Jakub Łukasz Garbacki      Info o Autorze

LĘK PRZESTRZENI



czarowanie

w oczach twoich zamknięty pejzażem
z obłokiem trwale złączony poduszką
lecę srebrzystoszarym, świetlistym pasażem
gdzie słońce drogą iluzją, a księżyc wróżką
jak te ptaki na niebie, skrzydlaty i wolny
krusząc zęby w fantasmagorię
w twoich miła dłoniach schronienia mi trzeba
lecz ja dalej krążę po wirażach sennych
więcej pragnąc szczęścia i malując duszę
w różowe kolory przeciw wichrom zmiennym
to dziś przeciw twoim ustom wyruszę

w oczach twoich jakim-że jestem obrazem
poranek ostami smutku kolana porani
gdy boso uklęknę, nie przed krzyżem, a drogowskazem
na barkach spoczną wreszcie aniołowie sterani
a tajga twoich włosów zapachnie daktylem
znów zgubię drogę do nieba mojej głowy
weźmiesz mnie do ręki, uczynisz motylem
wyfruniemy razem, wnet stań się tymi słowy



kołysanka

szklistą pianą toczy się sitowie oczu
na orbitę zmysłów twoje fotografie
nalewasz drżącą powieką sen
niech płynie jak biały szkwał
o skrzynię ciała kipiącym bałwanem
niech się rozbiją czarne koszmary

jak troskliwe palców przebieranie
nawlekają się już gwiazdy
na słodkie grzbiety mszyc
sowa już otwiera powoli oczy
tam pająk tylko czyha

śpij już, proszę, śpij...



góry zjedzą kiedyś doliny

tajemna moc w tej górze zaklęta
tworzy świat w hołdzie naturze
krew z obtartej dłoni czy skały
i wzrok zadarty ku górze

zdobyłem cię
i światło gra w mistycznych kręgach oka
o rozkoszy tego spojrzenia
w piękną przestrzeń
miliony krzywizn mieczy śpiących rycerzy
uderzam w pękaty bęben marzeń
nie widzę ciebie
mgła zasłania przestrzeń całą
mam w rękach kryształ przyszłości
jest to wciąż za mało
więc w górę to słabe ciało
ducha rozpiąć muszę w tej całej ogromności
łańcuch skał kontra pozornie twarde kości

kroki ostrożne jakbym szedł na ukamienowanie
będę twój na wieki -
jeśli ze mną na tym szczycie zostaniesz



charisma

dalej
roztrzaskane nade mną ognie rozpoczęte
prościej
zapełnione kościoły ducha zaklęte
mocniej
wzruszone uczucia karawany wzięte

w ich oczach widzę łzy
logosa narodzenie
na rzęsach odnalezione
pradawne milczenie

w ekstatycznym płomieniu
ku świętemu zespoleniu
ku powiekom wbudowanym w trójkąty



porwij mnie...

porwij mnie Absolucie
przez najświętsze Twoje Imię
porwij mnie Słowo
jak mnie uwiodła Miłość

porwij mnie Krysztale Najczystszy
w którym krew Ziemi i Nieba
oblicze stęsknione jak przystań czekająca rozbitka
białe jak śnieg włosy
czerwienią warg splątane
ramiona rozpięte jak podniebne statki
w nich zamkniesz świat, niebo i mnie

słodkie uwiedzenie
słodkie porwanie
słodka, najsłodsza niewola



mikrokosmos

zamknij oko setha
które
wszystko jedno
głębiną przestrzeni gwiazdy zszyte zbledną
zamknij oko horusa
co światło tunelu trwoni
skrzydlatym spokojem w serdecznej woni
leć poprzez powieki rozsmarowane w misterium tańczącej Herodiady
głowa
po cóż ona
rozpalone obroki słonecznego ogiera
i stanie nagle imperium
w cztery strony sfinksujące dziady
wobec nieujarzmionych potoków duszy przystaną

ty milczący tnąc kuleczki prywatnego nieba
zaśmiejesz się szyderczo nad tajemnicą odrywaną
kłamliwym sanskrytem kładzioną na czerstwą kromkę chleba



miejsce na wiersz

szukasz światła w piersi swej safono
umieraj dante z bogami
współ-złączony blaskiem
apostole światła piotrze odmieńcu

we trójcy rozkopcie świeżo spadły liść
po zrękowinach jesieni umarły
rozsypcie nieco swych nasion i plwocin
na świat przychodzących z nowym renesansem

gdy skończy się era obu czwórek
wyruszy nowy głos szybszy od nocy
zróbcie wnet miejsce na wiersz



chwila nieoznaczona

krzyk co przez szkło przenika
wzrok co rany zadaje

ptak co w niebiosach randez - vous
nic się nie zrówna
z potęgą ducha

z dołów natchnione
z głębi wzniesione
naznaczone

chowają się widnokręgi
uginają kolana
z zachwytu topią się zegary
wobec wielkości tej chwili

wydarte słońcu promienia
wymięte schody do nieba
dudniące kroki boksera
i miękka kołyska poduszki
wszystko się krzywi
leży i kuli

z twarzą rozdartą pazurem
między drzewem dobrego a złego



pewne lubelskie południe

W południe siedzi zegar na Bramie
dyndając radośnie wskazówkami
trębacza lekko podszczypując
by śpieszył się z hejnałem

w południe drzemie sobie starówka
w słodkiej sjeście
grodzkie i trynitarskie kły zatopione

zwalniają z oddechem przechodnie
i chodzą jakby wolniej

w południe wącha się kwiaty
nawet te plastikowe
ucisza się witryny sklepów
i straganiarki co lekko się kołyszą

nikt nie mierzy tętna miastu
gdy tak chorobliwie spokojne
i w napięciu czeka
w ekstazie razem z ulicą

delikatnie
głęboko
lekkim podmuchem wiatru
oddycha



sarks

to jest moja samotnia
a świata dzienne sprawy
wojna
nie ma tu co pukać

za zieloną nagą drzew zasłoną
ogród bezsenny
klosze i cieplarnie
wieczne kwiaty
przemienne zapachy

mały suchy kamyk
wokół ostu roztańczony
nie zburzy burzanów
choćby był to
znak niedoskonałości

mały suchy kamyk
w całej wilgoci samotni
milowy kamień milenium
mały wobec wielkości samotni
perkalowy kościsty kamyczek
paciorek pokoju bezcenny

za te perkale
kupimy sobie
klosze i cieplarnie
wieczne kwiaty
przemienne zapachy
wyspy ciała wypukłe
za cenę własnych samotni