Izabela Fietkiewicz-Paszek      Info o Autorce

Fotografia z 1982;
trzej bracia przy budowie domku na działce POD


                 dla Nich

wziąć wolne i jechać kilkaset kilometrów
zostawić pracę dzieci żony i budować
razem w pełnym słońcu cieszyć się
kanapką z szynką na kartki kawą z termosu
ciężko zdobytą cegłą i tym że jeszcze

jest siła żeby stawiać dom

zmęczyć się spocić upić wieczorem i śmiać
że w 56’ ktoś odstawił Cześkowi drabinę
a ten wierzgał nogami jak szalony - znów być
beztroskim może nawet młodym pomimo
że już z górki ale przecież wciąż uparcie

wypierać się tego całego mijania

mieszając zaprawę na fundamenty
nie zapominać o drzewach niech powoli
rodzą się przyszłe smaki spokojnie
już wiedzieć że chłopiec z działki obok
też całkiem niedługo przyprowadzi syna

wtedy nie będzie tu strumyka

tylko nowe altanki trawnik parking – trudno
być mężczyzną nie mazać się że minie
ćwierć wieku i zacznie nas brakować
po kolei po cichu od najstarszego
albo na przykład od prawej

21 lutego 2007



Bianlian

Kelnerka podsuwa kieliszek i ciasteczko
z wróżbą. Czeka Cię sukces. Musisz wytrwać
na właściwej drodze
. Piję. W tym czasie

Tao Xiuhua sześciokrotnie zmienia maskę. Teraz
sprzedaje miniaturki swojego Buddy, przed sekundą
była nałożnicą, wcześniej - piękną przewodniczką
w drodze trudniejszej niż do nieba. Nie znam jej

Syczuanu ani sekretu nakładania barw.
Kilkadziesiąt lat ćwiczeń, cierpliwość mistrza – tak
ponoć można się nauczyć zmieniać w sekundę
histerię w śmiech. Wierzę

w jej osiemnaście twarzy. Wpatruję się bezmyślnie
w pognieciony strzępek mojej wróżby. Wdzięczna
za ten bankiet - urzędnikowi, który się odważył
zabić boga.

8/10 grudnia 2006



Paryskie wakacje 94’ (1)

                 Rafałowi

Tak, drugi rok studiów to był ostatni moment,
kiedy mogliśmy bezwstydnie leżeć na ławce
pod Łukiem Triumfalnym i popijać hamburgera
butelką mineralnej z plecaka. A pamiętasz:

jak pięknym kobietom z Lasku Bulońskiego
odrastały wąsy – a my, opuszczając Paryż o świcie,
uczyliśmy się tego nie widzieć? Tak perwersyjnie

przebijał się do nas wielki świat. Autostopem
zjechaliśmy pół Europy, śpiewając w tirze
z pięknym Hiszpanem jakiś hit Stewarta,

to znów śpiąc pod letnim niebem na stacji paliw,
skąd rano mieliśmy jechać dalej, a (przez pomyłkę?)
wróciliśmy. Mówiłam coś o przeznaczeniu, o tym,

że droga ustala się sama. Ze spokojem zająłeś się
odliczaniem ostatnich drobnych na bagietkę i bilety
do d’orsay: Zaprosiłeś mnie na uroczyste śniadanie

u Maneta. Pamiętasz minę strażnika? Gonił nas
jeszcze na ulicy. Przy Perlacher kupiłam różę
dla Edith. I przyrzekałam wtedy, że nigdy

nie nauczę się francuskiego, nie pozwolę sobie
zrozumieć, że sous le ciel de paris to tylko słowa.

19/21 marca 2006



Wieczorami sklejam fragmenty o ludziach

                 Markowi

Po latach człowiek czasem bywa
apaszką, fugą Bacha, upadkiem
na schodach. Albo ostatnim
papierosem. W każdym razie
- rekwizytem.

Tli się niewyraźnie coraz mniejszy
i mniejszy - najpierw o imię i twarz.
W końcu rozpada się na strzępki
cudzej pamięci.

Zasilając wibracje przypomnień
(rocznica, muzyka, zdjęcie, ktoś
umarł) dyskretnie wycofuje się
również i stąd.

Blaknąc – odchodzi
wymiar dalej.

18 czerwca 2005



Byłem podobno somnambulikiem

Prognozy sprzyjały. Wiem – tym razem
musiało się stać. Przy tej wysokości
silny wiatr miał pozwolić delikatnie

ułożyć się obok wróbli, na wierzbie. W domu
naprzeciw ktoś krzyczał – w ramę okna
wczepiony mocno, aż palce bielały. Mógł

zbudzić pisklęta, pomyślałem, one śpią
o tej porze. Zimno. Kto przypuszczał,
że będzie tak zimno? Mżawka

spłukiwała resztki snu. Coraz szybciej,
coraz wyraźniej mijały balkony, odjeżdżały:
i doniczka w paski, i poszewka w słonie,
i sąsiad z twarzą

jak od Muncha. Zielone kolce olbrzymiały
nie wiem kiedy. Chyba coś jeszcze wyczułem;
paczka goldenów w kieszeni. Cała.

18/19 października 2005



24.09.2005, Wiatraki, Orzechowo k/Olsztynka

Im trudniejsza droga, tym wolniej
mijamy


W trawie grzęzną szpilki, komary
uparcie nie pozwalają być
z klasą. Jesień nie zagląda jeszcze
zbyt odważnie. Aż chce się w drogę,
do tego kościoła, bryczką przez pole,

z orszakiem, co jak tren ciągnie się,
kurzem pokrywa widoki. Młodemu
aż szumi w skroniach od lasu i dreszczy -
tak dreszczy, że nie wie, czy to naprawdę

konie wozem trzęsą. Ze strachu,
może z zimna - palce bieleją pieszcząc
brzegi, to sukni, to surduta. To znów
wyplatają nie wiedzieć czemu wspólne
mudry.

Droga zakłóca świat, dzieli go
na dwoje.


5/6 października 2005



Lipcowe Dni Muzyki

rozwydrzone dzieciaki
przynajmniej nie udają
ekstazy na widok skrzypka

dyskretnie zajęta
rozporkiem łysego osiłka
dziewczyna - chyba nawet słyszy
(jej twarz wyraża więcej
niż szesnastoletnie oddanie)

chór szpaków nie zawsze
zgodnie z partyturą znaczy
w cętki miejsce dla orkiestry

allegro non troppo – za darmo
i w klapkach

10 lipca 2005



* * *

                 dla S.

Białko podgrzane tchnieniem - z góry
niby wiadomo: musimy
w końcu. Jak wszyscy.

Dzień pierwszy: umyć, ubrać, wybrać
trumnę. Wieńce, urzędy. Ksiądz.
Krzyczała na sąsiadkę, co w łapciach
wyszła przed dom pytać. Więcej
nie pamięta. Jak i dnia ślubu.

Jego śmierć była od dawna
jak ta lwica leniwa – stała naprzeciw,
wytwornie czyhała na pożywny kotlet
z białka i kosmicznego pyłu*

Mówią, że lepiej, że wreszcie
nie boli. Tak mówią. Może
źle kocha – ale niechby wciąż.
Do wtorku, do następnej zimy
albo chociaż do jutra – niechby
bolało.

Na drogę dała mu słonia, z trąbą do góry.
Na szczęście. Będą gadać, będą
pamiętać dłużej niż kolor oczu. Co tam...

15/16 sierpnia 2005

* T. Konwicki




Czego nie ma w protokole

                 Markowi

Na przykład papieros. Może
gdyby zapalił. Na ławce
albo pod drzewem - w letnią noc
przyjemnie pobujać się, tak beztrosko,
na krawężniku. Cykady i późne szepty. Można
jeszcze inaczej - gdyby zgasił w połowie
(chciał przecież rzucić palenie). Mógł
zagasić w połowie. Albo w ogóle
palić wolniej. Albo szybciej. Albo jakoś
inaczej. Gdyby zgubił kluczyki, potknął się
gdzieś na schodach, dostał w mordę, zgłupiał
dla jakiejś dziwki - byłby
22:18 gdzieś indziej.

29 sierpnia 2005



Ul. Kościuszki 16
Kamienica, rocznik 1900

Od ulicy
jedynie żyłka pod gzymsem zdradza
heraklitową konieczność. Z daleka
nie widać zmarszczek. Prawdziwie
zaczyna się za bramą.

Czas demaskuje. Nieuchronnie
wygląda stąd nędza.

Kolejne dzieciństwo zwinnie przewija się
przez trzepak. Tutaj dojrzewa się szybko.
Jak wino, które rozcieńcza wieczory.

Wiosna nie wygrywa ze smrodem
śmietnika. Kilka brudnych gołębi
to nie dowód, że można tu żyć.

Przed wojną wołano stąd na boga
różnymi imionami. Podobno
na każde się stawiał. Dziś trudno uwierzyć,
że w ogóle tu bywał.

4/6 czerwca 2005



Tak jakoś

wódką rozcieńczam wieczory. Od dawna
brakuje nam siebie: Tobie brakuje mnie,
mnie brakuje siebie. Można tak mnożyć
kombinacje braków. Bez końca.
I bez początku: nie dało się go przyłapać.

Przewróceni o kilka rozczarowań
wzajemnością, za którą byśmy wszystko
oddali. Wtedy. Tamto wszystko -
dzisiaj obce. Szczeliny w czasie
pozwalają przylgnąć na krótko.

Biegniemy jednak razem, przez dobrze znane skróty.
Od dawna ślepi, na kolejnych zakrętach
wytracając prędkość,

czasem mocno chwytamy się za ręce. Z przyzwyczajenia.
I z braku innych rąk. Niekiedy nawet jeszcze chcę cię
zerżnąć,

kochanie.

23/27 sierpnia 2006



Eleonora umarła

znaleźli ją
z pętlą na szyi pociętymi rękami
resztką tabletek w fartuchu

i stało się jasne
że już

się nie dało
najdroższa córeczko
weź moją kolekcję butów
(od zawsze uważaliście że to wariactwo
prawda?) weź proszę z lodówki ciasto
dla Oliviera oddaj pieniądze
sąsiadce zapłać za tę brązową spódniczkę
i jeszcze rachunek za światło (bardzo wysoki
oszczędzajcie kochani naprawdę oszczędzajcie)

najdroższa córeczko zajmij się
wszystkim wybacz

ja od dawna byłam tamtejsza
od dawna już pukałam do drzwi
wychodząc z domu

zgaś światło

16/18 maja 2007



nie przemawiają do mnie obrazy realistów

czarno białe fotografie na których jesteś
odwrócony plecami ledwie widoczny
z daleka – te są najwierniejsze
mojej pamięci przeszkadza
kiedy rozpraszasz się w szczegółach
jesteś wtedy śladem
po maszynce do golenia śladem
piwnego spojrzenia zmarszczką
na czole klamrą od paska
przysłaniasz mi siebie

nieostre chwyta się z poruszeniem

5/6 grudnia 2005



To męska rzecz

być ojcem i spokojnie rozmawiać z synem*

mieć wspólne sprawy szeptem planować
wyprawy na ryby narty w styczniu
prezent dla mamy

siadać na brzegu łóżka trzymać za rękę
zamykać po cichu drzwi

rano szukać pomysłu na ciąg dalszy
weekendu gwiezdnych wojen urlopu

*
być synem i spokojnie rozmawiać z ojcem*


mieć wspólne sprawy szeptem planować
garnitur kwaterę rodzaj kamienia
co dalej z mamą?

siadać na brzegu łóżka trzymać za rękę
zamykać po cichu drzwi

rano szukać pomysłu na ciąg dalszy

* Zdania na wypadek śmierci, Karol Maliszewski

15 sierpnia 2007



Izabela Fietkiewicz-Paszek



Data dodania:
Komentarze