|
Pół
Najpierw coś przychodzi do głowy, a potem
nie można już nigdzie pójść, bo nogi
odmawiają posłuszeństwa.
Powłóczy się jedna strona, opada powieka.
Ze wszystkich dawnych słów
też tylko pół, a życie – wciąż całe -
do końca.
I gdyby tylko człowiek mógł sobie wybrać,
ale teraz nie pamięta nawet
o czym chciał zapomnieć.
Chłód
- Kurwa, matka, daj mi spokój!
- Czegoś ci potrzeba, córeczko?
- Kurwa, matka, jeb się!
To się nie nadaje na wiersz, bo to jest
proza. To się nie nadaje
do opowiedzenia komukolwiek, bo to jest
wstyd. Zgroza. W wazonie śmierdzi woda,
rodzina na zdjęciu wygląda normalnie.
Po łodyżce chudej jak żyłka
wspina się robak.
Okno patrzy spokojnie, a oczy
ma w dwie strony zwrócone.
Na balkonie grill. Za nim
barierka, za nią hektar niczego.
Po barierce idzie biedronka. Za nią
idzie jesień. Jesienią
będą liście palić.
Można zamknąć oczy.
Wyobraźnia zapala lampę w pokoju,
kiedy mrok i wieczorna wilgoć. Można
przy pomocy żaluzji, story, zasłony -
stłumić, wygłuszyć, można uwierzyć
w pelargonie, w cokolwiek innego
niż jest.
To się nie nadaje na wiersz.
To się nie trzyma struktury,
bo ma tylko zimny w dotyku
spójnik, iskierkę lodu.
Dziedzictwo
Czego oni doświadczą, jakie ich bagaże,
kiedy w podróż wyruszą życia? Po której stronie
staną na peronie marzeń i co powiedzą obcym,
gdy zdumione twarze rozpoznają siebie
sprzed lat, sprzed doświadczeń, po których
tatuaże, blizn parę i życiorys spisany na skrawku
wydartym czasom złym w godzinie upadku?
Czy tak bardzo się różnić będą doświadczenia,
czy to, że zamiast listów mają zbiory bitów,
czy rzeczywista inność rzeczywiście inna,
czy tylko rzeczywistość będzie czemuś winna?
A może nam się zdaje, że te lasy płoną,
może to chmury tylko zwiastują burzową
aurę? Dzieci ich dzieci, rodzice rodziców,
na granicy pokoleń, jak bursztyn skrzy się
w słońcu, jest przeszłości laurem?
Sztuka w czasach kryzysu
Filiżanka na krawędzi stołu,
wiara w niezachwianie – bo są cztery filary,
w które można wierzyć, że jakoś udźwigną,
nie pozwolą na upadek – mało?
Precyzyjna robota, tak ją wykonano,
jakby kruchość nie była istotna,
jakby miała przetrwać na tym wiecznym stole.
Malunek jest delikatny, koronkowa sztuka -
pagoda, przy niej mostek i kwitnąca wiśnia.
Cała harmonia ujęta
z nagłym łoskotem. Kwadratowa orbita stołu
i kolizja z parkietem. Kurs upadku
odbija się echem po pustym pokoju.
Wilczy szaniec
Kamień na kamieniu, echa ech,
taki tu spokój, w ciszy grzech.
Pada deszcz. Rozerwane bunkry
są bardzo gotyckie. Był tutaj Bóg?
Inną miał ojczyznę?
Wilcze łyko, nowe drzewa,
mokną turyści. Śpią w pustych salach
tylko stare liście?
Podziwiajcie bliznę lasu,
piramidy chaosu i burzy.
Coś niestosownego w tym wszystkim,
coś się cicho, w fascynacji budzi.
Narodziny
Kiedyś byłem ślepy i głuchy i niemy.
Nie miałam dotyku i smaku i węchu.
Miałem czas, więc myślałem,
że się poukładam – tak jak mi pasuje,
jak będzie najlepiej.
Ale przyszedł dzień, po którym
wszystko się zmieniło i już
nie mam czasu.
A jednak to miło, że może być
jutro. Zanim wszystko odejdzie.
Zapisane w genach
Zderzą się kontynenty i wypiętrzą nowe góry,
stare szczyty na dnie mórz, pustynie pod lodem.
Cóż zostanie ze stworzenia, jak się zmieni
horyzont i jakie imiona będą miały rzeki?
Co miało być na wieczność, a co ledwie chwilą
żyło, czy zostanie choć słowo, gest, miłość?
Gdzie przeniosą się zmarli i czy jacyś żywi
będą odkrywać koło, nóż, nowy wirus grypy?
Czy będzie miało znaczenie cokolwiek, co znamy
o sprawach podstawowych, o ruchach gwiazd
i o sobie samych?
Pamięć rzeczy martwych, nieważnych, wątpliwych,
o bogach i demonach, o tych żywych i bolesnych
historiach, rozważania o sensie, istotnych teoriach,
nieistotnych przedmiotach, najważniejszych wzlotach,
upadkach, ewolucji, stworzeniu, zniszczeniu -
o czymkolwiek bez nas i dla nas, pod osłoną nieba.
Po co to wszytsko i po co te słowa? Po nic?
Mrok
Sen trzeci zerwany jak sznur od serca
i dzwon nie dźwięczy pieśni. Noc,
a w tej nocy nocny bluźnierca -
śpi księżyc. Jeszcze bije w piersi,
jak w klatce słowik, jeszcze niepokój
nie zniknął całkiem ze ściany.
Miała noc ciche, spokojne dzieci,
a one miały nieotwarty testament.
Ona jest we mnie i on jest mną,
a nad wszystkim co moje cudze sny.
Ten księżyc pełny czarnej krwi
jak wrzód bolesny kiedyś pęknie.
Wtedy zabłyśnie słońce, będą piękne dni,
spisane na długo przed końcem.
Aktor
Nie zejść ze sceny, choć czasem kabaret,
rzadziej zdziwienie szczere i ból szczery.
Świat błaznów ma błazeństwa swoje
za sztukę. Sztuka ma błaznów za swoją podporę.
Być przez chwilę kimś innym, kimś kto nigdy
nie żył? Otworzyć oczy i stać się Piłatem,
czy być Piłatem do zamknięcia oczu?
Żyć? Może śnić? W tym sęk cały! Gdybyśmy
raz zasnąwszy mogli się nie zbudzić
w sztuce bez treści i bez scenariusza,
nie musieli wypełniać roli powierzonej,
nie kłaniali się czasom i grzechom, i pieśniom…
Małym druczkiem u dołu, gdzieś na samym końcu
kontrakt zawiera klauzulę, że można go zerwać
i bez zakończenia właściwego sztuce
grać dalej – choć dawno drzwi zamknięte,
a widownia pusta.
Bezboleśni
Jeszcze nie składamy broni, bawimy się
życiem. Godziną złotą, magicznym światłem,
dopiero kiedy noc – samotne żagle, z szuwarów port
będzie ich ukryciem.
Wiatry nad wodą i wyżyny fal, łupiny orzecha,
my w nich stojąc – chcialoby się nie kłaniać
wodnym słojom, chciałoby się dalej, w dal.
Toną dni, upijają się minuty nagłym szkwałem.
Będziemy w nich śnić, będziemy bałagan czasu
słodzić gorzkim żalem. Utracimy sterowność,
złamane będą maszty kaleczyć grzywy chmur.
Będziemy niknąć pod obrazem powierzchni,
wrastać w głęboki muł.
Ale jeszcze nie składamy dłoni, nie klękamy
przed ostatnią bramą. Jeszcze śnimy pieśni,
jeszcze się nie żegnamy.
I ikona kona
“1st
Verse
Looking Out
Across The Night-Time”
Michael Jackson "Human nature"
Król idzie po Księżycu. Perspektywa
to sprawia, że tak go widzimy:
nogą ledwie dotyka planety, ręką
zaczesuje Warkocz Bereniki, zakłada
na palce pierścienie Saturna.
Wszystko się układa w przeklętą koniunkcję.
Białe nie jest białe, a czarne nie czarne.
Sprawy w jednej lini z początkiem i końcem -
właśnie doświadczyliśmy kresu, upadku,
jak w greckiej tragedii, albo u Szekspira:
miało być, więc jest, wreszcie
zapowiedziane stało się realne.
Koniec końców to lepsze, niż ciała astralne
gnijące z braku światła, albo gdzieś
na jakimś uboczu, lub na jakimś krańcu.
Remanenty
Wyrosły nam dzieci, posiwiały włosy,
sny nam się skróciły, wydłużyły troski.
Co było jasne już tak nie jaśnieje,
mroczne rzeczy nie skupiają tak bardzo uwagi.
Także smaki już nam nie smakują,
w dźwiękach nie słyszymy żadnego zachwytu,
z pierwszych spraw ostatecznych
coraz bliżej grobom. Ogólnie, rzec można,
poszarzałe oczy choć widzą więcej,
to mniej je już dziwi, a rozum doświadczony
coraz bardziej nie godzi się na świat.
Słońce świeci jak dawniej. My zrywamy wiśnie
z drzewa, które cudem jakimś ocalało
z remanentów przestrzennych i tych w tobie,
we mnie. Gdyby je ściąć, to w słojach
całe nasze życie, a reszta to pestka.
Ćma
Sprzedam ciało na narządy,
na nierządy, na organy,
na niegrzeczne obcowanie,
na orgietkę, albo taniec,
na parkiecie, też w duecie,
weź mnie w galop, wyuzdanie,
sprzedam ciała zmartwychwstanie.
Jeśli jeszcze coś zostanie,
jakaś chwila choćby licha,
może ktoś się taki znajdzie,
kto tę resztę przyjmie cicho,
bez szemrania, bez pytania,
weźmie sobie do kochania
i odciśnie swoje imię
tatuażem, śliną, ogniem,
może. Hostia pokruszona,
krzyż i ja też odwrócona,
zapomniałam po co żyłam,
po co rosłam, o czym śniłam,
komu byłam bardzo droga,
kto mnie kupił za pięć złotych,
czyj mnie wprawił w kłopot dotyk,
czemu jestem taka smutna,
jakie jutro, jaka pustka...
Galaktyczni
My, młodzi chłopcy w zaciasnych regułach,
wychodzący na spacer w bezdroża, ostępy,
mieliśmy swoje gwiazdy i swoje legiony,
kiedyśmy podbijali wszechświat niedostępny.
Mieliśmy zmysł ostry i scyzoryk tępy,
który ostrzyliśmy co dzień by nim w jakimś drzewie
na wieczność, na chwałę swoje imię ciosać.
Zmysł tracił w zetknięciu ze światem,
życie – twardy kamień, wszechświat zaś
to pustka. Zaciśnięte dziś mamy
do białości usta.
My, młodzi chłopcy w zaciasnych regułach,
nie pamiętamy szlaków po których wędrówka
nas tu przywiodła. Czy ta gwiazda zła była,
czy też może dobra? I gdzie rośnie drzewo,
to drzewo, pod którym pierwsze zdobyliśmy szlify
komandorów astralnych, niewidzialnych,
cichych?
Dariusz Sikora
Data dodania:
Komentarze
|