Marta Gracz      Info o Autorce

paramour

w kuluarach nocy rozdarta prawda
pędzi na oślep niepodkutym koniem
pod suknią Ewy pod żebrem Adama
gniewem płonie grzywą powiewa
męczy ją czekanie
nuży podróż bezkresna
w kajdanach myśli
w kokonie przemijania
nim otworzy usta
zaparska zasapie
strzeli kopytem
oczy czarne jak heban zmruży
przystanie na chwilę
odpocznie
potem powali się na murawie
zanim znów pogalopuje
pod płaszczem ciemności osłoni
schowa głęboko tajemnice
do następnej przejażdżki



o poranku

moja osobista cisza
na w poły przytomna odsypia na stojąco

czas płynie zbyt szybko
kiedy otwieram oczy

ktoś dzwoni do drzwi
ekspres skrzypi po raz drugi

filiżanki o tej porze są takie same
budzę się po trzeciej

sąsiadka nazywa rzeczy po imieniu
nawet nie słyszę z której strony

nadbiega nowy dzień



biała świeca

otchłań zabrała mnie wcześnie -
zanim wzniosłam się na wyżyny
zmusiła do upadku – podcinając skrzydła

po tym ciężko się podnieść
bez walki to prawie niemożliwe
więc poddałam się i jestem

w pustym grobie
przysypana ziemią
a może w urnie – straciłam pamięć

nawet nie dostrzegam płomieni
noc jest mi obojętna
przecież dawno umarłam

więc zanuć mi piosenkę
na grobie zapal białą świecę
żebym miała cię na wyciągnięcie ręki

przeźroczysta i pusta
z krwi słodkiej wyssana
bezimienna dusza



marionetki

czas wzrasta kiedy oddając pokłon mamonie umieramy po trzykroć
nie jak kot – nie należy umierać dziewięć razy
i grzeszyć też nie wypada
- może tylko pomruczeć że przemijamy
a świat zostaje daleko w tyle

zakładając że sens jest ukryty po drugiej stronie
odpowiadamy milczeniem
kiedy pytają co dalej
i po co umierać
wzruszamy bezradnie ramionami

niepokorni zdziecinniali staruszkowie
młode ciała postarzałe duchem
z wydrążonymi członkami
i te puste oczodoły
- chodzące żywe trupy?

nakładając kaftan bezpieczeństwa
udajemy że nie pasuje
byle sąsiad się nie dowiedział
bo przecież jesteśmy normalni
tylko czasem troszkę komuś odbija

koło fortuny napędzane Pegazem
kiedyś znowu trzeba będzie zaczynać od początku
przywołać diabła czy wypastować skrzydła aniołom?
lżej umierać
by narodzić się po raz drugi...



sumienie

nie zauważyłam
że stoi z boku
nagi z ogoloną głową
z kalectwem bezradności
i walizką ubóstwa
i palcami wykrzywionymi artretyzmem

że prosi o pomoc
głosem niemym bez języka
z zaciśniętą krtanią
i oszronionymi mrozem ustami

że wyciąga rękę
naznaczoną zastrzykami czasu
i pociąga mnie za rękaw nowej bluzki

a ja tylko odwracam bezdusznie wzrok
i zatrzaskuję przed nim ostatnie drzwi



tęsknota

czekam nieustannie
zapalczywie chłonę tykanie zegara
pożeram światło - dnia nowiu i pełni
odmierzam ziarnka piasku w klepsydrze
jedno po drugim
przesypuję je
jak rok - z dnia na dzień starszy pod laską
kiedy odejdzie zatęsknię
nie za nim
lecz za cieniem
tym z innego jutra
co judaszowym okiem będzie mnie zdradzać z przemijaniem
cudzym Bogiem i tronem
przed którym w milczeniu przejdę zaraz po tobie



wariatka I

stoi przy zakratowanym oknie
z dłońmi zaciśniętymi na wąskim parapecie

z twarzą zesztywniałą bladą
sponiewieraną starością bez zmarszczek

kiedy wróci do pustego mieszkania
zrobi to jeszcze raz

jest w tym dobra

za którymś razem się uda
musi tylko szczelniej pozamykać okna



jego ...

... słowa - namiastką
nieskazitelnej obłudy z pozłacaną ikoną w tle
- pustka po dziewicy zarysowana tanim ołowkiem
ma wypełnić brakujące ogniwo
emanować
rzeczywistość domniemaną cząstką wyboru
nie marnując ani jednego dnia

... udawanie staje się z czasem sztuką
nadchodzi na przekór
- sześć stóp nad ziemią
bałwochwalczo igrając z losem
stąpa po morzu - odgarniając fale złą karmą
na kolejne wcielenia
powstrzymuje
zastygając w marmurowym nagrobku

... zauroczenie trwa krótko
uchodzi z pierwszym pierwiosnkiem
- kołuje nad bezludną wyspą
wiatru skrzydłem nadłamanym
w zarysie kondora
zakrzywionym dziobie
tortur syzyfowych
strun orfickich brzmieniu
bladym policzkiem znaczy czas



samotność

nie jestem ofiarą lecz spełnieniem
zaklinam smutki i uciszam radość
a niebo jest mi posłuszne
- kiedy cierpliwie zliczam jego niedoskonałości
w każdym dziś
cząstka samouświadamiania rozdziera mnie na pół
przyśpieszając bieg wydarzeń
krucha niedowartościowana materia
przenika przeze mnie
ewoluuje

odradzam się
w zwyczajnym jutrze
na przekór obcowania z Bogiem
osaczona namolnym przemijaniem
jakaś cząstka obumiera i rodzi sie na nowo
by rozliczać mnie z czynów
i gilotyną odcinać głowę która odrasta
w kokonie marzeń i nadziei
zanikam



dwie Persefony

jak odbicie w lustrze niewierne
mijamy się idąc tuż obok
odliczając dni przeklęte
zmieniamy oblicza balansując na krawędzi
- liny co dwa światy trzyma bez końca
i odmieniamy się przez przypadki
- porządkując rzeczywistość białymi tabletkami
sen naprawia
blady świt burzy
niepoukładane oblicza przyszłości bez nadziei
która garściami kradnie złudzenia
ledwie muśnięciem rozdaje

tak wtedy raz jeszcze się narodzić
zagarnąć drobinę materii planety zgubnej
na pastwę meteorów dni odmierzając ostatnie
i iść
w poświacie pod słońce promieni
sklonowanych szeptów słuchając po kryjomu
odgarniając z czoła kosmyki siwych włosów
nie będąc aniołami umieramy
za dnia strasząc ciałem nadgniłym
niczym syjamskie bliźniaki
zespolone okiem proroka
starych ksiąg biblijnych słowem
nigdy nie rozłączone
dwie boginie
Persefony



wariatka II

stoi za zakratowanym oknem
z pięściami gniewu zaciśniętymi na brudnym parapecie

z blizną obłąkania wyrytą na czole
w szkaplerzu z powroza na trupim ciele

już nie wróci do pustego mieszkania
ostatni raz zrobiła to doskonale

za którymś razem musiało się udać

teraz tylko cicho w kącie
musi narodzić się po raz drugi



rachunek sumienia

niezliczone szepty po Bogu pierwsze
grzechy nagradzane pokutą
za jestestwem kamień węgielny
wczoraj nieobecne
modlitewnik otwarty na pierwszej stronie
różaniec do rąk wzięty
winy nie do wymazania
uparte wolą pozaustrojową
żywe prawdziwe - jak wieczne słowo
sumienie płonące szkarłatem przeszłym ciemnością
napominane nakazem

chwila
co przemija jak oddech
pęka jak choinkowa bombka
odradza po kryjomu
umiera



paramour

w kuluarach nocy rozdarta prawda
pędzi na oślep niepodkutym koniem
pod suknią Ewy pod żebrem Adama
gniewem płonie grzywą powiewa
męczy ją czekanie
nuży podróż bezkresna
w kajdanach myśli
w kokonie przemijania
nim otworzy usta
zaparska zasapie
strzeli kopytem
oczy czarne jak heban zmruży
przystanie na chwilę
odpocznie
potem powali się na murawie
zanim znów pogalopuje
pod płaszczem ciemności osłoni
schowa głęboko tajemnice
do następnej przejażdżki



peruka

topniała już tylko w upalne dni
coraz lżejsza mieściła się w starej sukience sprzed matury
próbowała zrozumieć...
przez pryzmat ślepego zaułku – podglądała sny
a stary pled zmarłej babci wciąż zasłaniał przyszłość

codziennie nakładając perukę
głaskała resztki cienkich włosów
liczyła – dni - wyrywając kolejne kartki z kalendarza

od dawna nie patrzyła w lustro
odbicie odkrywało boleśniejszą prawdę
czasem pokrzepiało złudną nadzieją
- więc może lepiej zasłonić je czarną chustą
by przyzwyczajać się do czerni?

letnimi wieczorami przesiadywała w ogrodzie
- na ławce pod skrzywioną jabłonią
z ledwie widocznym uśmiechem
sumowała resztki owoców jakie było jeszcze w stanie wydać stare drzewo

kiedy topnienie ustanie nadejdzie jesień
wiatr przewróci pustą ławkę
liście ułożą żałobny wieniec



Marta Gracz



Data dodania:
Komentarze