|
Sen o potworach
Oglądam sen o potworach. Oglądam z każdej strony.
Usiłuję wyłowić te szczegóły, które mówią, że to sen.
Im bardziej się wpatruję, dokonuję analizy faktury,
kształtów, odgłosów, tym wyraźniej widzę. Przecież
sen może być tak namacalny, że nie sposób go odróżnić
od niesnu, czyli jawy. Próbuję sobie tłumaczyć, że choć
jawi się tak realnie, to potwory nie mogą istnieć. Więc
stwarzam je na obraz i podobieństwo swoje, swojego świata,
ludzi, których widuję codziennie. To, co robią we śnie
jest jedynie projekcją niesnu. To, co robią, nie robią naprawdę.
Nie pokazują mi prawdy, nie mówią jak żyć, nie określają
możliwych posunięć na czarnobiałej szachownicy dni
i nocy. One nie pokazują w telewizji swoich zadowolonych twarzy,
nie namawiają, nie kuszą, nie budzą zazdrości i nie litują się
nade mną. Ich nie ma. Potwory mają w miejscu oczu niebieskich
oczy, nie czarne, ziejące otwory, w miejscu ust mają słowa,
nie skowyt, a tam, gdzie powinno być serce, mają serce.
Potwory z tego snu mają imiona, nazwiska. Mają rodziny,
domy, konta w bankach. Potwory mają się dobrze, więc
nic dziwnego, że oglądam je z każdej strony. Tuż obok
granica mojej fascynacji, podziwu. Jestem z drugiej strony.
Reminiscencje
Z trzech części nocy i z trzech części dnia stało się.
I była jeszcze jedna część - kosmiczny spójnik. On.
Na przykład Most Karola w Pradze: dzięki ciągowi liczb
wmurowano kamień. Dlaczego wybrano ten dzień i tę godzinę?
Wiara w cudowność i kosmiczne moce na zamku w Hradczanach
nie była w niczym mniejsza niż dzisiaj w Hollywood. Złota Uliczka
z maleńkimi, jakby dla karłów wzniesionymi domkami w istocie
oczarowuje od zawsze turystów. Opodal, po drugiej stronie
rzeki, w jazz clubie na ulicy Paryskiej spotykam Toma Cruise'a.
Rozprawia o kabale, od roku jest wśród scjentologów. Doznał
objawienia, uwierzył, oddał swój umysł i procent dochodów.
Nie czyni go to nawet odrobinę lepszym, ale nigdy nie powie,
że nie było warto. Tom pije wino z melnickich piwnic, w powietrzu
unosi się senny zapch palonego ziela. Muzyka ucieka przez okno,
jest trzecia część nocy. Za teatrem, w domu na nabrzeżu,
omawiają z Wacławem początek nowego ładu. Do listopada
jeszcze kawał czasu, potem runą mury. Druga część nocy
będzie aksamitna. Eksodus Niemców, śmierć w Rumunii,
Wacław na placu imienia Wacława, drobniutka Jana o skórze
jak srebro, dłoń moja prawa, jej pierś lewa. Niepotrzebna
śmierć. Jest część nocy pierwsza, grudzień. W szpitalu,
w małym mieście w Polsce, otwieram oczy po raz pierwszy.
Za oknem dzień przepowiada noc. Już jest mną - wszędzie.
Carrigan's Pub, Glasgow
Za zielonym okienkiem, na zielonym drzewku ptaszek świerga piosenkę.
Przyleciał tu z Motwicy, a może z Sosnówki? W piórkach jeszcze wiatr ma
z Równiny Kodeńskiej. Tutaj wszystko inaczej pachnie, inne ma imiona
brzoza, trawa i domy są inne. Tutaj zimne ramiona mają zimne dziewczęta,
za to życie jest prostsze, chociaż trochę samotne. Najbardziej w tej Szkocji
brak mi zapachu wiosny, który znałem od dziecka, zamiast matki jest
jedna stara, brzydka Angielka. Też jest obca w tym mieście - może dlatego
właśnie jest mi tak bliska? Spotykam ją codziennie w pubie u Carrigana.
Siedzi przy oknie sama, dużo pali i pije kawę czarną jak smoła. Czyta
przy tym Tołstoja, dzisiaj zaś Twardowskiego. Zna osiem języków biegle
w mowie i w piśmie. Kiedy daję jej cherry, ona mówi wiśniówka,
a jak prosi o kawę, wtedy mówi o kawie. Pyta mnie o Polskę, o rząd,
o Warszawę. Ja mam w dupie rząd, a Warszawa jest mi obca jak Londyn.
Ona była w Krakowie, a ja nigdzie nie byłem. Jestem ze wsi podlaskiej.
Wtedy pyta o książki: co ostatnio czytałem, czy znam to i tamto, co sądzę
o wierszach? A ja nie znam, ale cieplej się robi, jak patrzę na Miłosza
na stole. Pomówmy o piosenkach, kto jest twoim idolem? Kiedyś
słuchałem Classic, D-Bomb i Fantastic, teraz biorę co leci. Nie rozumiem,
ale wpada w ucho. Nagle ona mi śpiewa póki my żyjemy. Odchodzę,
bo zmywak czeka. Niech ta stara Angielka - myślę - pójdzie w cholerę.
Za zielonym okienkiem, na zielonym drzewku ptaszek świerga piosenkę.
Multipleks
Córce
Mówisz, że pójdziemy do kina, bo rok temu też byliśmy.
Kolejna część tego bzdurnego filmu, który swoim absurdem
znowu wysypie nam popkorn na głowy. Pewnie, że pójdziemy.
Nie przegapiłbym takiej okazji - siedzieć przy tobie, w ciemności,
czuć twój wzrok, jak się na mnie gapisz. Zapamiętamy tę chwilę,
to ważne. Tak niewiele ich było, więc tym bardziej cenne.
Kiedyś przecież odejdę, a ty ze swoimi dziećmi, tak jak teraz
my, będziesz chodziła do kina. Albo i nie - przecież filmy
wygodnie ogląda się w domu. Będziesz robiła cokolwiek,
ale za to jedząc popkorn pomyślisz o mnie. Kiedy odejdę.
Ledwie rok później tu wrócisz - do multipleksu. Odszukasz
rząd i miejsce. Film kiepski, więc nie będzie tłoku. Obok
nikogo nie będzie. Będziesz się gapić, będziesz dotykała
chłodne obok oparcie. Ja wtedy wyjdę z ekranu i usiądę
przy tobie. Pod nogami, jak teraz, zakwitnie biały dywan,
a ja będę jak nigdy - tym, kogo ci brakuje. Ty byłaś taka mała,
a ja nieobecny. Trzeba nadrobić te lata, wypracować sobie
zachętę na wieczność. Kiedyś mi o tym opowiesz - właśnie
kiedyś. Że czułaś się samotna, że byłaś często smutna,
że tak cholernie pusto było w domu. O tym, że musiałaś być
twarda i dzielna, że kolejny odcinek jest już trochę lepszy.
Nadspójność
Leżymy. Jest czerwiec, nad nami Mnich wrasta w czernie.
Tuż wyżej świetliki, brylanciki, migotki, wozy, niedźwiedzie,
lwy, barany, kasjopeje i to, co niewidoczne. Leżymy przykryci
tym wszystkim - tacy mali, takie kamyki. Ugniatamy się
z ziemią, z wrzosami i chłodem. Spływamy kropelką nocy
wzdłuż zagłębień widocznych i oczywistych. Jest czerwiec.
Widzisz, córko, tamte światy? Te ogromne, nieznane?
Widzisz, jak bardzo jesteśmy w błędzie? Ona patrzy, mówi
że Bóg, że stworzenie. Tamta galaktyka, to moja
prawa ręka, a ten księżyc, to twoje oko. To, co nas oddziela,
to nie jest przestrzeń. Leżymy. Przychodzi łatwo i naturalnie.
Nie ma kamieni, wrzosów, nawet powietrza. Wszystko
co jest traci kontury. Ubezwłasnowalnia się, unifikuje, scala.
Wlepione w siebie, zespojone, wymieszane. Zamienia nas
w płynną materię, w żar, z którego powstały góry, w wilgoć
zakrzepłą w oparach. Nic się nie rozrzedza, lecz wchłania
nowe obszary. Alfa Centauri, czarne dziury, czerwiec i Paryż.
Wszystkie miejsca, w których kiedyś byliśmy i te, do których
nie dotrzemy. Zbieranie kasztanów w parku, uliczki w Trogirze,
Santorini, Knossos, Disneyland. Kurczy się do jednej chwili,
do wielkiego wybuchu. Leżymy. Za chwilę już nic nie będzie.
Litery, tablica dwunasta
Znalazłem moje imię w Zohar. Moje imię. Imię. Siebie.
Na dwunastu tablicach siedemdziesiąt dwa imiona Boga.
Mówisz, że to niedorzeczne. Skłonny jestem przyznać ci
jedynie rację. W ramach ogólnie przyjętego porządku i
z powodu nieistotności tego przekazu. Dla ciebie - nigdy
pewności mieć nie będziesz takiej jak ja. Są sprawy,
o których nie sposób mówić słowami. Te dwie ostatnie
tablice, o które rozbija się wszystko, to ni mniej, ni więcej
ostateczne światło. Pojęcie namacalności stworzenia.
Całość przekazu, jeśli dobrze zrozumieć, nie ma nic
wspólnego z dobrymi radami wujka, czy cioci Bóg.
To cholernie dobra instrukcja na wszystko. Na przestrzeń,
czas, na gwiazdy, i na nas. Jak się przemieścić z tu
do wtedy, jak ożywić nieożywione, lub jedynie zmarłe,
jak zamienić dajmy na to w wino zwyczajną wodę. Jak
odmienić przez każdy przypadek rzeczownik człowiek.
Największą tajemnicę mamy w małym palcu u lewej nogi.
Coś, co było nam nadane, coś tak codziennego, jak imię.
Dobre imię, do którego dorastamy, albo i nie. W każdym razie
jest w tym zapisie coś więcej, niż zwyczajne litery. Mówią,
że dorasta się do śmierci przez życie. Albo na odwrót. Litery.
Niewolnik
Otacza mnie Egipt. W jego ciemnościach i w jego potędze
czasami jest dobrze. Życie na postronku. Budzik, kibel,
gacie wprost z podłogi, poranny papieros i sprawdzenie
maili. Droga przez Warszawę, przeprawa przez mulisty
Nil, aż do stóp budowli. Wznoszę piramidę codziennie,
kamień po kamieniu. Czasami jest słońce, a czasami nie.
Spotykam święte znaki, lecz ich nie dostrzegam. Jak ten,
który mówił: zostań dzisiaj w domu. Zdarza się, że przybywa
posłaniec. Staram się jak mogę, by nie ściąć mu głowy.
Ogólnie rzecz biorąc jest tutaj bezpiecznie. Wiem dokąd
pójdę, kiedy się przebudzę, wiem dokąd wrócę i gdzie
się położę. Dzień za dniem, dzień za dniem. Rośnie mój
Egipt na zewnątrz i we mnie. Kajdany nie są potrzebne -
przecież nie ma innej ziemi na tej ziemi. To mnie kontroluje
i zmusza do szczęścia. W granicach szczęścia. Poza tym
pustynia, albo wielkie wody. Jeśli akceptuję to miejsce,
to tylko dlatego, że tak jest wygodnie. Później zapada noc
i albo stawiam jeszcze jedno piętro, albo wracam do wewnątrz.
Zrzucam z tyłka spodnie, z pleców koszulę. Będą leżeć
przy łóżku, kiedy zasnę. Moje wierne psy, gotowe na jutro.
We śnie zaś przejdę wąwozem przez morze, zobaczę górę.
Naczynia połączone
Dużo mniej, niż chcesz, dużo więcej, niż mógłbyś oczekiwać.
Wystarczy poddać się prostym zależnościom: ja-Bóg i ja-szatan.
A przecież tak niewiele jest inności. Jesteś kamieniem i trawą,
zwykłym zielem i wybujałym kwiatem. Jesteś mną. Moją kością
ogonową, czerwoną krwinką, moją być, albo nie być, moim
psem i moją małą dziewczynką stawiającą pierwsze kroki. Jestem
twoim lewym u ręki kciukiem, łąkotką w chromym kolanie, jestem
twoją nerką, trzustką, prawym płucem i lewackim poglądem na miłość.
Tym, co się nie zaczęło, a skończyć się zdążyło. I tym, co nie musi
mieć początku, czy końca. Wodą, rzeką, parą, powietrzem, skraplaniem.
Jednym z tysiąca milionów elementów. I tym najważniejszym
ze wszystkich. Tym, który wąską półką skalną prowadzi beztrosko
na krawędź obłędu. Jednością. Jednym. Powtarzalnym, lecz
niezaprzeczalnym w swojej istocie, prostocie, w zygocie rzeczy
martwych i żywych. Jesteś i ja jestem. Na pozór, na niby, dla hecy.
Dużo mniej, niż chcesz, dużo więcej, niż mógłbyś oczekiwać.
Wybacz. To nie jest od nas zależne - nasze równoległe ścieżki,
zbieżne w każdym punkcie. Otul się mną, jak ja przykrywam się
tobą. To, co nas łączy, to nie wspólne serce, wątroba, czy jakaś
pieprzona kochanka. To, co nas łączy zjawia się codziennie,
o świcie. Światło. Myśl pierwsza. Coś na wzór i zaprzeczenie życia.
Antiquus
Spójrz na to z boku: widać, że jest całość, że czas
nie dzieli się. Wystarczy wyjść na chwilę - jest jedność.
Popatrz jak prosto przedstawia się drzewo. Wysokie,
smukłe. Nasiono, z którego wystrzeliło w niebo już było
postrzępioną wichurą gałęzią. Nawet wyryte scyzorykiem
serce i ta żywica płynąca do kolan i borsuk miał norę
między korzeniami. Ono jest ogniem, światłem, oraz
stołem, na którym ciężko spoczywają dłonie. W nich
był różaniec wciśnięty do grobu, w nich jest papieros,
ołówek i szklanka. One po piersiach błądzą pokryjomu,
trzymają chleb i nóż, dźwigają ciężar, wspierany plecami,
krzyża, a plecy są cięte i płyną strużkami, głowa się toczy
ulicą Paryża. Spójrz na to z boku: widać, że jest całość -
owoc, który spożywasz był pestką i kwiatem, ten wyrósł
z drzewa, płatki wiatr niósł dalej. Padły we włosy, między
żółte wstążki dziewczynki, która boso idzie drogą.
Jej szyja chwyta warkoczyki słońca, na palcu lśni złota,
sprzed chwili obrączka. Spójrz na to z boku: cień brzemiennej,
kiedy odchodzą wody, gdy siedzi na schodach. I ty
w jej ramionach - z pomarszczonym czołem, z jej rysem
twarzy. Spójrz na to z boku: wkładasz ją do trumny.
Pamiętasz Pablo?
Anomalie pogodowe pojawiają się najczęściej
bez ostrzeżenia. Prowadzi to do wniosku, że mają charakter
przypadkowego zbiegu różnych, nie powiązanych ze sobą
okoliczności. Sprawiają konieczność zmiany planów.
Zamiast wygrzewać się na wiosennej łące, trzeba pójść do kina.
Efekt motyla, ukryty porządek i ten jeden zaledwie procent naszej
rzeczywistości, w której jesteśmy skłonni się poruszać
to i tak zbyt wiele. Gryząc przez całe życie jedno źdźbło
chaotycznie zapisanej kartki o gramaturze tak dużej,
że o wiele za dużej dla zwykłego mola, przygniatającej
perspektywą trawienia tego, co zapisane; będąc niczym
więcej, niż owadem, po rozgnieceniu którego - zupełnie
przez przypadek - zostaje lekkie, aksamitne zabrudzenie;
udając nieudolnie kropkę, będąc przecinkiem, lub średnikiem;
duszno jest. Pod wieczór pewnie spadnie deszcz, a w nocy
znów się rozpogodzi. To się nie dzieje nagle, ponieważ gdzieś
dawno mały chłopczyk napisał swój pierwszy niezdarny wiersz.
Później, doświadczony, obeznany, z lekko wystrzępionym skrzydłem,
pisze Dwadzieścia poematów o miłości i jedną pieśń rozpaczy.
No więc czytam, jak on na stadionie, ostatni napisany poemat
przed publicznością siedemdziesięciu tysięcy pęknięć deszczu.
Drzewo Życia
Korona słońca, czysta emanacja, z której wszystko bierze
swój początek, okala rzeczy dając im przyczynę jedności.
Mężczyzna, posiąwszy mądrość, ustanawia myśl. Ta zmiana,
dzięki której potrafi udźwignąć górę, daje początek źródłu
rzeki. Aby zrozumieć, potrzeba jej stałości. W dynamice
przyjmowania formy szerokich brzegów. Caphiel na straży
łaski, świadomości różnic kieruje nurt zycia ku wielkiej otchłani.
Tutaj ma miejsce twórca i stąd czerpie łaskę nadawania kształtu.
Tutaj, jakby z drugiej strony, lub na drugim brzegu, na ostrym zakolu
wyrywa wstążki ziemi i niesie je dalej. W srogości swojej, w niszczeniu,
żeby mogło stać się pięknem. Samoświadomość zmian, współczucie
dla niższych daje możliwość kreowania czasu. Więc pokój tym,
którzy wprost z nicości, z walki wewnętrznej i usilnej próby wychodzą
cało. Z tego zwycięstwa na chwałę korony, dzięki mądrości, łasce,
oraz piękna, powstaje silny i zwarty fundament. Więc jest on siłą
stabilną, gotową na wzniesienie murów, pałaców i dłoni. Teraz
patrząc w księżyc, kiedy noc nadeszła, staje najniżej: u progu królestwa.
Teraz dopiero kończy się tworzenie. Jest wszystkim stając się wiecznością.
Chłodne popołudnie
W tym pokoju ziemia jest zupełnie płaska, a wiatr
wieje z czterech narożników. Choć jest okno, to tam
nie ma niczego, co by się nadało choćby do adopcji.
Jest jakiś pejzaż urbanoleptyczny, jakieś z ołowiu
wystrugane niebo, co kilka godzin akrylowe ptaki,
raz na dzień błyska rozrzedzona żółcień. Natomiast
pokój - aseptyczny, gładki. Ściany są proste, na nich
cień kroplówki, a wązką strużką płynie sobie rzeczka.
Leży na wyspie, w przepoconym śniegu, trochę oddycha,
nie bardziej niż ryba. Niczego więcej już nie oczekuje,
może z wyjątkiem prostych odpowiedzi. Co by się stało,
gdyby żyła dłużej? Czy ziemia nagle byłaby okrągła?
Jak śpiewają ptaki w dalekiej Afryce? Czy jest coś
więcej prócz szpitalnej sali, co może się liczyć
dla niej? Zupełnie naturalnym gestem, bezbarwnie
i gładko, przechodzi tu od jestem, aż po boże
dziecię. Pokazuje drzwi i mówi, że światło, że jest
wyjście, że tunel, że zgasło. Potem przyjmuje ostatnią
posługę. O nic nie pyta i o nic nie prosi, cierpliwa
i miła dla wszystkich odchodzi. Pokój jest mosiężny,
a niebo niebieskie, ptak na parapecie zagląda przez okno.
Istota zastępcza
Będę się cieszył dniem, tylko wzrok swój oderwij ode mnie.
Ja, najemnik, istota zastępcza, mieszkaniec Szeolu i ja
Gwiazda Piołun. Mam czas nieprzekraczalny, mam termin
powrotu ustalony w nocy poczęcia. Mam ręce do pracy,
mam sen do modlitwy. Tylko odwróć wzrok swój ode mnie,
bo nie musisz poddawać mnie próbie. Jestem przecież
dla ciebie, jestem przez ciebie. Nie pragnę słyszeć słów
twoich, ani widzieć oczu, nie potrzebuję innego dowodu,
niż to, że jestem. Tyle wystarczy. Ty masz wszystkie dary,
a wciąż na mnie patrzysz? Czy to niedowierzanie, czy może
coś więcej? Może pragniesz mnie bardziej, niż ja ciebie?
A przecież jeszcze upłynie kilka lat, nim pójdę, skąd nie ma
powrotu. Czyżby twój przyjaciel znów z tobą paktował?
Teraz jestem człowiek, więc nic mi nie zrobisz. Nie teraz.
Nawet, jeśli zgaśnie lampa, nawet, jeśli trzecia część nocy
będzie bezsenna i cicha - potrafię milczeć w ciemności.
Jedynie to, że nikt nie usłyszy o tobie, jedynie to, że nie podam
ręki czy słowa, jedynie to się zmieni. Ja, najemnik, istota
zastępcza, ja, twój plemnik. Nie nazwę grobu ojcem,
ani robactwa matką i siostrą. Wszystko ma twoje imię.
Poruszasz moimi ustami, a jedno słowo mi dajesz: zamilcz!
Hrabianka
Ciało ją opuszcza i idzie na cmentarz. Ma tam
do odebrania garść łez, trochę ziemi. Pożyczyła
łzy chmurom, a ziemię korzeniom. Teraz sama
w domu buja się na lampie, spełnia swe szalone,
dziecięce pragnienia. Jak to, by być lekka i skłonna
do żartów z cieniem na ścianie. Więc drażni lampę
czarną, stojącą tuż w rogu, bawi się firanką
na deskach podłogi. Inna zaś sukienka pieści zuchwale,
z lubieżnością męża jej uda, jej biodra, jej piersi.
Na miękkiej poduszce rozpuszczone włosy, w dłoni
chusteczka, na palcu pierścionek. Nad ciałem zasypanym,
niebo pochylone w oczach i w myślach, we wspomnieniach,
słowach, w kanonadzie, wybuchach i w krzykach.
Natomiast tutaj, w salonie, może wreszcie swobodnie
poruszać się, tańczyć. Nikt jej nie powie, nawet jeśli wrócą,
że nie przystoi hrabiance. Jaka z niej hrabianka? W tym pokoju,
w tych ścianach, w czasach z wielkiej płyty? Kiedyś to była
panią! Niejeden szwoleżer zabiegał o względy. Ona, dziewczę,
wybrała tego, który był najbliżej i który zginął tuż po siedemnastej.
Wychowała dwie córki (wyszła później za mąż) i starała się być
i jest. A ciało? Ono się nabolało. A ona? Spotyka się z mężem.
Marlenka
"Najważniejszą rzeczą jest zrozumieć je i spojrzeć na świat z jego perspektywy"
Tony Attwood
Tęcza, całe spektrum barw. Mówisz, że kicz? To się bierze z bieli.
To, co się drze na strzępy i osobno ogląda. Po kolei, lub nie. Lub
jeszcze inaczej. Nie patrzy mi w oczy, ale wiem, że widzi. Mówią,
że jest inna, że się nie przytula. Marlenka się przytula. Macha laleczką
kręcąc jak wiatrakiem. Zawsze się uśmiecha, jest taka wesoła i miła.
Zdarza się, że zaczepia, kiedy jej nie słucham. Zdarza się, że wybucha
nagłym gniewem. Czy tak będzie zawsze? Nie wiem. Mała Marlenka
ma rączki z piosenki, oczy ma z kamyków, a włosy z bursztynu.
Kiedy idzie tak lekko, tak prosto przed siebie, lubię patrzeć
przez okno. Wiem, że ta ściana, która dla ochrony przed światem,
dla niej jest niewidzialna, nagle ją zatrzyma. Lubię patrzeć przez okno
i liczyć obłoki. Marlenka liczy gwiazdy, których nie dostrzegam.
Siadamy przy stole, oglądamy zdjęcia różnych przedmiotów.
Powtarza za mną powoli: dom, pałasol, kotek. Staram się
omijać trudniejsze wyrazy. Stałam się jak ona - niewinna i cicha
Mówią, że na zawsze, ale nie wiem - przecież są choroby, z których
się wyrasta. Wychodzi się z nich bezboleśnie, jak na spacer w parku.
Siadamy na ławce, pokazuję tęczę. Ubieram tę sukienkę - wiesz
w te głupie kółka, które cię irytują od kiedy się znamy. Muszę wyglądać
jak durna, jak jakaś artystka. Wszyscy na mnie patrzą, a nikt na Marlenkę.
Uśmiecham się i mówię artystka. Uśmiecha się i mówi:
Adam, Ewa i Tycjan
Pozornie wszystko jest na miejscu: centralnie Drzewo,
a po bokach oni. Adam jest jednak lekko odchylony,
a lewą ręką próbuje powstrzymać kobietę. Czuje
niepokój, jest jakieś napięcie w tym geście, spojrzeniu,
wzrok przykuwają naprężone mięśnie. Ale coś jeszcze.
Ten wąż z dziecięcą głową, ten chłopiec, którego nie może
widzieć Ewa. Skupiona na jabłku więcej nie dostrzega.
Jest nieświadoma obecności węża, zdaje się nie czuć
dotyku Adama. I jest coś jeszcze, coś mało ważnego,
tuż za jej nogą. Ten pies z obrazu Tycjana wciąż mnie
zastanawia - co to za rasa, skąd przylazł i jak go wołają?
Czy było w raju miejsce dla niego, co jadł, czy szczekał,
czy gryzły go pchły? Jeśli stanowi część tej opowieści,
to czy za sprawą tej prostej historii został wygnany?
A może - tak wolę myśleć - Bóg dał im psa na drogę,
żeby ich pilnował, żeby nie byli tak całkiem samotni?
Wysłał wraz z nimi małego anioła? Ileż możliwych
jest na tym obrazie wątków, ile wątpliwości. Ten owoc
po prawej, ten jeden jedyny na drzewie za nimi. Gdyby
przez jakiś przypadek usiedli pod tamtym, a nie pod tym?
Gdyby pies był kotem, a role tych dwojga były odwrócone?
Opowieść.
Żonie
Miałem opowieść jak asa w rękawie, na każdy dzień
roku, naszego małżeństwa. Miałem opowieść i kładłem
na stole wypłatę z fałszywych monet. Świadectwa nie
było, że to bez pokrycia - jakoś się żyło. Miałem dla siebie
opowieść o chwili, o tym, że trzeba ten budyń jeść łyżką
własnych zachcianek i tłustych próżności. Miałem - tak
myślę - wrażenie, że miło jest w mieście bez ciebie gościć.
A potem przyszła twoja opowieść - krótki komunikat.
Przez chwilę nic się nie składało z liter, a potem słowo
po słowie, za słowem. Żyliśmy obok. Inaczej dla nas
wyglądały ściany, inne wieczory były i poranki i z innych
szklanek piliśmy szampana, a inne tłukliśmy. Sami,
na skutek błędu wzajemnej relacji, staliśmy na peronie,
lecz przy innych torach. Kto miał, a kto nie miał racji,
kto kupił bilet w tę przeciwną stronę? To nie jest ważne.
Miałem opowieść o życiowych planach, o domach
i ogrodach, o wygodnym życiu. Miałem opowieść o nas.
Co się zmieniło, że jest tak zwyczajnie, tak nadzwyczajnie,
normalnie, codziennie? Przeczytałem streszczenie
z dwóch pierwszych rozdziałów, potem usiadłem, spojrzałem
raz jeszcze. Bez ciebie się nie da, nie da się beze mnie.
Tempera
Obudziłem się w nienamalowanym obrazie.
Żadnej kreski, śladu farby. Tylko wrażenie ramy,
przeczucie sztalugi, mówi mi o tym płótnie. I o mnie.
O tym, że gdybym się owinął blejtramem, jak kocem
albo całunem, nie było by śladu. Rama trzyma je mocno
i jest naprężone, gotowe na dotknięcie i na palec
boży. Obudziłem się w tym obrazie gotowy na wszystko.
Ktoś mi namalował i drogę i drzewo. Najpierw były
kontury, potem z plam się złożył powoli pejzaż.
Z bliska to jedynie jakieś barwne punkty, jak ziarno
na starej, kiepskiej fotografii. Z bliska się nie widzi,
trzeba trochę odejść. Dopiero wtedy można dostrzec
sens tych bohomazów. A więc drzewo i droga, kamień
żeby usiąść, w oddali linia wzniesień i siny cień góry.
Niebo jest ucięte, a na lewo pewnie coś jeszcze,
czego nie widać. Więc wejdę w tę przestrzeń. Pójdę
na drugą stronę góry, bo tam przecież być musi, jakiś inny
pejzaż. Kiedy już będę powoli szedł do jego wnętrza
i będę malał razem z perspektywą, zobaczę galerię
długą i milczącą. Stoją i patrzą. Byli tu wcześniej, a teraz
czekają - Usiądzie, czy nie? Może się przewróci?
Dariusz Sikora
Data dodania:
Komentarze
|