Lucyna Juchniewicz      Info o Autorce

miękkość dywanu

pamiętam
tańczyliśmy na dnie filiżanki
dopóki nie zgubiłam rzęsy
próbowałam na niej stanąć

to takie akrobatyczne urozmaicenie
ale ty się potknąłeś
resztkami sił wylałeś nas z kawą
teraz stół jest całym światem

łatwiej na płaszczyźnie o taniec na krawędzi
i ten obrus mokry i potłuczona porcelana
nasza krew o smaku cappuccino

w porywach raczyliśmy dostąpić miękkości dywanu
nie zauważając upadku

tak poszerza się horyzonty



schowani za oknem

wiersze są wygodne
rozsiadamy się w nich
rozkładając na słowach ręce
zmęczeni patrzymy w sufit
myśląc że widzimy życiorys malarza

w telewizji znów nic nie ma
a niebo jednolite chmurami
dywan nierówno odkurzony
zniechęca opatrzonym kolorem

jeszcze nie trzeba palić światła
a po karniszach już skaczą żabki
firanka przybierając fantazyjne kształty
chce się przypodobać ścianom

gdy za bardzo rosną okna
na parapetach ustawiamy doniczki
mówiąc że tylko na pokaz
że tylko na chwilę jesteśmy ogrodnikami



parkomatka

asfalt czernieje proporcjonalnie do nieba
tylko tyle i zapach codziennego obiadu
uparta o łokieć obserwuję wielki świat

za ulicą park
sąsiadka z córką weekendową
idą pod rękę bez wyrazu
twarzy błyskiem pod oczami
zapaliła mój parapet

parkomatka co tydzień
sprząta obrusem
gotuje żaluzje
a kawałki łamią im zęby
zza okularów wystające bilety
czekają na wykorzystanie

nagle zapachniała sałatka
wreszcie przytuliłam się do głosu
przecież śpiewa codziennie
z akompaniamentem tłuczka do ziemniaków



podłoga

momentami łączy nas podłoga
w pokoju w kuchni na korytarzu
na co dzień oddzielnie
ugina się i nie zastanawia
nawet na chwilę

dopiero pod zdwojonym naciskiem
jest bardziej ułożona
uśmiechnięta sprężystością
i odporna na zarysowania

pomijając drobne niedociągnięcia
powinniśmy brać z niej przykład
myślami wznosić poziom twardości
aż na linię wzroku

panele tworzą wzór godny do naśladowania
bo nie każdy do siebie pasuje



w trzeciej o-sobie

przed zaśnięciem przygryzała ołówek
na przemian z dolną wargą
nie modliła się nigdy
czasami tylko cichutko szurała po kartkach

mówili że pisze wiersze
a ona skakała wzrokiem po mokrej szybie
i złościła na miejską łunę
choć światło gasiła sama
dopiero o świcie

zawsze budziła się lewą powieką
co pulsowała w rytm szarego nieba
tak bardzo nieznośnie
ciągnęła za sobą prawe oko

dzień nigdy nie istniał
bez różanej herbaty i bordowych paznokci
wieczory nie były wodoodporne - astor kłamie

powinna już spać - jest cicho

spadającego tynku z sąsiednich domów
nie słychać nawet nocą
chyba że ściana jest pozorna trzecioosobowa

i niewidzialna - jak ja



oddech

pochmurne niebo i ja pochmurna
stoję nieznacznie na twardym gruncie
słowami ostrząc zmysły zatapiam
w szarpanych liści wątpliwy współdźwięk

za oknem zimno parapet moknie
strudzone krople żądają zemsty
wrzask tłuczonego wiatru bezwładny
wśród kałuż niknie w falach zaklęty

świat nie jest wiatrem co gdzieś zamiera
męcząc powietrze szukając wspomnień
rozprasza w kurzach resztki pamięci
podwójnie licząc następny oddech



na starość

opowiem na starość wnukom
siedząc w bujanym fotelu
z inteligentej wikliny:


...dawno dawno temu
w latach 90 minionego wieku
upowszechnił się Internet
wielu rzucało w monitory pogniecione kartki
drogie dzieci

wcześniej były długopisy
zazwyczaj trzymane w palcach
j k spacja

babcia pisała wiersze
w wordzie upadłego microsofta
i znała wielu epoetów
kilku ją czytało i mówili że ładnie

widziała nawet żywe ateny
w centrum handlowym
herkulesa z apollem można było spotkać
w bibliotece
cz@rny_i_zły ubierał zazwyczaj wełniane sweterki
bo mu mamusia nie pozwalała inaczej

moje kochane cukiereczki

babcia była informatykiem
kiedyś nawet widziała kratery na księżycu
bez okularów

ale tak na prawdę

babcia była buntowniczką
zmieniała nazwę kosza w edytorze rejestru



nieprzystanek

brakuje sił i powraca pytanie

łza rzeźbi na policzkach łatwiejszą drogę
ubywa złudzeń jak pamięci
po liftingu

wracam do domu - na żądanie
nieprzystanek
powiekami wyłączam resztę świata

ty biegniesz jak zwykle
nieadekwatnie do czynu
zatrzymany w czasie
milkniesz

miłość popłynęła
nie zapytała

eksponenta pragnień nie dogoni
spełnienia - nie ma
zamiaru - powraca odpowiedz

ty nie masz ochoty



współistnieliśmy

na co dziś patrzysz
na moje dwanaście żeber serce wątrobę
myślałam że tylko duchy i rentgen
wiedzą jak przenikać przez materię
może wreszcie powiesz
co mnie bolało w lewym boku
albo chociaż przyznasz
jak bardzo interesowała mnie empiria
że byłam - myślałam że
nie każda rana choroba zdrada
zostawia ślad
od kiedy na własnej skórze
poczułam naiwność wrażliwość
miała charakter
wyłącznie zasadowy
a wszystko obok to były skandale
pułapki i dodatki
do naszego współistnienia



aerozol

i czas mógł biec
wiedziałam że jeszcze nie będę dorosła
tak niewyobrażalnie było i niedoczekanie

choć marzyłam o większym pokoju
a biurko samo wyszło
i grożący zawaleniem regał
zarażał pustką

miło było snuć plany
i śpiewać
do dezodorantu



rozkład połowiczny

na dnie butelki jest kalejdoskop
uwierz jeśli chcesz się dobrze bawić
pij szybciej

wódka nawet ciebie
mogłaby zemdlić
gdybym teraz opowiedziała
o tym jak cię zdradzałam

chcesz posłuchać

jaka jestem toksyczna dynamiczna
o rozkładzie połowicznym
rozmawialiśmy dziś rano
gdy zwątpiłam
w hiszpańskie truskawki i kokainę

nauczę cię niekochania
więc nie martw się
o grzeczne dziewczynki
i ich groby

przypomnij sobie
czemu na pogrzebie
nie było księdza

a teraz spójrz na mnie
i na chodnik pod balkonem



żart

czy to dobrze że nic nas nie dziwi
i na stopach obtartych przez aksamit
wolimy nie iść naprzód

czuję jak po raz kolejny
zanurzam się w przyzwyczajeniu
aż po rozdwojone końcówki włosów

może warto pomyśleć nad zmianą szamponu
kąpać się w płytkiej wodzie
i patrzeć jak toną w niej cuda
może wtedy codzienność
byłaby bardziej niezwykła

może warto więcej się śmiać
nie czekając na zachwyt
bo życie jest krótkim żartem
a ktoś okrutnie spalił zakończenie



momentologia

ciemna postać na moście
stłumiona perspektywa zawieszenia
coś z rodziny wyspografii szczęśliwej
a wokół wszechocean zwiędniętych

zapach mgły, etanolowa amnezja
pragnienie i momentologia przyjemności

wspomnienia płyną

bezosobowe zawiłe rzeki, nad nimi
puste molo jednokierunkowe i

tej nocy zwiększyła się różnorodność
flory koryta rzecznego



deja vu

wszystko jest na chwilę
fragmentaryczne nieporadne
w kategoriach ciągłości
połączone sekundnikiem

nagle przypominasz sobie
coś zupełnie nieważnego
o czym pomyślałeś trzy lata temu
patrząc na wadliwy
przyciemniony fabrycznie
kawałek tapety

przeczesujesz stare ścieżki
deja vu? a może po prostu
tak niewiele się zmienia



las pojedynczych drzew

w lesie wyciągniętych rąk
kołyszących się na wietrze
wegetują uczucia

pięciopalczaste gałęzie
rzeźbią chmury na kształt dłoni
skrycie prosząc o uścisk
widzą tylko elektryczny związek
nieba i ziemi
choć oślepiający i nietrwały
pozostawia głęboki ślad zazdrości

obce sobie bliźnięta emocjonalne
wzajemnie półprzezroczyste
nie wiedzą że każdy
nawet niewidzialny
ma na własność
jakiś kolor powietrza



jesteśmy tylko

jesteśmy tylko ludźmi
nasza wyobraźnia zatrzymuje czas
gdybyśmy byli wyspami
zabrakłoby wody na świecie
z pragnienia wszystkie słowa by wyschły

codziennie idziemy razem
przez ciszę - wąski pomost
z którego tak łatwo wychylić się utonąć
będąc martwymi dla świata dryfować pod prąd

przez takich jak my raz na milion lat
z planet robią się pustynie



nieparzysta

wciąż nieparzysta
nie dzielę się bez reszty
losem drzemiącym
na tapczanie w pokoju

gościnnym
sercem rozkładanym
na talerzu
z aptekarską dokładnością

wymierzam porcje
by nie umrzeć z przedawkowania
ani z głodu

przegrywam z chwilą
przeglądając się w pragnieniu
nadal jestem tylko
surrealistyczną kopią
własnego istnienia



Lucyna Juchniewicz



Data dodania:
Komentarze