Ela Galoch      Info o Autorce

Impresja

Zygmunt ze sztalugami przedziera się przez krzaki jeżyn
dzika szałwia - pałki tataraku i szczaw wlewają się
w zakola Warty: światło drga - zmienia minuty
rozkładając łąkę na jaskrawe szkiełka z kalejdoskopu
jedynie włosy malarza tworzą siwą plamę
na tle zielono-beżowego kożucha pod wierzbami
twarz zacieniona przez gałęzie upraszcza się
jakby naszkicowana w pośpiechu
bardziej jak wrażenie niż portret
jak gdyby w nim rozszerzył się pejzaż
- szpachlówką chwyta skarpę
z rozczochraną lipą gdzie rozkładałam kraciasty koc
podglądając pływających mężczyzn
z klubu szachowego

Czuję dłonie energicznie sunące po płótnie
jakby rozkołysane od wiatru
poruszone barwy wciągają pędzel w sitowie
widnokręgi szumią szmaragdowo z dodatkiem sieny piasku
a największe płaszczyzny sączą żółć kadmową
niebieska farba swobodnie nakłada się na biel
mieszając nurt rzeki z pędzącymi chmurami

Opętało mnie to rozświetlenie
odkrywam mosty poza tym co namacalne
w ulotnych drobinach leśnych porostów i ważkach
zamkniętych kreską węgla - obraz staje się
powietrzem i przestrzenią



Na szarym płótnie nieba

Gliniaste drogi już nie iskrzą w reflektorach
dalekobieżnych autobusów
więc umierają twarze prowincjonalnych kobiet
ze źle zrobionym makijażem
jakby nikt nie kochał tych szamanek ochlapanych bielą
zaklinających teraźniejszość przy złotych jubileuszach w dziale kadr
albo w Dzień Kobiet przed Domem Kultury
jesienie oszczędzają tylko dzieci i konie na biegunach
zatem stają się żałosne w spódnicach sprzed nie wiadomo już ilu lat
i z przywiędłym astrem w dłoniach

Czy mogą jeszcze wzruszać
nucąc: gdzie jesteś Mały Książe Kasi Sobczyk
do akordeonowych akordów beznogiego emeryta
wnosząc sernik z pomarańczową galaretką
lub zrazy po litewsku na spotkanie przyjaciółek po latach
gdy przeszłość w małym miasteczku staje się przezroczysta
jakby ich wielkomiejskie córki nie pamiętały
siebie - w pryzmie brudnego piachu pod płotem
lub z kundlem przy policzku
chociaż to miejsce na szarym płótnie nieba jest jak delikatny obraz
na który pada ciemnozielony cień drogi do szkoły
i pierwszej skakanki
jak gdyby tu życie spowalniało a wszystkie narożniki ganków
tak naprawdę nie bały się wyrośniętych sukienek czy błota
na kolanach od falującej ziemi
bo w myślach znów pachną aroniowe ogrody
wyrzeźbione w powietrzu rozbijającym granat
grzebieniami mgły nad łąkami
gdy o czwartej rano wracały z wiejskiej zabawy
na czubkach palców
przebiegając między budzącymi się opłotkami
żeby nie zobaczyć twardych oczu matki

A może tamtych makatkowych chwil nigdy nie było
i tylko w tajemnicach - niepotrzebnie zatracają się
gubiąc obcasy i cygańskie przepowiednie przy pastwisku na skraju lasu
gdzie jedynie wieczór rozmazuje się od wulkanów w kartofliskach
strzelając resztkami bylicy w wiersze
czyżby z dziesięciolecia na dziesięciolecie - rozgwieżdżony firmament
przekształcał się w coraz ciemniejszego skorupiaka
co niczym pęczniejący hełm więzi sklepienie niebieskie
nad paszczą zatłoczonej autostrady



Lekcje religii

Przed katechezą fajnie było spotkać się z ministrantami
za pryzmą buraków: mogłam z nimi pomieszkać w dziupli sowy
a ciekawość - wycierać w rękaw poplamiony złotą farbą
od tekturowych aniołów z bożonarodzeniowego przedstawienia
gotycka nawa na chórze kołysała się we mnie jak gromnica
gdy na "majowe" ubierałam liliowe sukienki i pantofle na sprzączkę
najbardziej lubiłam weselne korowody
kiedy przy furtce plebanii rozpychały się samochody
z fruwającymi wstążkami i brzydkie kuzynki z gerberami
że nawet pierwszoławkowe matrony podśpiewywały Pretty Woman
zasypane ryżem jak śniegiem na Trzech Króli
kontrastując z krwawiącymi kolanami babki Rozalii
szorującej posadzkę przed tabernakulum
za ludzkie spojrzenie sąsiadki i ciasto od synowej
jakby adoracją można było związać koniec i początek
gdy już dzwonili na sąd ostateczny

Ksiądz Jarek zbyt obrazowo przedstawiał piekło
podkładaliśmy ogień pod beczki do smołowania dachów garaży
a koty i indyki skazywaliśmy na karę sznurka
albo stare puszki żeby być bliżej siebie
to był świat pierwszego patrzenia sobie w oczy
i zatajania papierosów pod schodami
gdy cud dotyku odurzał i dusił
iż myślałam że na odpustowych zabawach strażacka orkiestra
w futerałach na akordeony ukrywa kukułki
bo tylko dla mnie Mateusz zakradał się do zakrystii po wino mszalne
choć jeszcze pachniał irysami prawie jak niemężczyzna
będąc najbardziej mężczyzną
gdy szeptał mi do ucha ulubione wiersze Miłosza
przekonując że trzeba chcieć kochać nie wszystkich
lecz aż jedną osobę: w niej jest odciśnięta
niezmierzona płaszczyzna naszego miasteczka



Wiejskie wakacje

Dziadek szybciej niż lot trzmiela kreślił kosą powietrze
po położeniu trawy równo dzielił zbożową wódką
synowie ostatnią kolejkę przewracali w olszynach
z podniecenia szepcząc o sobotnich dyskotekach w miasteczku
tylko w żniwa na głos recytowali
czego nie powiedział proboszcz na niedzielnej sumie
aż ziemia drżała jak wiolonczela
gdy przyłożyć do niej ciało można było doświadczyć
jak babka czuwa pod pierzyną
z twarzą wtłoczoną w złote ramki święconych kiczów
przez ubytki w chmurach rozpoznawała skrzydła aniołów
czarne od sadzy
to pewnie przez to że w młodości grzeszyła słowem
jeszcze teraz jej krzyk wlewał się
w rzężenie traktora na podwórku

Przychodziłam czasem rozchwiać jej oddech
rozgrzane powietrze wodziło na pokuszenie
powoli zapominałam widoku jej źrenic
chociaż codziennie mierzyła nimi
moje nabrzmiewające od ciekawości sutki
podobno gdy miało się na grad
jej spojrzenie stawało się gęściejsze niż zwykle
przygniata pszenicę
aż z bezradności sąsiadom opadały w piecu drożdżowe ciasta
chcieli dłonie zakuć w pięści i ciskać w jej duszę
żeby popękała
jak tafla jeziora trafiona kawałkiem cegły
zajęta sobą milkła
może wcale nie była czarownicą
przecież tak często zagnieżdżała gromnicę w doniczce z dziurawcem

A my z kuzynką po kryjomu kosztowałyśmy jabłkowego wina
za wszystkich swoich chłopaków i nie swoich
tych zazdroszczonych
za wybujałość zielonych sukienek pod którymi wilgotniały uda
za ryby w stawie gdzie brodziłyśmy dla skrócenia myśli
i zajęcze ślady kiedy "po dziecinnemu"
biegałyśmy po zaoranym ściernisku
szukając królestwa
gdzie przepadają kulawe koty i sprzedaje się krzywe parkany
wierzyłyśmy że nie wszystko jeszcze tam było upośledzone



Spotkanie z ojcem

Jutro będę miała trochę wolnych myśli
wrócę na ostrze szosy obok autobusowego przystanku
jak kiedyś - skropli się ozimina
a na słupach wysokiego napięcia zaskwierczą błędne ogniki
w tej wilgotnej akwareli doszukam się ojca
może zechce dłońmi nakryć las
krajobraz wciąż czeka na nasze indiańskie okrzyki
tylko te nowe magazyny z pustaków
są jak trudno gojące się krosty

Potrzebuję żeby naprawiał pejzaże jak mój czerwony rower
dziecinny pokój został w jego odkryciach
kiedy krzyżował noc
przestawała zamykać mnie rezygnacja
grzywy koni wierzgały na kilimach przed tapczanem
więc będę udawać że dom w dzikim winie nie wessały kretowiska
a pies na deszczu wciąż szczeka na niezatrzymujące się samochody
zmiany bolą: czasem zabijają jak gwałtowna burza
żeby się nie rozkleić nad ranem poruszę martwą ziemię
a na zmurszałych płotach oczyszczę oddechy
"jego" jeszcze tlących się sąsiadów
chociaż do końca nie mam pewności
czy istniała tu "moja" wieś
może watahy kóz i agrestowy sad
nawiedzają mnie tylko w zmyśleniu

Wciąż godzę w sobie ten odwieczny odcinek
rozumienia nieobecnego i obecnego
ucząc się w wyobraźni "być" dla niego wśród łąk
jak gorejący krzak tarniny
pochylać się dla półgłosów i szmerów
gdy zaczyna opowiadać o swoim cmentarzu przeoranym ciszą
z pochowanymi krokami kuzynów i wuja Stefana
wciąż pamięta jak ukrywaliśmy się na poddaszu
gdzie zimowały fortepiany z różanego krzaku
odeszłam od dzieciństwa kiedy za stodołami
pękały ostatnie melodramaty a jabłonie ucodzienniały rozstaje ścieżek
wabiona dzwonem od rzeki
wyrywam się czasem z cywilizacji
aby wchłonąć w siebie baranka w oknie z czerwoną chorągwią
i zielone żyto między półmiskami jajecznicy



Trzeba wrócić do życia

Do tej chwili lipiec rozpoznawałam
po dojrzewaniu ogórków w warzywniku wuja Stanisława
kiedy resztkami sił nosiliśmy wodę w ocynkowanych wiadrach

Schnie groch - matowieje trawa
w tym kościele nie ma już dzwonów ani niedzielnych wyrzutów sumienia
nie można też liczyć na huśtawkę z opony pod starą wiśnią
pośrodku ołtarza zdezelowana furta z krzywym krucyfiksem
jakby od zawsze odarta z płaszcza
przy podmuchach czarne aksamitki przy kapeluszach
kobiet w przeciwsłonecznych okularach
przypominają wąskie skrzydła
ma się wrażenie że wszyscy z utęsknieniem czekają
na szklankę "czystej" za spichlerzem
jak na pola otwierające się po żniwach
bo było "coś" i nagle otchłań
gdzie nie wiadomo nic i wszystko chce się wiedzieć
więc coraz mniej nas tu - z kilkoma urzędowymi łzami
stoimy obok siebie jak na ślepym torze
a ziemia wybrzuszyła się niczym parowóz
i tylko brzozy drżą z gorąca

W tej uroczystej ciszy - sztywnej
najwięcej pożegnań jest w ciętych kwiatach
a przecież znów trzeba będzie żyć
zakraść się na mokradła
gdzie Bóg migoce jak niebieski ognik
aby nawet onieśmielony diakon wreszcie zatrzasnął ten kufer
nie możemy czekać do końca
aż minuty wykrwawią się - trzeba na trochę rozstać się
żeby potem odnaleźć się w nietypowej przestrzeni Szeolu
teraz najważniejsze są obojętne słowa
o nieurodzaju rzepaku czy cenie pszenicy
mimo że to miejsce dalekie jest od realizmu
rzeczywistość staje się światem wyobraźni
może za tydzień uda się nam przynieść naręcze dzikiego rumianku
albo stare pejzaże Malczewskiego
jaskrawa paleta łąki potrafi wniknąć w najgłębszą nostalgię
trzeba tylko wsiąknąć w resztę zielonej ściany
za nim żarłoczne sikorki wyjedzą nam duszę



Jesienna refleksja

Figury świętych zazwyczaj zamknięte
uchylają się dla chcących wsłuchać się w ciszę
z darowanymi dźwiękami
jak drżenie płomyków czy szelest chryzantem
gdy podmuch unosi ich płatki niczym sukienki
krótko rozmawiamy o przemijaniu
słowa nie wyrażają wszystkiego - milczymy dłużej
zgadujemy swoje myśli
jakby cmentarz dyskretnie spijał nas
spokój staje się ciepły - topniejemy w nim
znów wszystko pamiętamy i wszystko nas zapamiętuje
czas daje za wygraną - uczucia nie wyrażają czasu
jasne pręgi światła na kamieniach
mówią że ziemia jeszcze nie ostygła

Tylko wielkość jest groteskowa
daje się zakuć w kajdany z brązu
pasuje wyłącznie na pomnik
nie ma w niej nic z codzienności
za bardzo akcentuje śmierć
przy niej nie ma miejsca na ciszę