|
Filozofia przetrwania
nizina zaczeka na zachodzie słońca
między kartkami lot niepowszedni
mimo że głębia nocy jednakowa
przemycam w sobie racje dogmaty
w odcienie jak kolor włosów zmieniam
najlepiej mi w kasztanowym
aura szybuje koliście w samo południe
na zamówienie różowi się śnieg gdy się śmieję
o zachodzie słońca na brzegu
martwy przedmiot to jacht skuty lodem
nie potrafi odwrócić się do góry dnem
z morzem pertraktuje dogłębnie
Sennik z odzysku
to dziwne
przedmioty uciekają od odpowiedzi
jednak nie milczą
żyrandol odsuwa światło od siebie
gra na nerwach ścianie
udajesz że nie ma
odprysków po awangardzie
a ty
na obrusie plama
zaszczuta dziura z papierosa
wesele przerabiasz
udaję pannę
spływam welonem z mgły
na tarasie liść drąży serca
w gwiazdkę rozwinie sie tulipanem
Greta z wielka stopa
"kino zapaliłoby się"
greta z wielka stopa, w smutnym swetrze
robionym w renifery, spuścizna po starym
kraju
jej oczy zaszkliły się zapachem wrzosu
nikomu nic nie mówi
glos się zacina, skrzypi
gra, pozbawiona drgań żółci i błękitu
miłość
na płaskim ekranie.
w jej wnętrzu rozgrywa się dramat
nie ukazany. tak juz zostanie
Aina
mówi sama ze sobą. że
odczuwa przez skórę barwy nocy
w której gwiazdy są na wyciągnięcie ręki
ma halucynacje, w orbicie oka parzy
pokrzywa mokre nogi w poprzek
przesadza z pogodą młode iglaki pod centymetr
z dotykiem promienia o brzasku
wsuwa pod kamień modły, na czerwonej wstążce
milknie zaproszeniem
mnie suszy w gardle. kaszlem
fakt, pogoda przemokła, podtapia się
na okrągło od wczoraj na parasolu niż
nie słucham, obejdzie się bez prognozy
niebo wie swoje
założę zimowe koła, pojadę
tylko dokąd. serpentyna liści
znaczy drogę do lasu
tam mieszka Aina na żółtych papierach
dreszcz i deszcz. mróz się skrapla
gruzem, grypa mnie dopadła
nie żadna cholera
zaczerpnę świeżego powietrza, i
w plener na zbity łeb
księżyc zaczyna zielenieć
wściekł się
nie wierzysz. zobacz
Aina nie zaraża
Goryczka
noce są jak kreskówki na pajęczynie cyferblatu
magią popsute a sen się śni
półprzytomny na wizerunku szyby wpleciony na niby
piątek
sobota skrzeczy wniebogłosy
nad ranem mara wyparowała
wystudzona zbiega po schodach
nic się zmieniło
na stole herbata
cukrzymy ją w odstępach na wieczór
nie wszystko w niepamięć...
"Mężczyzna ani półbóg nie zebrałby razem"
Sylvia Plath
zbieram co pamięć wykrusza kulawe i ślepe
potem zaglądam z rozpamiętywaniem
dodając drobiny jasne na przemian
tworzę piorun z bezmyślnego piasku zdarzeń
niech się złoci póki może
papier ścierniskiem na jesień pamiętnika
w dotyku niemrawych rąk nie rozróżnia głębi
wchłanianych wód przez szczeliny ust
na skraju brzegów
słuch tępo oddzwania szepty słowika
co trzeci trel koduje wahadełko
jednak
tam nie zaglądaj
na płacz niemowlęcia
wyczulona jestem na wieki
Przystanek
stare dęby są rozmowne
zwłaszcza jesienią na krawędziach mgły
rdzawym liściem szeleszczą jakby słyszały o czym myślę
nie bój się starości
to taka część która się pokonuje
jest kwadratem drogi
potem już nic
nic nie boli
i wrócisz olśniona słońcem
zostawiając za parawanem sen
w którym odkryjesz nowe Jeruzalem
wtoczysz się w date krzykiem na dzień dobry lub noc
tylko nie zapomnij patrzeć w pamięć
Będę pytać
to nie grzech jutro cię przepytam
z każdego sęku dnia
zakorzeniłeś się na stale
chcesz przejąć moje nawyki
zamknięte w seledynie filiżanki
z podkurczonym dnem
namyśl się przedtem czy warto łapać świt
na dzień dobry rannym szczebiotem
nie mam recept na życie
obiad w kucharskiej książce
prosi o otwarcie
podzielę się cierniem w okręgu drogi
w wymijaniu wskazówki są dwie
północ ma jedną drogę od południa
Składnia z mroków
zapomniałam się zastanowić
a ona już przeszla w słowach
nie oglądała się na mnie
już nie rozbija kolan na zawołanie
płacz ma za sobą oranżadę z butelki
lody babmbino ostatni poranek odegrany
teraz mam czas zajrzeć jeszcze raz
w jej tarczę na ramieniu
detale przechodzą do półmroku
tak jest z pamiecią gubi się po drodze
boi sie ruchu nie odwraca się gdy wołam
stoi jak płaskorzeźba tyłem
Perła z substancji lotnej
nie częstuj mnie kłamstwem Henry
tylko to mogę bo zapas metafor i symboli
jest ograniczony
nie nadużywam mojej kobiecości
wiesz - tragedią dla analityków jest transfer
zaczynają od macicy wypukłą soczewką
szukając tajemnic w obcym umyśle
mam przecież wiele wspaniałych cech
ostatniego pozytywnego bohatera
namalowałam bez krocza na znak buntu
po co odbierasz mi spowiedź
masz swój własny worek doznań
jak hiszpańska babka zbierasz
przepowiednie na koniec
nie identyfikuj się z kolekcją koni na biegunach
pociag elektryczny nie przejedzie gwizdka
Na przełaj [china shipping]
kamień niemowa wyszczególnia w obrazie skaleń
mika rozpycha się dając upust żelazem
twardnieje tuląc mech do siebie
na zmianę paproć obok sosny w wyżłobieniu
pamięć nałożyła czas który zbiera się do odejścia
ostatni sztorm powalił drzewa śnieg rozpłaszczył
gniazdo
sterczy krzycząc rozbitym dnem
przecież wiosna rozłoży ramiona niedługo
minerały są jej potrzebne do kolorowania
symbioza nie boli
kształtuje przyrodę kwadratowym wymiarem
tylko nie wiem która pora jest pierwsza
a która ostania
ocieram się obok
ścieżkę ktoś przede mną wydeptał
znajdziecie mnie wiosną, powiecie, że się zmieniłam
Sztukateria
przemieszcza się z salonu widać dzikie konie
biel ścian jest obojętna - puste okna teczka z aktem
drewnianym namalowana prężnie schnie jeszcze
obok pizza gra sosem wymieszanym pędzlem - gówno
rozbity wers gwoździem sklecony kropką bez mięsa
madonny mają za duże głowy bez brzucha anioły
na piasku patykiem wytatuowany kamyk zamiera
spokojnie - sedno w słońcu pali na głosy
sztuka - pisz
sztuka - maluj
sztuka - komponuj
aktor na scenie odmawia pacierze
z zagubionego wersu w plamie rozbudzonej dekoracji
wysycha muzyka - zachwyt się wymknął estetycznie
Uroczysko
port. wchłania zapach ryb
wędzą sie jakby nigdy nic
obok dymu z papierosa
idę pomostem przy którym utknęły rufy
żagiel i zgiełk mieszają języki na wietrze
w gwiazdy. flaga nie moja ani nie twoja
synchronizują obojętność na ptaki które przysiadły
na polerach zestarzałych od soli
gorzka. wcale nie smakuje a musi
jak razowy chleb ze smalcem i cukrem
na wierzchu
odbywam pielgrzymkę jak kropla krucjatę
nie wiem jeszcze gdzie wpadnę
Bez kompromisu
chciałabym być ogniem albo wiatrem jednokierunkowym
który się śmieje prosto w twarz
okragłą. parą chłonnych oczu usta na przekór
grymas i dwoistość się zaciera w tajemnice
śladu stóp na piasku rozwiany włos morszczynu
zwoje przeszłości zwinięte z braku miejsc
bez znaku
nakazałam nie wracać już tam byłam
dotykiem. drzwi zamknięte na powrót
cień nie jest dobrym przewodnikiem
pozbawiony w ciemno odruchu dławi nas
" na stos "
w internecie mnożą sie poeci niezgorsi wcale od wieszczy
między częstochową a kilimandżaro ze wspólnymi znakami
ja się nie liczę bom zgłoską - odbiciem
mało nas mało z dystansem
świtem odkładam podróże na marsa
po swojemu przetaczam nocne wersy
sednem doczepiam samo południe
ułożę potem pod nickiem w stosy
na niepogodę o krucjacie kropli
i bazyliszka w miłości prawdziwej
do pomocy w miastach mam własny atlas
znajduję w liście kwieciste imiona
porównania z historii wyplątane datą
która jest bez stwierdzeń że się nie odmienia
tylko przypadkowość nie jest zlepkiem
odbija sie rykoszetem diabelska przyczyna
Rozmyślanie
Amsterdam zmienił oblicze jednak nachylenie tulipanów się nie zmieniło
w odcieniach zastygł tamten czas na obrazach Rembranta a Spinoza oszlifował
niejeden diament w skupieniu soczewki filtrując napotkane rysy po drodze
do czystej prawdy bo prawda prawdzie sprzeciwić się nie może
religie są jak przesądy pełne mitów i dogmatów oprawione w święta
cokolwiek istnieje jest w Bogu, i nic bez Boga nie może ani istnieć, ani być pojęte
w naturze niepojętość - ona nie ma celu - oko serce umysł przecież nie są moje
Gdybanie
nauczyłam się prozy jak obróbki na drutach
bułki wychodzą masłem smarowane bo taniej
przeliczam i milczę gdy gotuję zupę
z przyzwyczajenia rozdaję ryż czasem
chleba naszego
nie każdy go ma i dach nad głową ciężarem
niebo to nie strach
to opoka która się lituje gdy susza
deszcz i wtedy wilgotnieją usta
rozpraszam się jak wiatr nad ranem
zbieram pajęcze nitki tkam dzień
na różowych zakolach jutrzenki
zielony piach ociąga się wiosną
lato zaczyna zamierać na obrzeżach złoto
gdy brzoza kurczy korzenie
mniej mnie za każdym rogiem złudzeń
lipowy smak miodu uzbierały pszczoły
ulepią oczodoły z wosku
kwas chlebowy z dodatkiem curry na zielono
emigracja i zasiedzenie mają ze sobą
wiele wspólnego nawet nie zauważam Nawyki
pozostały te same Ojcze nasz odmawiam
na bursztynowych paciorkach Bez napomnień
do kościoła który gubi się we wspomnieniach
Klękam w protestanckim Zdrowaś Mario
wznoszę oczy do góry Niewidzialna dla nikogo
Czarna Madonna spogląda na mnie
dziwi się Ja nadal po swojemu jak kiedyś
zasadziłam wierzbę ale nie płacze
w sadzawce lilie kwitną po staremu
chleb kupuję w rożnorodnym sklepie
gdzie miesza się zapach kiszonych ogórków
z zzieleniałą chałwą obok curry
zasiedziałam się bezpowrotnie za późno
Chata
wraz ze mną uleci w zapomnienie
obraz tamtych tchnień nienamalowany
nie wiesz nie dotykałaś gołą stopą klepiska
na którym słoma żółciła się szelestem
już wtedy niskie okno tuż przy ziemi
sprawiało wrażenie umierania
chociaż rosa wlewala się wprost do sieni
piec pachniał razowym chlebem na kwaśno
tężało mleko pokryte grubą skórą
w kamiennym garncu
to była chata
najprawdziwszą słomą kryta
w środku ogrodu zgiętego w pałąk
od nadmiaru śliw i jabłoni
zapuszczony twardy orzech w rogu
nic sobie nie robił z czasu
spogladając na lebiodę
wieczory były cierpliwe od maciejki
mieszała zapach miedzy polem
a gnojówką tuż przy oborze
księżyc lubił zaglądać w komin
pobożnie słuchał naftowej lampy
jak liczyła odmawiane pacierze
Słownie między myślami
Natłok słów w których przemycają się myśli
depcze to co ważne. Odsłaniając połowę tożsamości
za rogiem skręca autobus krzyczy czerwone swiatło.
A my patrzymy na obrazek dna filiżanki
drepczemy z nogi na nogę w rozbujanym krześle.
Moich nie rozumiesz tak do końca. Jesteś
na innym torze na który ja nie zdążyłam wskoczyć.
Wyraźniej zaciera się kontur patrzysz na zegarek.
Osłupiały plakat zamyka mi usta wdziera się cisza
która umartwia na stałe cukier.Było miło
zadzwonię jak się czegoś dowiem.
Daltonista nie rozróżnia kolorów. Jestem z naiwnych.
Nie potrafię kłamać dokładnie odbieram zabarwienia.
Szczerość
kwiaty są szczere w kolorze
pomijam oset
więc nie dotykam gdy boli
mam wzgląd
w milczeniu słucham, cisza wycisza
i pojedyncze słowa stają się ważne
wytrącają się same, bez zmuszania
oddech skrapla się ciężko
opada powoli
jest czysto
Kobieta
mogła być Kasjopeją
włosy mienią się w słońcu i ten blask
albo jedną z boginek
do której kapłani zanosili modły o potencję
albo Mona Lisą - też była podobna
i do Wandy co nie chciała niemca
krew z krwią i kolor skóry balansują
na granicy języka w mimice
arabski mąż kocha robić dzieci
teściowa ma twardą rękę
już nie ma haremu - została ulica
jej twarz upodabnia się do twarzy Ewy
kiedy zrywa jabłko
myśli można zawiązać spalić w krzyku
tak cichym jak jałmużna
Ponczo w kolorze kołysanki
Rio, mówisz i zaciskasz usta
to tak daleko jak powiew splotu słońca
rysunek chleba z osełką masła ma inny smak
nie pragniesz ujścia
tęsknisz tylko jak piasek w górach
wszczepiony w kamień bez odlotu
twój syn będzie miał ciemniejszą skórę
ale jaśniejszy umysł
powie mamo z odcieniem śladu znad Wisły
Ojcze nasz, otwórz na oscież wieżę Babel
by zrozumiał
kiedyś język swojego ojca
słowa się wymawia ku potrzebie
uczuć się nie da przetłumaczyć od ręki
Gdy pada, wychodzę
dryblowanie chmur pęcznieje
zwisa poręcz parasola
nie jestem z cukru
przetworzę w worku ambicje
rozluźnię kopczyk z kwiatami
zaceruję światłem pajęczynę
tylko mi nie mów że jesteś zajęty malowaniem rogów
nawiasem mówiąc palisz
łódka się nie doczekała nakrycia pilot restartował
Rzym był pyłem na ekranie gdy pokazywali Paryż
moczyłam nogi
te luźne ramiączka z Elle
spłoną z czasem
mama mówi z przekorą w głosie;
nie noś tych sztucznych pereł dziecko
wyglądają jak dziadowskie łzy
zapożyczyła od prabaci i tylko cytuje
w międzyczasie szuka
wyszywanych ręczników z monogramem
puchowej pierzyny z posagu
to się dzieje teraz
deszcz nie skraca czasu nie spływa z pamięci
dalekie fragmenty odbijają się w samym środku domu
Oboje
moje twoje jakby nie było wspólnego
"z ziemi egipskiej z domu niewoli"
nasze karawany mimo chłodu
dążą do celu
mam wodę ty powietrze
ogień dadzą bogowie
sfinks zamyka oczy gdy słońce
w zenicie drapie absolut pustyni
nagość zapełni nam ręce
bez paragrafu objawia się
pełne prawo posiadania
ziemia nie jest wyjątkiem
nie zmieni Ewa imienia
|