętnie wypalone ogniska
by gorycz po omacku szukała pocieszenia
z duchem czasu
progi opery są zbyt strome
dla karła w czarnym podkoszulku
tutaj wymaga się starannie zawiązanych uśmiechów
białych kołnierzyków
sztywnych manier
w nowej poezji nie powtarza się słów ani wersów
nie powtarza się słów ani wersów
nie powtarza się marzeń –
nie powtarza się tych samych
błędów
nauczeni brać za darmo
idą
wytartymi dzielnicami
pokojowo urodzeni
z węgla i półwiecznej stali
idą
depcząc kwiaty za istnienie
pokojowo nauczeni
być kilofem i kamieniem
idą
ciągnąc gruzy pod butami
pokojowo rozgrzeszeni
przez historię chwiejnej flagi
idą
wznosząc w rękach złoty garniec
pokojowo nagrodzeni
za pogardę
Miejsca bez imienia
Wrastam w swoją rolę
jak wrasta się w obcą ziemię.
Tu czarne ptaki
krzyczą jednym głosem.
Krupier odwraca znaczone karty
na właściwą stronę.
Czekam od trzydziestu lat.
Wracam do miejsc,
w których nigdy nie byłem,
do twarzy,
których nie da się zamknąć
żadnym szkicem,
gdzie splajtowały domy pogrzebowe.
Na jedne skrzypce
W karcerze poranka zawieszona pętla
nie pozwala zapomnieć o grzechach
śmiertelnych jak bezimienna miłość.
Na szubienicy popołudnia tli się iskra,
samotna spopiela serca.
Przez świat przenika deszcz drzazg,
poranione twarze milkną.
Na zgliszczach nocy odradza się nowe,
nieznane, niechciane,
bez zahamowań i sumienia.
nocą
gdzie samotność wplata się w ciszę
tam cisza zaczyna krzyczeć
nocą
myśli na wietrze trzepocą
wolne rymują się same
niedoskonałe
spotkania
spotkamy się później
w tym samym miejscu
o tej samej porze
nie przerywaj proszę
przecież wiesz że my oboje
przecież sama wiesz
posłuchaj
za chwilę mam ważne spotkanie
za to wieczorem...
do zobaczenia
Samotności przyjaciółko
przynieś wódkę
o nas bez nas
rozmieniają nas na drobne
parę groszy o tobie
parę groszy o mnie
reszty nikt nie wydaje
zimne ogniska
myślałem
wiersz musi być doskonały
a przecież
nierówny poplamiony
żyje jak ja
w realnym świecie
atrament wypiera biel
w końcu milknie
ta cisza
powoli mnie obejmuje
szepcze
ideały są nierzeczywiste
anioły
widzę je w otwartych oczach
słowach życzliwych
w chłopcu co ustąpił miejsca
w podmiejskim autobusie
w wierszu
rysunku figurce
nie zamieszkują nieba
wiele aniołów
nie zostało jeszcze przebudzonych
sypiają spokojnie
nieświadome
pozłacane
gdzie brak zaufania
tam fundament kruchy
obolały
zatrute ściany
złoto na cienkiej nitce
pęka
staje się mitem
nie jest już tak doskonałe
obnażone
zmienia się w popiół
zachowane obrazy
pamiętam
jak nowe tysiąclecie
garnęło się do świata
lecz świat nie dorósł
do swojej roli
przez ciemnozielone szkło
oglądaliśmy zaćmienie słońca
zaćmienia księżyca
i spadające gwiazdy
były jak zimne okłady
pamiętam
jak upadł World Trade Center
jak śmierć polskiego papieża
dała nowe światło
na pewne sprawy
i dzień w którym wyszłaś
bez słowa
pamiętam
do Ciebie
Agacie
Twój cień odgadnę z zamkniętymi oczami
obecność rozpoznam w porywach powietrza
wyczuję smutek oddalony o wieki
a cisza będzie moim drogowskazem
Twój szczęśliwy uśmiech ukryję głęboko
by go przechować na czarne godziny
kiedy ciemnieje i deszcz stuka w szyby
gdy jeszcze bardziej doskwiera samotność
myśli zebrane
stwórzmy nas w wierszach
skrytych
za wachlarzem rzeczywistości
opiszmy instynktowne ucieczki
jak spojrzenia
i nierealną opowieść
powróćmy do słów
które
milczeniem zaklinają chwile
pozwólmy nam słuchać i kochać
bo i tak
spotkamy się w epilogu
światełko w trawie
poza nim kwiaty
obrazy
ujadanie myśli
kolejny raz
wiatr zdmuchuje płomień
na zawsze pozostaniesz
w naszych sercach bracie
mury zostały uciszone
matkę jak co dzień
łapią skurcze wspomnień
upadek
dogorywają polany drzew
giną strącone dachy
jeziora ludzie
zostają ci
co życie pokochali
ponad śmierć
wiatr już odchodzi
aby przeczekać
długi zimowy zmierzch
o czym będzie
jego kolejny sen
wątek poboczny
1
krzesło nic nam nie powie
ani się nie obrazi
wytrącone z równowagi
wszystko przemilczy
nie wychyla się
zna swoje miejsce
trzeba zrozumieć
gdy uciążliwie skrzypi
nogi już nie tak sprawne
jak za młodzieńczych czasów
wiele zniesie
w końcu lepiej mu tutaj
wśród innych krzeseł
2
stół pragnie być podziwiany
rozsiada się ostentacyjnie
rozpychając łokciami
czasem mruczy pod nosem
o złym zachowaniu
cichych igraszkach pod blatem
wtedy czerwieni się i kryguje
bywa samotny
gdy wyraźnie mu czegoś brak
3
szafa jest skrzynią tajemnic
skrytą dla innych przedmiotów
milczy i nasłuchuje
głęboko pod kurzem cieni
chowa dramaty
ile by dała by się nimi podzielić
jest naszym stróżem-zagadką
ciemną stroną i jasną
kiedy otwarta na innych
nigdy nie zdradzi
PS
ukradkiem spoglądają
udomowione lasy
wrośnięte w nasze korzenie
jak w ziemię
miasto iks
najpiękniejsze jest nocami
kiedy rosną jasne neony
coraz bliższe
z rozświetlonych okien
osypują się lata
mijają mnie szybko
ścieżki indywidualności
późną jesienią
Odra przybiera poważną pozę
by godnie mierzyć się z zimą
spotykam cienie
które omija nawet niebo
są jeszcze ludzie
patrzący pod nogi
na cudzą kałużę paranoi
na ulicy Prozy
kochają przez ścianę
która im niesie
długie smutne wieczory
na Prozy
karą za zbrodnie jest cisza
duszne powietrze
dłonie szukające domu
zanim zaśnie
kiedy jej spojrzenie
drąży jasny punkt
chciałbym nim być
oprzeć się o myśli
uciec lub pozostać
zanim zaśnie i zniknie
okiełznawszy skórę
zatrzymam nagość
skradzioną rankiem
pomyślę o niej
gdy z wierną pościelą
ułoży się do snu
z oddali dobiegał skrzypiec dźwięk
zerwał się wiatr
ucichł trzepot skrzydeł
śpiew spłoszonych ptaków
na powieki spadł świt
przeciskany przez szpary okien
znów zamilkł czas
nasłuchując jak wyłania się
koniec
freski pamięci
w samotnym domu
bardziej doceniam
jaśniej patrzę
oczy błądzą po pokoju
jak szelest wyobraźni
składając ślady jej obecności
nie ma w nim
przypadkowych szkiców
to dopiero pierwsza noc
co będzie
gdy odejdzie na dłużej
będąc świadkiem
wszyscy go znają
choć rzeka ust
nie wylewa już słów
smutne spojrzenia
kradnie nam chłopak
z iracką zmarszczką na czole
skuli mundurem
by przyozdobić w dojrzałą pozę
wyrwali matce beztroskę
– zabiłeś już kogoś?
wstał i zamknął za sobą świat
(nie)wojennie
strumień linii papilarnych
zatopił bezpieczną granicę
nikt nie pytał o przyczynę
tylko dokładnie liczył straty
a ludzie...
wbili go w fartuch
z pięściami
zaciśniętymi w kieszeniach
barwy
dni opadają z liśćmi
zielony liść żółty czerwony
drzewo bez liści
pościel zmięta
i myśli czarne
przewracają się z boku na bok
barwy szarzeją
na granicy
znowu wymyka mi się
pierwszy wschód słońca
o zmierzchu
bezimienne
to czego szukam
jest tutaj
czasem przemknie
przez cichy korytarz
jest bezszelestne
i przezroczyste
być może
ominie mnie łukiem
i odejdzie
w inną stronę
bezwennie
kartka ziewa
przeciąga się
zakłada piżamę
nastawia wiersz
na szóstą trzydzieści
przebudzenie
budź mnie po cichu
by sny niewyspane
wyśniły się wolno
i całe
Czerń
Wiatr domokrążca wciskał się
w okna.
Odszedł.
Obudził się człowiek,
odrodziły państwa, powstały nowe
wojny.
Ktoś tracił siebie.
Deszcz ciął powietrze,
łatał niebo z ziemią -
zakładał światu szwy.
granice
jak długo można
przekraczać linię
nie gubiąc jej
siedzę i piszę
myśli trzymają się
zmiętej bieli
jedynie strofy
spokojne
przykucnęły na kartce
kiedyś eksplodują
i przestaną być
wierszem
jak opowiedzieć
kartka wciąż śpi
sącząc teraźniejszość
myślę o tobie i o tym
jak nas opowiedzieć
może zacząć od środka
(wnętrze jest wypełnione
czystą myślą)
albo od źdźbła trawy
co przetrącone przez wiatr
układa się na ziemi
nigdy nie potrafiłem
pisać o miłości
ani ona o mnie
kalendarz
przybite do ściany dni
zachodzą na siebie chwilą
dzisiaj jeszcze żywą
list
dokąd się spieszysz poezjo
masz zaciszny kąt
którego nie zakrzyczą
spójrz
jak dzisiaj waży się słowo
i przechyla szalę znaczenia
już postawili znak nierówności
i podzielili cię bezpowrotnie
list polecony
samolot na drzewach
gasnący jak świeca
opada i staje się ziemią
ludzie przyszywają różne historie
i jasne guziki
do czarnych garniturów
jeśli nagle odejdę
bez pożegnania
nie przypinajcie mi nowej twarzy
lustro
po drugiej stronie
nie ma światów
o których piszą poeci
może to nawet lepiej
popatrzeć czasem
na innego siebie
moje M2
nie ma piosenek które słyszymy
spacerując po parku
nie ma rodzinnych pikników
ani placów zabaw
stara huśtawka jeszcze skrzypi
a przezroczyste dziecko
tkwi w zapomnieniu
nie ma ścian które tak dziwnie
wpatrują się we mnie
jakbym rzeczywiście tutaj mieszkał
na nowy rok
w następnym roku
nic się nie zmieni
porzuć więc kamień
oddaj go ziemi
na prowincjach umysłu
szukam pominiętych słów
czytam drzewa twarze i nas
których nie można
nigdzie dopasować
odgrodzeni
sypiamy w potarganej pościeli
noce są późne
sny wiją się w porannej przestrzeni
na językach światła
paraliż
noc uczepiona stóp
jak ćma lgnie do światła
rozbudzonych latarni
w kleszczach ulic
zgarbiona postać
odgania się od psów
idziemy dalej
przez pomruk kamienic
bezsenność bram
nie ożywiamy słów
zaułków
naszych wierszy
Podmiot Liryczny w wyżu emocjonalnym
To pierwszy taki przypadek -
Podmiot Liryczny zakochuje się w wierszu.
Podziwia jego prostą mowę,
nienachalne wersy i łagodne
przerzutnie, a Poeta uśmierca go
w drugiej strofie.
Podmiot Liryczny planuje zamach na Poetę.
rak
Ś.P. L.P.
pokochał do końca
i nic więcej
co można by upleść
bezboleśnie
ten wiersz
ten wiersz powstał z krwi
czerwonej jak maki
i ciepłej jak pocisk
ten wiersz jest
pierwszym i ostatnim słowem
z ust niemowy
ten wiersz napisał się sam
gdy nie było już
czego bronić
Życie i poezja
Do życia trzeba poezji
mówię ci nie trzeba
życie jest do przeżycia
nie tutaj
tu do przeżycia potrzebne są
woda chleb i powietrze
poezja musi być piękna
poezja nie musi być piękna
poezja zostaje
a życie umiera
Marcin Dydyna
Data dodania:
Komentarze
|