Henryka Wołoszyk (hewka)      Info o Autorce

Filozofia przetrwania

nizina zaczeka na zachodzie słońca
między kartkami lot niepowszedni
mimo że głębia nocy jednakowa

przemycam w sobie racje dogmaty
w odcienie jak kolor włosów zmieniam
najlepiej mi w kasztanowym

aura szybuje koliście w samo południe
na zamówienie różowi się śnieg gdy się śmieję
o zachodzie słońca na brzegu

martwy przedmiot to jacht skuty lodem
nie potrafi odwrócić się do góry dnem
z morzem pertraktuje dogłębnie



Sennik z odzysku

to dziwne
przedmioty uciekają od odpowiedzi
jednak nie milczą

żyrandol odsuwa światło od siebie
gra na nerwach ścianie
udajesz że nie ma
odprysków po awangardzie

a ty
na obrusie plama
zaszczuta dziura z papierosa
wesele przerabiasz

udaję pannę
spływam welonem z mgły
na tarasie liść drąży serca
w gwiazdkę rozwinie sie tulipanem



Greta z wielka stopa

"kino zapaliłoby się"

greta z wielka stopa, w smutnym swetrze
robionym w renifery, spuścizna po starym
kraju

jej oczy zaszkliły się zapachem wrzosu
nikomu nic nie mówi
glos się zacina, skrzypi
gra, pozbawiona drgań żółci i błękitu
miłość
na płaskim ekranie.

w jej wnętrzu rozgrywa się dramat
nie ukazany. tak juz zostanie



Aina

mówi sama ze sobą. że

odczuwa przez skórę barwy nocy
w której gwiazdy są na wyciągnięcie ręki
ma halucynacje, w orbicie oka parzy
pokrzywa mokre nogi w poprzek
przesadza z pogodą młode iglaki pod centymetr
z dotykiem promienia o brzasku
wsuwa pod kamień modły, na czerwonej wstążce

milknie zaproszeniem

mnie suszy w gardle. kaszlem
fakt, pogoda przemokła, podtapia się
na okrągło od wczoraj na parasolu niż

nie słucham, obejdzie się bez prognozy
niebo wie swoje

założę zimowe koła, pojadę
tylko dokąd. serpentyna liści
znaczy drogę do lasu

tam mieszka Aina na żółtych papierach

dreszcz i deszcz. mróz się skrapla
gruzem, grypa mnie dopadła
nie żadna cholera

zaczerpnę świeżego powietrza, i
w plener na zbity łeb

księżyc zaczyna zielenieć
wściekł się
nie wierzysz. zobacz

Aina nie zaraża



Goryczka

noce są jak kreskówki na pajęczynie cyferblatu
magią popsute a sen się śni
półprzytomny na wizerunku szyby wpleciony na niby
piątek

sobota skrzeczy wniebogłosy
nad ranem mara wyparowała
wystudzona zbiega po schodach

nic się zmieniło
na stole herbata
cukrzymy ją w odstępach na wieczór



nie wszystko w niepamięć...

"Mężczyzna ani półbóg nie zebrałby razem"
Sylvia Plath

zbieram co pamięć wykrusza kulawe i ślepe
potem zaglądam z rozpamiętywaniem
dodając drobiny jasne na przemian
tworzę piorun z bezmyślnego piasku zdarzeń

niech się złoci póki może

papier ścierniskiem na jesień pamiętnika
w dotyku niemrawych rąk nie rozróżnia głębi
wchłanianych wód przez szczeliny ust
na skraju brzegów

słuch tępo oddzwania szepty słowika
co trzeci trel koduje wahadełko
jednak
tam nie zaglądaj

na płacz niemowlęcia
wyczulona jestem na wieki



Przystanek

stare dęby są rozmowne
zwłaszcza jesienią na krawędziach mgły
rdzawym liściem szeleszczą jakby słyszały o czym myślę

nie bój się starości

to taka część która się pokonuje
jest kwadratem drogi
potem już nic

nic nie boli
i wrócisz olśniona słońcem
zostawiając za parawanem sen
w którym odkryjesz nowe Jeruzalem

wtoczysz się w date krzykiem na dzień dobry lub noc
tylko nie zapomnij patrzeć w pamięć



Będę pytać

to nie grzech jutro cię przepytam
z każdego sęku dnia

zakorzeniłeś się na stale
chcesz przejąć moje nawyki
zamknięte w seledynie filiżanki
z podkurczonym dnem

namyśl się przedtem czy warto łapać świt
na dzień dobry rannym szczebiotem
nie mam recept na życie
obiad w kucharskiej książce
prosi o otwarcie

podzielę się cierniem w okręgu drogi
w wymijaniu wskazówki są dwie
północ ma jedną drogę od południa



Składnia z mroków

zapomniałam się zastanowić
a ona już przeszla w słowach
nie oglądała się na mnie
już nie rozbija kolan na zawołanie
płacz ma za sobą oranżadę z butelki
lody babmbino ostatni poranek odegrany

teraz mam czas zajrzeć jeszcze raz
w jej tarczę na ramieniu

detale przechodzą do półmroku
tak jest z pamiecią gubi się po drodze
boi sie ruchu nie odwraca się gdy wołam
stoi jak płaskorzeźba tyłem



Perła z substancji lotnej

nie częstuj mnie kłamstwem Henry
tylko to mogę bo zapas metafor i symboli
jest ograniczony

nie nadużywam mojej kobiecości
wiesz - tragedią dla analityków jest transfer
zaczynają od macicy wypukłą soczewką
szukając tajemnic w obcym umyśle

mam przecież wiele wspaniałych cech
ostatniego pozytywnego bohatera
namalowałam bez krocza na znak buntu

po co odbierasz mi spowiedź
masz swój własny worek doznań
jak hiszpańska babka zbierasz
przepowiednie na koniec

nie identyfikuj się z kolekcją koni na biegunach
pociag elektryczny nie przejedzie gwizdka



Na przełaj [china shipping]

kamień niemowa wyszczególnia w obrazie skaleń
mika rozpycha się dając upust żelazem
twardnieje tuląc mech do siebie
na zmianę paproć obok sosny w wyżłobieniu

pamięć nałożyła czas który zbiera się do odejścia
ostatni sztorm powalił drzewa śnieg rozpłaszczył
gniazdo
sterczy krzycząc rozbitym dnem

przecież wiosna rozłoży ramiona niedługo
minerały są jej potrzebne do kolorowania

symbioza nie boli
kształtuje przyrodę kwadratowym wymiarem
tylko nie wiem która pora jest pierwsza
a która ostania

ocieram się obok
ścieżkę ktoś przede mną wydeptał
znajdziecie mnie wiosną, powiecie, że się zmieniłam



Sztukateria

przemieszcza się z salonu widać dzikie konie
biel ścian jest obojętna - puste okna teczka z aktem
drewnianym namalowana prężnie schnie jeszcze
obok pizza gra sosem wymieszanym pędzlem - gówno
rozbity wers gwoździem sklecony kropką bez mięsa
madonny mają za duże głowy bez brzucha anioły
na piasku patykiem wytatuowany kamyk zamiera
spokojnie - sedno w słońcu pali na głosy

sztuka - pisz
sztuka - maluj
sztuka - komponuj

aktor na scenie odmawia pacierze
z zagubionego wersu w plamie rozbudzonej dekoracji
wysycha muzyka - zachwyt się wymknął estetycznie



Uroczysko

port. wchłania zapach ryb
wędzą sie jakby nigdy nic
obok dymu z papierosa

idę pomostem przy którym utknęły rufy
żagiel i zgiełk mieszają języki na wietrze
w gwiazdy. flaga nie moja ani nie twoja
synchronizują obojętność na ptaki które przysiadły
na polerach zestarzałych od soli

gorzka. wcale nie smakuje a musi
jak razowy chleb ze smalcem i cukrem
na wierzchu

odbywam pielgrzymkę jak kropla krucjatę
nie wiem jeszcze gdzie wpadnę



Bez kompromisu

chciałabym być ogniem albo wiatrem jednokierunkowym
który się śmieje prosto w twarz

okragłą. parą chłonnych oczu usta na przekór
grymas i dwoistość się zaciera w tajemnice
śladu stóp na piasku rozwiany włos morszczynu
zwoje przeszłości zwinięte z braku miejsc
bez znaku
nakazałam nie wracać już tam byłam
dotykiem. drzwi zamknięte na powrót

cień nie jest dobrym przewodnikiem
pozbawiony w ciemno odruchu dławi nas



" na stos "

w internecie mnożą sie poeci niezgorsi wcale od wieszczy
między częstochową a kilimandżaro ze wspólnymi znakami

ja się nie liczę bom zgłoską - odbiciem
mało nas mało z dystansem
świtem odkładam podróże na marsa
po swojemu przetaczam nocne wersy
sednem doczepiam samo południe
ułożę potem pod nickiem w stosy

na niepogodę o krucjacie kropli
i bazyliszka w miłości prawdziwej
do pomocy w miastach mam własny atlas
znajduję w liście kwieciste imiona

porównania z historii wyplątane datą
która jest bez stwierdzeń że się nie odmienia
tylko przypadkowość nie jest zlepkiem
odbija sie rykoszetem diabelska przyczyna



Rozmyślanie

Amsterdam zmienił oblicze jednak nachylenie tulipanów się nie zmieniło
w odcieniach zastygł tamten czas na obrazach Rembranta a Spinoza oszlifował
niejeden diament w skupieniu soczewki filtrując napotkane rysy po drodze
do czystej prawdy bo prawda prawdzie sprzeciwić się nie może

religie są jak przesądy pełne mitów i dogmatów oprawione w święta
cokolwiek istnieje jest w Bogu, i nic bez Boga nie może ani istnieć, ani być pojęte
w naturze niepojętość - ona nie ma celu - oko serce umysł przecież nie są moje



Gdybanie

nauczyłam się prozy jak obróbki na drutach
bułki wychodzą masłem smarowane bo taniej
przeliczam i milczę gdy gotuję zupę
z przyzwyczajenia rozdaję ryż czasem

chleba naszego
nie każdy go ma i dach nad głową ciężarem
niebo to nie strach
to opoka która się lituje gdy susza
deszcz i wtedy wilgotnieją usta

rozpraszam się jak wiatr nad ranem
zbieram pajęcze nitki tkam dzień
na różowych zakolach jutrzenki
zielony piach ociąga się wiosną
lato zaczyna zamierać na obrzeżach złoto
gdy brzoza kurczy korzenie

mniej mnie za każdym rogiem złudzeń
lipowy smak miodu uzbierały pszczoły
ulepią oczodoły z wosku



kwas chlebowy z dodatkiem curry na zielono

emigracja i zasiedzenie mają ze sobą
wiele wspólnego nawet nie zauważam Nawyki
pozostały te same Ojcze nasz odmawiam
na bursztynowych paciorkach Bez napomnień
do kościoła który gubi się we wspomnieniach
Klękam w protestanckim Zdrowaś Mario
wznoszę oczy do góry Niewidzialna dla nikogo
Czarna Madonna spogląda na mnie
dziwi się Ja nadal po swojemu jak kiedyś

zasadziłam wierzbę ale nie płacze
w sadzawce lilie kwitną po staremu
chleb kupuję w rożnorodnym sklepie
gdzie miesza się zapach kiszonych ogórków
z zzieleniałą chałwą obok curry

zasiedziałam się bezpowrotnie za późno



Chata

wraz ze mną uleci w zapomnienie
obraz tamtych tchnień nienamalowany

nie wiesz nie dotykałaś gołą stopą klepiska
na którym słoma żółciła się szelestem
już wtedy niskie okno tuż przy ziemi
sprawiało wrażenie umierania

chociaż rosa wlewala się wprost do sieni
piec pachniał razowym chlebem na kwaśno
tężało mleko pokryte grubą skórą
w kamiennym garncu

to była chata
najprawdziwszą słomą kryta

w środku ogrodu zgiętego w pałąk
od nadmiaru śliw i jabłoni
zapuszczony twardy orzech w rogu
nic sobie nie robił z czasu
spogladając na lebiodę

wieczory były cierpliwe od maciejki
mieszała zapach miedzy polem
a gnojówką tuż przy oborze

księżyc lubił zaglądać w komin
pobożnie słuchał naftowej lampy
jak liczyła odmawiane pacierze



Słownie między myślami

Natłok słów w których przemycają się myśli
depcze to co ważne. Odsłaniając połowę tożsamości
za rogiem skręca autobus krzyczy czerwone swiatło.
A my patrzymy na obrazek dna filiżanki
drepczemy z nogi na nogę w rozbujanym krześle.
Moich nie rozumiesz tak do końca. Jesteś
na innym torze na który ja nie zdążyłam wskoczyć.
Wyraźniej zaciera się kontur patrzysz na zegarek.
Osłupiały plakat zamyka mi usta wdziera się cisza
która umartwia na stałe cukier.Było miło
zadzwonię jak się czegoś dowiem.

Daltonista nie rozróżnia kolorów. Jestem z naiwnych.
Nie potrafię kłamać dokładnie odbieram zabarwienia.



Szczerość

     kwiaty są szczere w kolorze
     pomijam oset
     więc nie dotykam gdy boli
     mam wzgląd

w milczeniu słucham, cisza wycisza
i pojedyncze słowa stają się ważne
wytrącają się same, bez zmuszania
oddech skrapla się ciężko
opada powoli

     jest czysto



Kobieta

mogła być Kasjopeją
włosy mienią się w słońcu i ten blask
albo jedną z boginek
do której kapłani zanosili modły o potencję
albo Mona Lisą - też była podobna
i do Wandy co nie chciała niemca

krew z krwią i kolor skóry balansują
na granicy języka w mimice
arabski mąż kocha robić dzieci
teściowa ma twardą rękę
już nie ma haremu - została ulica

jej twarz upodabnia się do twarzy Ewy
kiedy zrywa jabłko
myśli można zawiązać spalić w krzyku
tak cichym jak jałmużna



Ponczo w kolorze kołysanki

Rio, mówisz i zaciskasz usta
to tak daleko jak powiew splotu słońca
rysunek chleba z osełką masła ma inny smak
nie pragniesz ujścia
tęsknisz tylko jak piasek w górach
wszczepiony w kamień bez odlotu

twój syn będzie miał ciemniejszą skórę
ale jaśniejszy umysł
powie mamo z odcieniem śladu znad Wisły

Ojcze nasz, otwórz na oscież wieżę Babel
by zrozumiał
kiedyś język swojego ojca

słowa się wymawia ku potrzebie
uczuć się nie da przetłumaczyć od ręki



Gdy pada, wychodzę

dryblowanie chmur pęcznieje
zwisa poręcz parasola

nie jestem z cukru
przetworzę w worku ambicje
rozluźnię kopczyk z kwiatami
zaceruję światłem pajęczynę

tylko mi nie mów że jesteś zajęty malowaniem rogów
nawiasem mówiąc palisz
łódka się nie doczekała nakrycia pilot restartował
Rzym był pyłem na ekranie gdy pokazywali Paryż
moczyłam nogi

te luźne ramiączka z Elle
spłoną z czasem

mama mówi z przekorą w głosie;
nie noś tych sztucznych pereł dziecko
wyglądają jak dziadowskie łzy

zapożyczyła od prabaci i tylko cytuje
w międzyczasie szuka
wyszywanych ręczników z monogramem
puchowej pierzyny z posagu

to się dzieje teraz
deszcz nie skraca czasu nie spływa z pamięci
dalekie fragmenty odbijają się w samym środku domu



Oboje

moje twoje jakby nie było wspólnego
"z ziemi egipskiej z domu niewoli"
nasze karawany mimo chłodu
dążą do celu

mam wodę ty powietrze
ogień dadzą bogowie

sfinks zamyka oczy gdy słońce
w zenicie drapie absolut pustyni
nagość zapełni nam ręce

bez paragrafu objawia się
pełne prawo posiadania
ziemia nie jest wyjątkiem
nie zmieni Ewa imienia