|
miękkość dywanu
pamiętam
tańczyliśmy na dnie filiżanki
dopóki nie zgubiłam rzęsy
próbowałam na niej stanąć
to takie akrobatyczne urozmaicenie
ale ty się potknąłeś
resztkami sił wylałeś nas z kawą
teraz stół jest całym światem
łatwiej na płaszczyźnie o taniec na krawędzi
i ten obrus mokry i potłuczona porcelana
nasza krew o smaku cappuccino
w porywach raczyliśmy dostąpić miękkości dywanu
nie zauważając upadku
tak poszerza się horyzonty
schowani za oknem
wiersze są wygodne
rozsiadamy się w nich
rozkładając na słowach ręce
zmęczeni patrzymy w sufit
myśląc że widzimy życiorys malarza
w telewizji znów nic nie ma
a niebo jednolite chmurami
dywan nierówno odkurzony
zniechęca opatrzonym kolorem
jeszcze nie trzeba palić światła
a po karniszach już skaczą żabki
firanka przybierając fantazyjne kształty
chce się przypodobać ścianom
gdy za bardzo rosną okna
na parapetach ustawiamy doniczki
mówiąc że tylko na pokaz
że tylko na chwilę jesteśmy ogrodnikami
parkomatka
asfalt czernieje proporcjonalnie do nieba
tylko tyle i zapach codziennego obiadu
uparta o łokieć obserwuję wielki świat
za ulicą park
sąsiadka z córką weekendową
idą pod rękę bez wyrazu
twarzy błyskiem pod oczami
zapaliła mój parapet
parkomatka co tydzień
sprząta obrusem
gotuje żaluzje
a kawałki łamią im zęby
zza okularów wystające bilety
czekają na wykorzystanie
nagle zapachniała sałatka
wreszcie przytuliłam się do głosu
przecież śpiewa codziennie
z akompaniamentem tłuczka do ziemniaków
podłoga
momentami łączy nas podłoga
w pokoju w kuchni na korytarzu
na co dzień oddzielnie
ugina się i nie zastanawia
nawet na chwilę
dopiero pod zdwojonym naciskiem
jest bardziej ułożona
uśmiechnięta sprężystością
i odporna na zarysowania
pomijając drobne niedociągnięcia
powinniśmy brać z niej przykład
myślami wznosić poziom twardości
aż na linię wzroku
panele tworzą wzór godny do naśladowania
bo nie każdy do siebie pasuje
w trzeciej o-sobie
przed zaśnięciem przygryzała ołówek
na przemian z dolną wargą
nie modliła się nigdy
czasami tylko cichutko szurała po kartkach
mówili że pisze wiersze
a ona skakała wzrokiem po mokrej szybie
i złościła na miejską łunę
choć światło gasiła sama
dopiero o świcie
zawsze budziła się lewą powieką
co pulsowała w rytm szarego nieba
tak bardzo nieznośnie
ciągnęła za sobą prawe oko
dzień nigdy nie istniał
bez różanej herbaty i bordowych paznokci
wieczory nie były wodoodporne - astor kłamie
powinna już spać - jest cicho
spadającego tynku z sąsiednich domów
nie słychać nawet nocą
chyba że ściana jest pozorna trzecioosobowa
i niewidzialna - jak ja
oddech
pochmurne niebo i ja pochmurna
stoję nieznacznie na twardym gruncie
słowami ostrząc zmysły zatapiam
w szarpanych liści wątpliwy współdźwięk
za oknem zimno parapet moknie
strudzone krople żądają zemsty
wrzask tłuczonego wiatru bezwładny
wśród kałuż niknie w falach zaklęty
świat nie jest wiatrem co gdzieś zamiera
męcząc powietrze szukając wspomnień
rozprasza w kurzach resztki pamięci
podwójnie licząc następny oddech
na starość
opowiem na starość wnukom
siedząc w bujanym fotelu
z inteligentej wikliny:
...dawno dawno temu
w latach 90 minionego wieku
upowszechnił się Internet
wielu rzucało w monitory pogniecione kartki
drogie dzieci
wcześniej były długopisy
zazwyczaj trzymane w palcach
j k spacja
babcia pisała wiersze
w wordzie upadłego microsofta
i znała wielu epoetów
kilku ją czytało i mówili że ładnie
widziała nawet żywe ateny
w centrum handlowym
herkulesa z apollem można było spotkać
w bibliotece
cz@rny_i_zły ubierał zazwyczaj wełniane sweterki
bo mu mamusia nie pozwalała inaczej
moje kochane cukiereczki
babcia była informatykiem
kiedyś nawet widziała kratery na księżycu
bez okularów
ale tak na prawdę
babcia była buntowniczką
zmieniała nazwę kosza w edytorze rejestru
nieprzystanek
brakuje sił i powraca pytanie
łza rzeźbi na policzkach łatwiejszą drogę
ubywa złudzeń jak pamięci
po liftingu
wracam do domu - na żądanie
nieprzystanek
powiekami wyłączam resztę świata
ty biegniesz jak zwykle
nieadekwatnie do czynu
zatrzymany w czasie
milkniesz
miłość popłynęła
nie zapytała
eksponenta pragnień nie dogoni
spełnienia - nie ma
zamiaru - powraca odpowiedz
ty nie masz ochoty
współistnieliśmy
na co dziś patrzysz
na moje dwanaście żeber serce wątrobę
myślałam że tylko duchy i rentgen
wiedzą jak przenikać przez materię
może wreszcie powiesz
co mnie bolało w lewym boku
albo chociaż przyznasz
jak bardzo interesowała mnie empiria
że byłam - myślałam że
nie każda rana choroba zdrada
zostawia ślad
od kiedy na własnej skórze
poczułam naiwność wrażliwość
miała charakter
wyłącznie zasadowy
a wszystko obok to były skandale
pułapki i dodatki
do naszego współistnienia
aerozol
i czas mógł biec
wiedziałam że jeszcze nie będę dorosła
tak niewyobrażalnie było i niedoczekanie
choć marzyłam o większym pokoju
a biurko samo wyszło
i grożący zawaleniem regał
zarażał pustką
miło było snuć plany
i śpiewać
do dezodorantu
rozkład połowiczny
na dnie butelki jest kalejdoskop
uwierz jeśli chcesz się dobrze bawić
pij szybciej
wódka nawet ciebie
mogłaby zemdlić
gdybym teraz opowiedziała
o tym jak cię zdradzałam
chcesz posłuchać
jaka jestem toksyczna dynamiczna
o rozkładzie połowicznym
rozmawialiśmy dziś rano
gdy zwątpiłam
w hiszpańskie truskawki i kokainę
nauczę cię niekochania
więc nie martw się
o grzeczne dziewczynki
i ich groby
przypomnij sobie
czemu na pogrzebie
nie było księdza
a teraz spójrz na mnie
i na chodnik pod balkonem
żart
czy to dobrze że nic nas nie dziwi
i na stopach obtartych przez aksamit
wolimy nie iść naprzód
czuję jak po raz kolejny
zanurzam się w przyzwyczajeniu
aż po rozdwojone końcówki włosów
może warto pomyśleć nad zmianą szamponu
kąpać się w płytkiej wodzie
i patrzeć jak toną w niej cuda
może wtedy codzienność
byłaby bardziej niezwykła
może warto więcej się śmiać
nie czekając na zachwyt
bo życie jest krótkim żartem
a ktoś okrutnie spalił zakończenie
momentologia
ciemna postać na moście
stłumiona perspektywa zawieszenia
coś z rodziny wyspografii szczęśliwej
a wokół wszechocean zwiędniętych
zapach mgły, etanolowa amnezja
pragnienie i momentologia przyjemności
wspomnienia płyną
bezosobowe zawiłe rzeki, nad nimi
puste molo jednokierunkowe i
tej nocy zwiększyła się różnorodność
flory koryta rzecznego
deja vu
wszystko jest na chwilę
fragmentaryczne nieporadne
w kategoriach ciągłości
połączone sekundnikiem
nagle przypominasz sobie
coś zupełnie nieważnego
o czym pomyślałeś trzy lata temu
patrząc na wadliwy
przyciemniony fabrycznie
kawałek tapety
przeczesujesz stare ścieżki
deja vu? a może po prostu
tak niewiele się zmienia
las pojedynczych drzew
w lesie wyciągniętych rąk
kołyszących się na wietrze
wegetują uczucia
pięciopalczaste gałęzie
rzeźbią chmury na kształt dłoni
skrycie prosząc o uścisk
widzą tylko elektryczny związek
nieba i ziemi
choć oślepiający i nietrwały
pozostawia głęboki ślad zazdrości
obce sobie bliźnięta emocjonalne
wzajemnie półprzezroczyste
nie wiedzą że każdy
nawet niewidzialny
ma na własność
jakiś kolor powietrza
jesteśmy tylko
jesteśmy tylko ludźmi
nasza wyobraźnia zatrzymuje czas
gdybyśmy byli wyspami
zabrakłoby wody na świecie
z pragnienia wszystkie słowa by wyschły
codziennie idziemy razem
przez ciszę - wąski pomost
z którego tak łatwo wychylić się utonąć
będąc martwymi dla świata dryfować pod prąd
przez takich jak my raz na milion lat
z planet robią się pustynie
nieparzysta
wciąż nieparzysta
nie dzielę się bez reszty
losem drzemiącym
na tapczanie w pokoju
gościnnym
sercem rozkładanym
na talerzu
z aptekarską dokładnością
wymierzam porcje
by nie umrzeć z przedawkowania
ani z głodu
przegrywam z chwilą
przeglądając się w pragnieniu
nadal jestem tylko
surrealistyczną kopią
własnego istnienia
Lucyna Juchniewicz
Data dodania:
Komentarze
|