|
Zimne łóżka
Bierze ją byle jak, na dywanie. Ona podciąga wysoko
kolana - tak jak napisano. Nie ma żadnego trzasku, pęknięcia.
Kilka kropel krwi i już jest po wszystkim. Zapala papierosa,
jest wreszcie dorosła. Więc tak to się zaczyna? Nie ma w tym
miłości, spełnienia. On więcej nie przyjdzie i tylko plama
będzie świadczyć, że coś się zdarzyło. Będzie wracać pamięcią
i za każdym razem, lekko zdziwiona, że wciąż jest tak samo,
przyjmie za pewnik: kiedyś będzie lepiej. Urodzi dzieci,
założy rodzinę, jeśli się uda, to będzie szczęśliwa. Ale teraz
rozchyla uda i drży przed metalem. Boleć będzie później,
gdy wróci do domu. Jeszcze nie wie, że nigdy tego nie zapomni.
Odgłos upadającej tkanki do blaszanej nerki, zapach gabinetu
i dotyk tych dłoni: perfekcyjny, stanowczy, pewny, beznamiętny.
W oczach doktora nie ma nic z pogardy. Nie ma współczucia,
ani aprobaty. Dziękuje Bogu za ten dar życia. Na piersi leży
maleńka i śliczna. Córko, perełko dodaje siostrzyczko.
Jednak się udało, jednak jest szczęśliwa. Stara się nie myśleć,
bać się będzie później. Nie ma w domu dywanów, nie ma
pamiętników, w których mogłaby zapisać cokolwiek. Patrzy
na leżące bez powietrza dziecko. Nie rusza się i jest takie
spokojne. Podciąga wysoko kolana, przyciska do oczu, pęka.
Zły dotyk
To są zatrute ciasteczka, a to są płochliwe dziewczęta.
Oto słowo dziecka płci męskiej, trochę przedwczesne, lecz
dzisiaj oni tak szybko dojrzewają. To jest armatka, a to jest
jaskinia pełna tajemnic. Oto jest bajka dziecka, lecz przecież
nie takie bajki oglądają. To jest Bagdad, a to jest trup, to jest
modelka, a to jej anoreksja. Najnowszy model gry łup, łup,
a to jest wstążka z włosów wywiana, niechcący porwana wiatrem,
niebieska. Ala już nie ma ani kota, ani psa. As to najwyższa
jest karta. Dom to coś, co budują obok nas, a prawda...
prawda jest gówno warta. Koścół to dzwoniący budynek,
a to nie jest zabawa dla dziewczynek. To baba, a to dziad.
To jest Reks, a to jest coś złego - dotyk. To wszytko,
co otacza nas, to jest tak zwany świat, a w świecie tym
dobrobyt. A to są moje sny złośliwe, które przychodzą
kiedy chcą. Mają kły i rozpuszczoną, na wietrze drżącą grzywę.
A to jest On, który widzi wszystko: ciasteczka, zło, armatkę i jaskinię.
Ale nie widzi tego, co obok niego szło - jego bezpańskie
dziecię, imię, nazwisko, pesel, szkło. Szkło, które tak miękko
weszło w życie, gdy nikt nie widział o co szło w tej grze.
A to jest dłoń, a to jest to, co miało być w ukryciu. Gdzie teraz
jest, gdy biegnie w głąb pustego, pustego jak żal życia?
Bella Venezia
Zima, ostatni dzień karnawału. Śmierdzi jak Bałtyk latem.
Tronchetto w Canalle Grande mija samotne, kołyszące się
gówno. Ono nie ma narodowości, za to ma z pewnością
tyle samo życia, co miasto. Na Placu Marka, u dożów:
najdroższa kawa na świecie, maski, krynoliny i jeszcze raz
maski. Stoją grupkami, a sens tego stania, to spuszczenie
migawki w aparacie turysty. Jedna studwudziestopiąta
sekundy odpuszczenia. Szykowali się długo, aby powrócić.
Ten jeden dzień w roku nie posiadają twarzy. A może
jest inaczej? Mekka turystów z całej współczesności tętni
śmiercią. Stiuk marzeń łuszczy się powoli, lecz systematycznie.
Jakże piękne są te gondole! Jak niecierpliwe jest niebo,
które zsyła drobinki deszczu. Jak martwe jest to życie.
Gówno przepływa obok, a ja nie potrafię myśleć o niczym
innym, niż o anonimowym odbycie, który sprawił, że jesteśmy
tutaj. Duchy nie mają wiele do stracenia, za to miejsce
jest wystarczająco dobre: ten pałac wygląda dość młodo,
jak na swoją historię. Tutaj każdy rudy jest mistrzem Antonio,
a każdy młody - nawet ten japończyk pijany jak Polak -
czuje się Casanovą. Najbardziej międzynarodowy jest smród,
a unijna waluta pozwala na kupno swojej własnej, pustej maski.
Po co, dzieci?
Nie przychodźcie na świat dzieci. Stempel w paszporcie
życia, wymiana waluty, wszystko co nowe, nieznane i obce -
nie takie wcale to ładne, dzieci. Nie przekraczajcie granic,
bo ta obietnica jest zimna i pusta. Trzeba się uczyć języka,
chodzenia, trzymania się prosto. Nigdy nie będziecie
u siebie, więc po co ta straszna wycieczka? Jakie foldery
i jakie zachęty wam dano, że tak gorliwie chcecie nas
odwiedzić? Umarłych? Przecież i tak się spotkamy.
Wszędzie jest tak samo zwyczajnie i podobnie różnie.
Na co wam to życie? Tutaj będziecie się modlić, cierpieć
i pragnąć miłości. Będziecie tęsknić za domem, za światłem
i ciszą. Po co wam ta wycieczka jak cyrk objazdowa?
Zapewniam, że przewodnicy są niedouczeni, a jedyny
sens zwiedzania, to samo zwiedzanie. Będziecie szły
za żółtą parasolką, będziecie w tłumie ginąć i znajdować
drogę. Na lewo ci, którzy już odeszli, na prawo przestrzeń
zamknięta w pożogę. Ta emigracja, wycieczka, pielgrzymka,
jej cel jest niczym więcej, niż zaledwie źródłem. Tam, skąd
przyszliście, tam dokąd pójdziemy. Nie przychodźcie więc,
bo naprawdę nie ma po co. Lepiej zostańcie w domu
u ojca i matki. Zbudujcie jakiś pałac, albo most, lub cmentarz.
Kamień i żaba
Jechało się na sianie, tuż za dupą konia. Nic nie było
ważne - jedynie zapach i lekkie bujanie na wybojach
drogi. Pamiętam jak kobiety niosły chleb i skwarki.
Dzisiaj już nie kwaśnieje mleko i nie ma już masła.
Ubijałem w maselnicy zebraną śmietanę, podwórko
kisło w odchodach, studnia zawsze chłodna. Warta
w dolinie lekko płynęła zdradliwa. Nie wolno było
się zbliżać. Na skraju wsi mieszkał rybak, w słońcu
suszył sieci. My z miasta byliśmy inni niż dzieci
goniące krowy do obory. Kto teraz sobie przypomni
i jak tamte lata? Wtedy opowieść o wojnie też była
prawdziwa: wilcze doły dla czołgów, stodoły dla armat.
Nim przyszła mechanizacja, zanim cementownia
pokryła lasy pyłem chodziło się na grzyby, na ryby,
na dzika. Wszystko powraca, kiedy jadę autostradą.
Nawet wsiowy głupek jest mi bardziej bliski. Mówi:
nastąp się, zakało gniada. Jadę na wstecznym biegu
przez minione lata, przez pola porosłe rzepakiem i zbożem.
Jak bocian, który wrócił po zbyt wielu lotach, lecz zanim
wrócił - przez światy dalekie błądził od tam do z powrotem.
Teraz siedzi na polu i ciekawie odróżnia: co kamień jest, co żaba.
Gambit
Oddałem złociutkiego na żer czarnego kota. Nie śpiewa
kanarek i klatka jest pusta. Czarny lud nakarmiony, kot
na dachu się grzeje. Jest zatem bezpiecznie i o to chodziło.
Nie ma się czego bać, nic złego nie stanie się tej nocy.
A jednak - dwaj pijaczkowie, uliczni prorocy, wywlekają
z zatęchłej okolicy lędźwi ścierwo kanarka. Pan poeta
pierdzi, a tłum kroczy za nim. Wystarczy mieć nazwisko
ledwie wyrobione, kilka słów świeżonki i ładne nakrycie.
Głowy przed nim chylą, on pręży się, wdzięczy. Cokolwiek
powie, to mówią że boskie, jakkolwiek będzie dźwięczeć,
powiedzą, że śpiewa. Kanarek żółciutki, złociutki, taniutki.
Z tego ciasta niewiele się jednak ulepi, jeszcze mniej
wyrośnie. Czarny kot, biały lęk, czarny lud, słoneczny dzień.
Poświęcenie wymaga wyzbycia się pychy. Ruy Lopez de Segura
o tym pisał, kiedy na dworze hiszpańskim pobity w trzech
partiach przełykał gorzkie żale. Chociaż był księdzem,
to wiedział, że cudów tu nie ma: co się zasiało wiosną,
zbierze się jesienią. Podstęp tej pułapki nie na tym polega,
żeby otoczyć głupca, lecz wpuścić go w gości. Pisz, pan.
Pijaczkowie, uliczni prorocy, takie ci dadzą do gry kości,
jakimi kanarek nigdy nie zaśpiewa. Drewniane piszczałki.
Theatrum in spe
"Świat jest teatrem, aktorami ludzie,
którzy kolejno wchodzą i znikają."
W. Szekspir "Jak wam się podoba"
Znikają też z nimi kurtyny, oklaski, stygną fotele,
milkną po nich schody. Podobno cienie nigdy
nie odchodzą - siedzą gdzie siedzieli, stoją tam,
gdzie stali. Może jeszcze słowa i jakieś obrazki,
może gdzieś w archiwach pozostają zwiędłe
wręczane w garderobach kwiaty, kilka plakatów,
recenzje skwapliwie wycięte z wzajemnych związków,
z przerzutni kwestiami. Jak wam się podoba
to miejsce? Scena nie jest jedna, a kurtyny milczą
tak długo, jak długo pragniecie. Za kulisami czeka
cierpliwy mechanik: ze skryptem w dłoni, instrukcją
wydarzeń. Wie kto po kim, z której strony wchodzi,
jaką scenerię trzeba przygotować dla scen miłosnych,
a jaką dla zbrodni. Zaś na widowni co raz puściej...
Jak wam się podoba ten akt, w którym cisza
i nic się nie dzieje? Tak nam napisano, takie dano
role. Niektórym wystarczy jedynie nazwisko: wychodzi,
staje. Publiczność wie wszystko. Może dlatego lecą
w górę programy, bilety? Może dlatego nikogo tu nie ma?
A może mechanik z chłodną kalkulacją zaminił rolety?
Może horyzont, który tu widzicie, jest z innej sztuki?
Stan skupienia
Jestem kroplą w oceanie. Jesteś kroplą w morzu.
Jesteśmy kroplami. Jesteście kroplami. Oni są
kroplami. W rzeczce-smródce gdzieś pod Bagdadem.
Płyniemy strużką przez Synaj. Zasychamy i budzimy się
porą deszczową. Kropla krwi w Eufracie podnieca
piranie w Orinoko. Sączy się u wybrzeży Hiszpanii.
Krew nad Potomakiem, Tamizą i Newą. Skażone
źródła na Peloponezie. Jesteś kroplą krwi.
Nienawiścią, zbrodnią, pychą, zarazą. Życiem.
Przez fałdy skał, otulinę piasku. Oczyszczeni,
przefiltorwani. Przerobieni na zaprawę. Łączymy
kamień z kamieniem. Domy, mury, pałace, świątynie.
Chodzimy po sobie, oddychamy sobą. Powstajemy
z ruin, spadamy z obłoków. Rzeź niewiniątek,
Little Big Horn, Somma. Chrzest, woda święta,
ostatnie namaszczenie. Poszukiwanie wody,
oszczędzanie wody. Krwiodastwo, eksploracja
kosmosu. Życie na obcej planecie, takiej jak Mars,
albo jeszcze dalej. Wszechświat w kropli wody,
płynący krwią. Jesteś mną - tlenkiem wodoru
w różnych stanach skupienia. Jak wieś, albo miasto.
Sarajewo
Tyraliera białych kamieni schodzi ze wzgórza. Klinem
wdziera się w miasto. Między dziurawe domy i kalekie
drzewa, mijając ślepe latarnie, wypalone okna, dzieci
pod murem - pod tym samym, pod którym stali ci, po
których dziury. Na placu wielkimi figurami kilku starców
gra w szachy, a tuż obok, za płotem kościół. Nie chce
się rozebrać. Z czasem sam runie, a ci, którzy dorosną,
załatają pamięć po lejach. Patrząc ze wzgórza widać
luźną zabudowę. Z tej nagrobkowej odległości nic więcej.
Tam żyją ludzie, a tutaj ich armia gotowa do ofensywy.
Będą stali w szyku długo jeszcze po tym, kiedy Sarajewo
zapomni o swojej historii. Wymieszani z obojga narodów,
nie wiedzieć czemu zjednoczeni w tym miejscu dzięki
wzajemnej śmierci, będą patrzeć na oba miasta. Wokół,
wśród wzgórz, lasów i jarów wciąż zaminowane ścieżki.
Wszystko to, jakby kara za czyny Gawriły Principa,
tak bardzo nie pasujące do dzisiejszych czasów: zgody,
Unii, pokojowych rozmów - jest jednocześnie dokładnym
odbiciem osmańskiej spuścizny. I czegoś więcej, czegoś
gorszego. Widzisz tę fotografię? Kolejną? Następną?
Miljacka wpływa do Bosny, ta do Sawy, a ta do Dunaju.
Sprzężenie zwrotne
Ten odprysk mnie trafił mnie. Mnie dzięki mnie.
Mniej więcej o tej samej godzinie, kiedy uderzyłem,
ale kilka miesięcy później. Dłuto zdarzeń pomnożonych
przez intencje ześlizguje się po granitowym bloku,
odcina dwa palce - kupony na dotykalność rzeczy
zakazanych. Więc: tam, gdzie uderzam, uderzam
w siebie. Nie powstanie z tego żadna inna rzeźba,
niż na moje podobieństwo stworzone moje własne
kalectwo. I było tak już wiele razy. Traciłem po kolei
fragmenty. Teraz trudno uchwycić cokolwiek. Złapać,
przytrzymać. Trzeba pielęgnować samą siłą woli,
trzeba przekonać cokół, że ten, który się na niego
wspina nie jest jedynie kamieniem. Ale przyjemnie
było patrzeć: się wzrastało w sobie, się w sobie
i z uwielbieniem wpatrywało. Dopóki, kiedy uderzyłem,
kolejny odprysk - tym razem w oko. Więc nie patrzę,
nie będę więcej. Bo to służy do umacniania złudzeń.
Teraz po omacku, lecz tylko na pozór, się poruszam.
Nie chwytam okazji, nie dostrzegam nagich ud,
nie ma dla mnie kusych spódniczek, ani powłóczystych,
jedwabiście długich spojrzeń. Nie ma Kirke i nie ma
Odysa. Siedząc u boku Penelopy wystarczy oddychać.
Apartament
Mieszkam tutaj - w międzyplanetarnej myśli. Księżyc
to nie twarz moja własna, a pięść zaciśnięta... Cis,
drzewo i kwiat. Potęga. Nawet kiedy zmartwychwstaję.
Zabijam gołębie. Pozwalam sobie na kolejną pewność.
Oto jestem, a to dom mój. Przestrzeń od ręki do ręki.
A to jest moja serdeczna zbrodnia, moja nadzieja.
Że nie będzie jak zawsze, że nie stanie się nic
z tych rzeczy, o które modlą się wrogowie. Jakby
w słowie było coś więcej. Tak, nie. Dychotomia.
Kiedy jestem światłem, jestem swoim cieniem.
Chłód brzytwy, której nie używam, która czeka
cierpliwie w szufladzie. Na swój ślub, na braterstwo.
Ostateczną eksmisję z marzeń. I tak co dekadę:
padnij, powstań, padnij, powstań. Jakby nie było nic
więcej, niż sens podniesienia. Mieszkam tutaj,
gdzie wszystko urasta do rozmiaru formy, a obwód
tej ziemi jest nieco za ciasny. Jak kołnierzyk koszuli.
Rozpinam więc guzik, aby oddech mógł wypełnić
przedsionki piwnic i aż pod powałę strychu zanieść
kurz spod drzwi. Okna są już otwarte i wpada tu zapach
trawy. Firanka natomiast tańczy i pragnie odlecieć.
Pejzaże
Na tym polu porosłym perzem, tu, gdzie piekliśmy ziemniaki
w popiele, wyrośnie osiedle. W blokach będą mieszkali ludzie,
przez okna będą patrzeć na wieże kościoła. My widzieliśmy gwiazdy
na nocnym niebie, wzniecaliśmy swoje iskry. Umazani węglem
mówiliśmy o seksie, rzucaliśmy nożem w drzewo, którego
nie będzie. Pewnej nocy trafione piorunem spłonie rozerwane,
a jego puste wnętrze przez długie godziny nie wygaśnie.
Nie będzie się pod czym schronić. Zamienimy tajemne jaskinie
na katakumby wieżowców. Z dachu będziemy podglądać
nieznajomych, a w piwnicach szukać ukrytych skarbów.
Ozdobimy wszystko nowymi malowidłami, będziemy pili
wino, gryźli jabłka z sadu, którego już nie ma. Skwaśnieje
nam dzieciństwo i zczerstwieje młodość. Będziemy na ulicach
szukać drogowskazów. Zapomnimy o tej ruderze, która tutaj
stała, o kamieniach tworzących krąg do paleniska. Ale
nie wygasimy ognia - wciąż się będzie żarzył. Po latach
wyjmiemy z popiołu gorące kartofle i - jak kiedyś parząc
palce - rozłupiemy na pół, posypiemy solą. Schowamy się
w pamięci, w głębokiej i pierwszej, opowiemy o sprawach,
które wciąż przed nami. Będziemy patrzeć w gwiazdy
i w kolorze nocy namalujemy czarne jak ona pejzaże.
Interpolacja miejsc
Spośród wszystkich ziemskich atrakcji oraz miejsc, najbardziej
chciałbym odwiedzić dom mojego dzieciństwa. Azalie, modrzew,
krzewy agrestu. Chciałbym siędowiedzieć, jak żyje moja sąsiadka,
czy pamięta w leszczynie spędzoną godzinę pewnego letniego ranka.
Widzę ślady małych stóp, które wprost z okna skoczyły w rabaty,
czuję lęk żaby, gdy tępą siekierą odrąbałem jej nogę, widzę powój
zaschnięty i trawiony ogniem na siatce drucianej oddzielającej
od sąsiadów. Dowiaduję się w końcu, że dom nie istnieje. Jest
parking przed hipermarketem, w miejscu modrzewia zakaz postoju.
Tam, gdzie była leszczyna parkuje znajomy z pracy, a obok,
po drugiej stronie ulicy, na krawężniku siedzi dwoje dzieci
w wieku wczesnoszkolnym. Wymieniają się tapetami w komórkach.
Ale: Ojciec wracał tutaj z pracy tak samo jak dziadek - w tym sensie
to była ich przystań, pod leszczyną parkuje mąż tej samej Basi,
która miała skórę jak brzoskwinia, albo jakaś nimfa (słowo poznane
dużo później, jednak z punktu widzenia nauk przyrodniczych
w tej kwesti niewiele się zmienia - zwłaszcza w związkach
metaforycznych). Może najbardziej byłoby żal modrzewia, bo
jakiś słupek nie daje tyle cienia, jednak jest coś, co pozostaje -
miejsce jak mielizna, na której osiada dorodny w swojej formie
transatlantyk życia. Tutaj jest zawsze. Wspomnienia, w nich bycie.
In aqua scribere
Ty nie czytasz, Panie, ty mnie piszesz czym jestem.
Ale ty mnie pisz choć trochę wodą. Sama krew boli -
to zbyt wiele, nawet jak na mnie. Podlewaj mnie
nie jedynie ogniem, daj czasem trochę chłodu,
tej wody. Nie pozwalasz mi dorosnąć, ścinasz mnie
codziennie. Ale jestem uparty - jak winorośl odnawiam
pędy. Wspinam się na mury, oplatam latarnie, wzdłuż
i w poprzek świata. Do światła, do ostatecznej prawdy.
Nabrzmiewam co noc owocem, potem szybko pękam.
Fermentuję. To ty zamieniasz mnie w wino. Zamykasz
w słowo, by potem, jak tajemną księgę, ukryć na zawsze.
Więc wpisuję się na indeks ksiąg zakazanych, ukrywam
pod podłogą prostego i cichego domu. Na przedmieściu
istnienia. Przetrwam, choć wolałbym, abyś pisał mnie
wodą. A może powinienneś od czasu do czasu przeczytać
choćby jeden rozdział tej powieści? Gdyby twoje usta
mogły wymówić moje imię, gdyby twój głos miał brzmienie,
czym byłby grom, który burzy niebo? Gdybyś potrafił
znaleźć cel w przyczynie, mógłbyś mi dać klucz do liter,
do ostatniego rozdziału. Ale ty mnie piszesz samą krwią.
Dlatego jestem, czym jestem. Dlatego, po to właśnie?
Nusle, popołudnie w sierpniu
Wdepnąłem do nuselskiej gospody jak w gówno.
Na szczęście było pusto - z wyjątkiem dwóch starych
Cyganów nikogo więcej. To miejsce było lepkie,
przesiąknięte dymem spart i skwaśniałym potem.
Po diabła - myślę sobie - przyszedłem właśnie tutaj?
Ale to dobre miejsce. To bardzo dobre miejsce
do czytania Kundery. Za oknem nic się nie zmieniło
i jestem jak Tomasz, który szuka Teresy, lub może
Sabiny. Za oknem jadą czołgi, a za nimi biegnie
pies z kulawą nogą. Czerwone gwiazdy świecą
na białoczerwono. Dwóch Cyganów przy piwie
czuje we mnie szpicla. Za oknem płonie skoda,
przejeżdża milicja, wypada z bramy obok roześmiana
Hanka, za nią biegnie Peter i frunie jej halka,
a u stóp Muzeum, pod pomnikiem konia jeszcze dymi
Palah. Jest już dużo później. Epoka skończona
jak miłość, która przechodzi przez metamorfozy
i staje się zwyczajnym, niezwyczajnym byciem.
W Nuslach. W półmroku gospody trzeciej kategorii
cenowej. Wdepnąłem w sam środek pamięci, ulicy.
W nowej sytuacji - wychodzę. Wchodzą niemieccy turyści.
Nie wiem.
I właśnie wtedy, kiedy zaczynam myśleć, że nic nie jest warte
takie życie na ostrzu brzytwy, przychodzi list z przyszłości.
Do białej kartki i tych kilku liter dołączone zdjęcie chłopca,
którym byłem. Przyglądam się uważnie i z pewnym, można rzec,
zadowoleniem, (inni nazywają to próżnością), stwierdzam,
że aż tak bardzo się nie starzeję. Owszem, przez te lata -
szczególnie ostatnie - pojawiło się kilka zmarszczek, a włosy
straciły objętość. To jednak niezbyt wielkie straty. Może nawet
bardziej mi ze sobą do twarzy. Nie odczuwam również
żadnych dolegliwości, trzymam się nieźle. Jak na takie
stare zdjęcie, to wciąż jestem w miarę świeży. Mimo lekko
wyblakłych kolorów i zużytych kalendarzy z gołymi babkami.
Ten kto przysłał ten list musiał znać mnie dobrze. Musiał -
oprócz adresu, mojego nazwiska - wiedzieć o mnie te rzeczy,
o których filozofom (etc.), a wróżki bały się powiedzieć.
No więc się zastanawiam, kim była osoba, pisząca ten list -
bez znaczka, ze zdjęciem, z tylko jednym zdaniem. Wiesz,
że tam gdzie byłeś - będziesz, a tu, dokąd przyjdziesz, już byłeś?
Może nie rozumiem o co chodzi, może to czyjś żart, ale
dobrze jest widzieć starą fotografię. Problem jest z drugiej strony.
Data, kiedy zrobiono to zdjęcie - jeszcze wiele do niej kalendarzy.
Dariusz Sikora
Data dodania:
Komentarze
|