Rafał Ernst      Info o Autorze

Case of you

Ten wiersz miał być dedykowany
Z odpowiednimi wzmocnieniami liter
Głośno angażując czytelnika w treść

Wszystko się jednak zmienia Wypatruję deszczu
bo wtedy bardziej angażują się wszystkie emocje
Do serca wpychając większą ilość krwi, ale deszczu nie ma
I dlatego powstanie nienajlepszy wiersz

Jest piąta rano i jazz płynie z leciwego odbiornika radiowego
Obszerny półuśmiech na nic się zdał z refleksją w piedestale
W umiejętnym miejscu stawiając duszę w gronie połamanych

Przez...

Martwe naskórki, co pojawiają się w chwili „bezprzytuleń”
Gdy ważne elementy pieprzą się z hukiem w dolinie skał
bez huku morza

Przez...

Tworzywa sztuczne, które nas otaczają jak „rejs parostatkiem”
Wszystko wydaje się bez luzów bez sympatycznego pukania wnętrza
Co nie wyczuwalne jest w samochodowych wypadkach łamanych żeber

Przez...

Ciebie
Ten wiersz miał być dedykowany tobie
Lecz nie istniejesz Zgubiłem cię z najprostszy sposób

Jazz otwiera mi głowę i wpycha troszkę więcej ciszy
Angażuje wcześniej zaangażowaną duszę w przysłowiowe przestworza
Nogi stają się lżejsze i nic nie kłuje w gąbki stóp Wszystko staje się napięte
Rozprężone bezmyślne bo multum myśli przeszkadza co jest niedobre w „niemyśleniu”
o miłości

(...)

Ten wiersz jest dedykowany, bo, po co to wszystko
W ogonkach połamanych serc do stoiska z jeżykami
Bezpośrednie centra handlowe tętniące szklanym życiem
Betonowe dywany gdzie nie jest już tak lekko naszym stopom

Będzie to jazz o miłosnych rozterkach
Z fortepianowym zacięciem coś w stylu Diany Krall
Takie splagiatowane Case of you z moim szalejącym wnętrzem

Oczywiście zagrają ją w radiu komercyjnym
Skończy na pierwszym miejscu w liście przebojów
do kołysania biodrami nadawana przez trzydzieści lat z rzędu
O godzinie szóstej w porze, gdy nikt tego nie będzie słuchać

Może zakochani, zranieni z zakochania...

Ale ja tego nie chcę, bo wszystko i tak jest niesłyszalne

Biciem mojego serca niczego nie zwojuję
pogubię się co jedynie w krokach i przewrócę
na wznak Może ktoś mnie podniesie i z reanimuje
Chwyci kobieca dłoń i tu topię kolejne westchnienie

Będzie to piosenka nieprzemyślana z tekstem
bez tekstu oczywiście profesjonalnie splagiatowana
Z rymami pchełek i perkusją wszy salonowej ryk motyli
przełkniętych zabarwi basem powierzchnię całej tej przestrzeni

Piosenka miłosna bez miłości do kobiety nie kochającej

Za oknem żółte taksówki podążają w zachodnią stronę
Wschód słońca jest nieaktualny, więc szukają jak najlepszego miejsca
Tak z góry patrząc zapominam, że mam dojrzały wiek i pulchne łydki
Wracam do siebie, bo we mnie jest wszystko, co chcę zobaczyć, czego nie ma
wokół...

Jazzowe melancholie aktualne bez końca

Byłem zakochany Odjechany na punkcie dedykacji w wierszach
Poezja jest ścisła piętrząca się w palcach zmęczonych dłoni
Dłoń odpoczywa, gdy pisze, od ciepła przyjemniej się robi
Przemieniając wszystko inne w stan ucieszenia w wyrazy zdania
w obszerne pół uśmiechy

Pozostawiła mi poezję Nie chcę Jej dziękować

A deszczu nie ma...

Nic nie puka w szyby przedsezonowe
W piersi, której wcześniejszy huk zagłuszał huk morza
zginął dźwięk

Ten wiersz już nie jest dedykowany

Jest sprowokowany...

Koniec



Drobiazgi z miasta świata poukładanego

1
Wątkiem tej historii jest samotny szczekający pies.
I ten frajer w polonezie z muzyczką z melodią.
Do tego nadszarpnięty zgiełk od rana ludzie się boją.

Z czegoś lub z kogoś wychodzą wrzaski
raniące podniosłe z poranka zimnym prysznicem serca,
raniące w kilka chwil drobiazgi zapełniające ulicę,
z ich min wyczytuje się piwniczną poezję a strach
stał się głównym bohaterem cichcem rumieniąc twarze
idących do pracy magistrów i inżynierów.

Słońce wypełzło przed godziną piątą,
ale nikt z poranka nie częstował go wzrokiem.
Samotne słońce parzyło posmarowane pachnidłem dłonie.
Płakało.

2
Z wyrzynarek wychodzą szczupłe panie w drogę do solarium.
Panie mają sukienki, bez zasady harmonijnej wiszą jak na sznurkach
chłodnie podwiewane przez koła samochodów.

A tłuszcz wali się po ulicy dotyka płyt chodnikowych, co do stóp są podwładne.
Być może się nie przewrócę, kierowca poloneza w budynek prezydencki nie walnie.

Zagnę język w gardło i może nie popadnę w grzechot.
Nie krzyknę w powietrze, co stało się rozwlekłe i trudne w połykaniu.
A z ognia papierosa zrobi się anioł, ten od piosenek w stylu z melodią.
A tekstem wykaże się przeciętny filozof, co pisze przeciętne wiersze.
Z tłuszczem jest nie najlepiej, bo wbija się w pancerki i każdy krok czyni trudnym.

Anioł z tłuszczu śpiewa piosenkę samotny szczeka pies.
Dziewczyna wychudzona podnosi sukienkę i gubi przypadkowe stamtąd kości.

3
Na drzewach są liście z wymiennymi kolorami gasną w księżycu.
Na gwiazdki spada powietrze, co z oddechów się rodzi mi podobnych,
a łakocie wywracają się w brzusznym nadając uśmiech przyjacielski.
Szukam właścicielki ciała gdzie wszystkie są kości,
a w dotyku jej gąbki wymasują młodzieńcze zmarszczki dłoni.

Samotny pies szczeka,
frajer w polonezie z muzyczką z melodią zasypia,
a anioł daje nieciekawy tekst:

„Palenie papierosów wywołuje choroby,
wpycha mgiełki w pulchne mięśnie i daje
zgiełki wcześniej poukładanych myśli”.

4
Wątkiem tej historii jest samotny szczekający pies.
Psiak z rodowodem, z rasą w rodowodzie i z imieniem w pysku pana,
z sierścią do ziemi i z pianą z twarzy, szczeka, rozmawia, prosi
byś mógł choćby do nieba łańcuch rozciągnąć.

Metalowo – olejny pierścień powoduje ruchy wymiotne
a oddech zamienia w niekończący się skowyt, bunt psa powoduje regres.

Opadną usilne anioły i powiedzą, że co, jak co ale nie wierzą w zwierzęcą piosenkę.

A Dog ma dość, tłuszczo – smalcowatych chodników wataho pochodnym szczęściem,
Grzechotników jadowitych zamazujących każdy odmalowany przez słońce kwiat,
zarysów cieni bo mylą mu się cienie z aniołami, pchełkami – zbrodniarzami,
to takie inne zwierzątka, im bóg dał wolną wolę, i które zepsuły ludzki byt,

dog nienawidzi metalowo – olejnego łańcucha,
gdy kicha, skręca mu się nieprzyzwoicie szyja i zastyga w pozycji umierania i nie życia,
szczekającego samotnego psa, którego posiada w sobie,
nie lubi się chować i wołać, nie lubi jak go nikt nie słyszy.

Nikt nie chce go słyszeć.

Drewniana buda z wbitymi palami w piach i zastygła chmura,
którą tu przywlókł symultaniczny wiatr,
rozterki kończą się na machającym ogonie
a pysk ułożony na pchełkowych łapkach oddycha mocniej
i mocniej powietrze jest rozlazłe, ale w tym słynnym mieście
takie powietrze to nie nowinka, równa tłustym włosom i chodnikom śliskim,

on ma zatarganą minę jakby ktoś podał mu dłoń
i wcisnął ją pod język masując miodowe krostki,
nowotworki nektarowe poruszające struny głosowe.
Dziś nasz kolega nie zaszczeka wyszczekał się a przed budą
zrobiła się ślinowa rzeka gdzie zanurzenie łapki powoduje drgawki
i pchełki porusza na kończynach zatwardziałych.

5
Na niebie narysował się deszcz i oddał cykliczną kroplę,
zamigotała światłem i przeszyło powietrze malutkim ładunkiem elektrycznym,
jednym z tych trudno wyczuwalnych, w grdyce mieszający się z oddechem.
Pies na chwilkę powstał, na czterech łapkach wzniósł się wysoko i ze stęchłej miny
wydobył się malutki głos, ze strachem jak z panoramicznych dźwięków
jego dźwięk wydobył się na wierzch, lecz nikt go nie usłyszał,
czego się spodziewał, wiedział, że ten wieczór będzie jednym z tych,
których nie zapomina się zazwyczaj, i rozedrgała się melodia,
gdzieś w ciszy wydobywająca się z jednej z gwiazd,
a pies odwrócił głowę i udawał, że nie słyszy,
choć w głowie panował wysoce charakterystyczny hałas,

samochód przejeżdżający z niedalekiej podróży stuknął w porastający kasztan
a liście zakryły krwi bałagan.

Anioły wydobyły się z klasztoru dla upośledzonych i zmieniły wszystko od środka.
Ludziom na wierzch wyszły kości, kobietom piersi popękały a ja zjadłem zł udźca.
Pies schował się do budy. Zakochał się...

W kończących dźwiękach.

Koniec.