|
paramour
w kuluarach nocy rozdarta prawda
pędzi na oślep niepodkutym koniem
pod suknią Ewy pod żebrem Adama
gniewem płonie grzywą powiewa
męczy ją czekanie
nuży podróż bezkresna
w kajdanach myśli
w kokonie przemijania
nim otworzy usta
zaparska zasapie
strzeli kopytem
oczy czarne jak heban zmruży
przystanie na chwilę
odpocznie
potem powali się na murawie
zanim znów pogalopuje
pod płaszczem ciemności osłoni
schowa głęboko tajemnice
do następnej przejażdżki
o poranku
moja osobista cisza
na w poły przytomna odsypia na stojąco
czas płynie zbyt szybko
kiedy otwieram oczy
ktoś dzwoni do drzwi
ekspres skrzypi po raz drugi
filiżanki o tej porze są takie same
budzę się po trzeciej
sąsiadka nazywa rzeczy po imieniu
nawet nie słyszę z której strony
nadbiega nowy dzień
biała świeca
otchłań zabrała mnie wcześnie -
zanim wzniosłam się na wyżyny
zmusiła do upadku – podcinając skrzydła
po tym ciężko się podnieść
bez walki to prawie niemożliwe
więc poddałam się i jestem
w pustym grobie
przysypana ziemią
a może w urnie – straciłam pamięć
nawet nie dostrzegam płomieni
noc jest mi obojętna
przecież dawno umarłam
więc zanuć mi piosenkę
na grobie zapal białą świecę
żebym miała cię na wyciągnięcie ręki
przeźroczysta i pusta
z krwi słodkiej wyssana
bezimienna dusza
marionetki
czas wzrasta kiedy oddając pokłon mamonie umieramy po trzykroć
nie jak kot – nie należy umierać dziewięć razy
i grzeszyć też nie wypada
- może tylko pomruczeć że przemijamy
a świat zostaje daleko w tyle
zakładając że sens jest ukryty po drugiej stronie
odpowiadamy milczeniem
kiedy pytają co dalej
i po co umierać
wzruszamy bezradnie ramionami
niepokorni zdziecinniali staruszkowie
młode ciała postarzałe duchem
z wydrążonymi członkami
i te puste oczodoły
- chodzące żywe trupy?
nakładając kaftan bezpieczeństwa
udajemy że nie pasuje
byle sąsiad się nie dowiedział
bo przecież jesteśmy normalni
tylko czasem troszkę komuś odbija
koło fortuny napędzane Pegazem
kiedyś znowu trzeba będzie zaczynać od początku
przywołać diabła czy wypastować skrzydła aniołom?
lżej umierać
by narodzić się po raz drugi...
sumienie
nie zauważyłam
że stoi z boku
nagi z ogoloną głową
z kalectwem bezradności
i walizką ubóstwa
i palcami wykrzywionymi artretyzmem
że prosi o pomoc
głosem niemym bez języka
z zaciśniętą krtanią
i oszronionymi mrozem ustami
że wyciąga rękę
naznaczoną zastrzykami czasu
i pociąga mnie za rękaw nowej bluzki
a ja tylko odwracam bezdusznie wzrok
i zatrzaskuję przed nim ostatnie drzwi
tęsknota
czekam nieustannie
zapalczywie chłonę tykanie zegara
pożeram światło - dnia nowiu i pełni
odmierzam ziarnka piasku w klepsydrze
jedno po drugim
przesypuję je
jak rok - z dnia na dzień starszy pod laską
kiedy odejdzie zatęsknię
nie za nim
lecz za cieniem
tym z innego jutra
co judaszowym okiem będzie mnie zdradzać z przemijaniem
cudzym Bogiem i tronem
przed którym w milczeniu przejdę zaraz po tobie
wariatka I
stoi przy zakratowanym oknie
z dłońmi zaciśniętymi na wąskim parapecie
z twarzą zesztywniałą bladą
sponiewieraną starością bez zmarszczek
kiedy wróci do pustego mieszkania
zrobi to jeszcze raz
jest w tym dobra
za którymś razem się uda
musi tylko szczelniej pozamykać okna
jego ...
... słowa - namiastką
nieskazitelnej obłudy z pozłacaną ikoną w tle
- pustka po dziewicy zarysowana tanim ołowkiem
ma wypełnić brakujące ogniwo
emanować
rzeczywistość domniemaną cząstką wyboru
nie marnując ani jednego dnia
... udawanie staje się z czasem sztuką
nadchodzi na przekór
- sześć stóp nad ziemią
bałwochwalczo igrając z losem
stąpa po morzu - odgarniając fale złą karmą
na kolejne wcielenia
powstrzymuje
zastygając w marmurowym nagrobku
... zauroczenie trwa krótko
uchodzi z pierwszym pierwiosnkiem
- kołuje nad bezludną wyspą
wiatru skrzydłem nadłamanym
w zarysie kondora
zakrzywionym dziobie
tortur syzyfowych
strun orfickich brzmieniu
bladym policzkiem znaczy czas
samotność
nie jestem ofiarą lecz spełnieniem
zaklinam smutki i uciszam radość
a niebo jest mi posłuszne
- kiedy cierpliwie zliczam jego niedoskonałości
w każdym dziś
cząstka samouświadamiania rozdziera mnie na pół
przyśpieszając bieg wydarzeń
krucha niedowartościowana materia
przenika przeze mnie
ewoluuje
odradzam się
w zwyczajnym jutrze
na przekór obcowania z Bogiem
osaczona namolnym przemijaniem
jakaś cząstka obumiera i rodzi sie na nowo
by rozliczać mnie z czynów
i gilotyną odcinać głowę która odrasta
w kokonie marzeń i nadziei
zanikam
dwie Persefony
jak odbicie w lustrze niewierne
mijamy się idąc tuż obok
odliczając dni przeklęte
zmieniamy oblicza balansując na krawędzi
- liny co dwa światy trzyma bez końca
i odmieniamy się przez przypadki
- porządkując rzeczywistość białymi tabletkami
sen naprawia
blady świt burzy
niepoukładane oblicza przyszłości bez nadziei
która garściami kradnie złudzenia
ledwie muśnięciem rozdaje
tak wtedy raz jeszcze się narodzić
zagarnąć drobinę materii planety zgubnej
na pastwę meteorów dni odmierzając ostatnie
i iść
w poświacie pod słońce promieni
sklonowanych szeptów słuchając po kryjomu
odgarniając z czoła kosmyki siwych włosów
nie będąc aniołami umieramy
za dnia strasząc ciałem nadgniłym
niczym syjamskie bliźniaki
zespolone okiem proroka
starych ksiąg biblijnych słowem
nigdy nie rozłączone
dwie boginie
Persefony
wariatka II
stoi za zakratowanym oknem
z pięściami gniewu zaciśniętymi na brudnym parapecie
z blizną obłąkania wyrytą na czole
w szkaplerzu z powroza na trupim ciele
już nie wróci do pustego mieszkania
ostatni raz zrobiła to doskonale
za którymś razem musiało się udać
teraz tylko cicho w kącie
musi narodzić się po raz drugi
rachunek sumienia
niezliczone szepty po Bogu pierwsze
grzechy nagradzane pokutą
za jestestwem kamień węgielny
wczoraj nieobecne
modlitewnik otwarty na pierwszej stronie
różaniec do rąk wzięty
winy nie do wymazania
uparte wolą pozaustrojową
żywe prawdziwe - jak wieczne słowo
sumienie płonące szkarłatem przeszłym ciemnością
napominane nakazem
chwila
co przemija jak oddech
pęka jak choinkowa bombka
odradza po kryjomu
umiera
paramour
w kuluarach nocy rozdarta prawda
pędzi na oślep niepodkutym koniem
pod suknią Ewy pod żebrem Adama
gniewem płonie grzywą powiewa
męczy ją czekanie
nuży podróż bezkresna
w kajdanach myśli
w kokonie przemijania
nim otworzy usta
zaparska zasapie
strzeli kopytem
oczy czarne jak heban zmruży
przystanie na chwilę
odpocznie
potem powali się na murawie
zanim znów pogalopuje
pod płaszczem ciemności osłoni
schowa głęboko tajemnice
do następnej przejażdżki
peruka
topniała już tylko w upalne dni
coraz lżejsza mieściła się w starej sukience sprzed matury
próbowała zrozumieć...
przez pryzmat ślepego zaułku – podglądała sny
a stary pled zmarłej babci wciąż zasłaniał przyszłość
codziennie nakładając perukę
głaskała resztki cienkich włosów
liczyła – dni - wyrywając kolejne kartki z kalendarza
od dawna nie patrzyła w lustro
odbicie odkrywało boleśniejszą prawdę
czasem pokrzepiało złudną nadzieją
- więc może lepiej zasłonić je czarną chustą
by przyzwyczajać się do czerni?
letnimi wieczorami przesiadywała w ogrodzie
- na ławce pod skrzywioną jabłonią
z ledwie widocznym uśmiechem
sumowała resztki owoców jakie było jeszcze w stanie wydać stare drzewo
kiedy topnienie ustanie nadejdzie jesień
wiatr przewróci pustą ławkę
liście ułożą żałobny wieniec
Marta Gracz
Data dodania:
Komentarze
|