Lidia Kowalczyk (amandalea)      Info o Autorce

pustynny krajobraz

prosiła wiele razy daj cząstkę
jedną maleńką chwilę
bezdumnie żebrząc o uśmiech
szal ciepłych słów

znużony odwracał głowę
nie rozumiejąc głodu
wolał wyjść gwiezdnymi wrotami
grodząc nędzarkę siódmym elementem

czasem sucho beznamiętnie
uderzał błyskawicą
usypiając nim zadrżały płatki
zroszone deszczem

(21.01.07r.)



niedorzeczne

przyszedł z wiatrem
odbierając jasność myślenia
przewiercał źrenice

cichnąc na chwilę
pod przymkniętą powieką
uderzał w dwójnasób na widok światła

nie chciał przeminąć
wsłuchany w zaokienne wycie
wybijał senne zakusy

gdybym tylko mogła
w mateczniku ramion
znaleźć schronienie

(21.01.07r.)



woal uśmiechu

pragnęłam zatrzymać
uciekające sekundy
kumulując w opuszkach
zapach skóry

feerią barw na błonie
zakwitała noc
rozjaśniana
ogniami kastora i polluksa

płynęliśmy
podrywając do lotu ptaki
krzykiem wplątanym w ciszę
gdy grzywacze rwały brzegi

by z niechęcią podążyć
za uciekającymi drzewami
w półmroku tańczący uśmiech
budzi zdziwienie przedziału

(22.01.07r.)



musisz iść miła

choć pierzchną usta
od słonej bryzy
i schną maki słów
w ciszy kryjąc twarz

przecież wiesz
burza zerwałaby parce przędzę
więc w milczeniu otworzę żyły
napełniając kielich

zrozum
nie mogę zamykać
horyzontu twojego dnia
lecz zawsze będę matecznikiem

a wykradając sekundy
rozpalę ognisko u źródeł delty
poszukując perłowych łez
przesyconych twoim pragnieniem

(24.01.07r.)



w oplotach splinu

zmęczenie zmniejsza odporność
wirusy niezrozumienia
atakują brzęczącym rojem

a przecież wczoraj
ledwie kilka chwil temu
osiadały drobinami kurzu

febra rozbiera z dumy
i na nic chinina dobrych słów
gdy płyną gdzieś z oddali

choć niosą znajomy smak
spływającej wąwozem kropli rosy
gdy ciepło łona otulało snem

czy można wskrzesić
kiedy zaciskają się wnyki
w cieniu wieży babel

(25.01.07r.)



przed środą

słyszysz
pukają po nocach
otwierając szerzej powieki

tak wiem
dzień napina struny
wyolbrzymiając krzywizny

nie mogę trzymać na dłoni
otoczony zasiekami
wspominam gasząc pragnienie

i ja ukrywam
choć zimne wieczory
przywołują nieliczne chwile

wybacz
zaplątany w sieci
nie uwolni się delfin

ależ nie
o każdej porze karnawał
gdy tworzymy barwne bukiety
(26.01.07r.)



zaproszenie

choć kłopotów zmartwień tysiąc
chociaż smutkiem ciąży dusza
ty na skrzydłach marzeń przybądź
aby bajki miłej słuchać

w gęstym lesie gdzieś pomiędzy
wiedzie ścieżka pełna czarów
co prowadzi szlakiem tęsknym
ku polanie co na skraju

i już nie wiesz czy fantazja
to jest tylko pełna ciepła
ale nie chcesz więcej płakać
od problemów dzieli przepaść

oplot ramion zwinne palce
milcząc mówią usta czułe
każdy gest ma wiele znaczeń
już nie czekaj na nic dłużej

wiatr co tyle hula w świecie
cicho przysiadł na gałęzi
żeby wszystko widzieć lepiej
miast bezmyślnie dalej pędzić

więc zapomnij na chwil kilka
popuść wodze w mig fantazji
nie daj szczęściu się omijać
nie musimy być wciąż sami

(27.01.07r.)



szeptem

jeśli pozwolisz
zaplotę wianek na głowie
zbliżając czarę do ust

delikatnie wznosząc toast
w rozpalonym tyglu
ogrzejesz twarz

wsłuchany w narastający szmer
będziesz sączył
smakując językiem każdą kroplę

aż przemówię
rzucając nieznane zaklęcia
w zderzeniu z nieboskłonem

(28.01.07r.)



nie tylko król jest nagi

myślisz
jesteś beznadziejna
jak zapłakany horyzont

rozumiesz
piękno czy brzydota
czym innym tęcza dla fizyka

więc dlaczego
nie podstawisz im lustra
przed wydaniem werdyktu

własnoręcznie obnażona
nie pragniesz wieńca laurowego
wiedząc wszyscy jesteśmy ułomni

(07.12.06r.)



antykwariat

wciąż na segmencie
stoi świeca z różą
w celofanowej sukience

chiński smok z Krakowa
nasłuchuje nocami kroków
ziejąc wspomnieniami

niekiedy
spomiędzy książek
wysunie się folder
oprowadzając po królestwie soli

zapomniany bilet
błyśnie łuską czarnego pstrąga
zawilgacając powieki

czasami
otwierasz drzwi
wnosząc górski powiew
i roztańczone płomienie

(08.12.06r.)



noc

nie śpię
zegar najspokojniej w świecie
rozgarnia czas

cisza
rozsiadła się na powiekach
wystukując słone s o s

pulsują skronie
w rytm rozbieganych myśli
wysysając chęć na jutro

nie śpię
ugrzeczniona pościel
zbielała zduszając pragnienia

(23.11.06.)



tylko słoń nie widzi jak krucha jest porcelana

na starym płótnie,
mistrz rubens utrwalił
płomienie, co zda się
trawią piękne ciało.

łagodną falą
spływając ku stopom,
ponętne kształty
osłaniają mało.

w półcieniu, lico
skrywa uczuć wiele,
nie wiesz, czy żona,
czyli też kochanka

w samotność, weną
wkroczyć dziś zechciała,
aby ukoić
poszarpane serce.

(26.11.06r.)



niezmienność

to nie twoja wina
zmęczenie zgina kark
sypiąc solą pod powieki

jestem monotematyczna
w głowie tupie jedna myśl
krążąc kometą

w zagłębieniu ramienia
otulona ciepłym zapachem
zapomnieć o tym co poza

niechby strumieniem szemrały
pozwalając uwierzyć
w piękno ogrodów semiramidy

w zamian
ukołysany nad brzegami
śniłbyś spełnienie na jawie

(29.11.06r.)



niedosyt

przerzucam stronę po stronie
szukając śladu słów
słonecznej bryzy

mlekiem rozlana noc
odbiera sen
nie wplotłeś promienia

obojętne wskazówki
sącząc kolejne krople
przyprószają śniegiem

zapisany
na dnie źrenicy
kadr niemego filmu

(30.11.06.)



gdy w pokoju wyrasta puszcza

przesuwasz dłonią
lekkim łukiem
zgłębiając linię podziału

wilgotne ciepło
deszczowego lasu
rozkwita orchideą

rozgarniając językiem
wzbierające fale
sprowadzasz w niebyt

(09.12.06r.)



panna nikt

to nieprawda że świat jest barwny
dawno pogasły motyle
zabierając okruchy tęczy

kolejna twarz
marszczy lustro w niby uśmiechu
tuszując szerzącą się plagę
szarańcza pochłania partery

zimne stopy kaleczą myśli
biegnąc sizalową ścieżką
od niechcenia ścieram słoną strużkę

(10.12.06r.)



jak to jest

powtarzał jesteś piękna
w lustrze namiętnych oczu
gdy moje wciąż szeptało
niepewność dając poczuć

przepływał wycieraczkę
drzwi już otworem stały
a kiedy usta topił
świat zdawał się być małym

wtulony w obojczyka
bezpieczne zagłębienie
zapachem plaży mamił
fal morskich ukojeniem

lecz to przecież nie bajka
piach w klepsydrze niknął
szmerem tańczył we włosach
jesteś mi bardzo bliską

(10.12.06r.)



niepokorna

nie lubię gdy milczysz
całkiem jak drzewa przed burzą
udając że ich nie ma

szukam zajętych minut
prześcigając się w wymyślaniu
niszczę obrazy próbując od nowa
uściślić horyzont

przebieram w słowach
oddzielając popiół
dotyka brak wróżki

zapętlona w ciszy
biegnę bezdrożami
wersów
nie chcę czekać

(16.12.06r.)



rozbłyski

ominęły nas pokoje hotelowe
wschody słońca
całujące w obcych ścianach
czasem zachód
rozpalone chłodzi ciała
by pospieszyć z nadchodzącym mrokiem

częściej pustka
gasi uśmiech ze zmęczeniem
gdy kłopoty rozsiadają się jak w gościach
więc choć płyną
poszarpane słowa
trudno wiary czy nadziei szukać

zanurzeni gdzieś pomiędzy w codzienności
w kropli nocy
zatapiając mgnienia wspomnień
w drżeniu głosu
odnajdziemy zagubiony wątek
pragnąc szczęścia wspólne chwile mnożyć

(18.12.06r.)



preludium

delikatne zmarszczki
głaskały płowiejący horyzont
rozdarty krzykiem krwawił świt
wsączając się przez okna

nie spałeś licząc kręgi
w leniwej wędrówce
płosząc senne motyle
ciepłem ust

bez pośpiechu
tuliliśmy poranek
chwytając jaskółki
nim dzień odejdzie jak kot

(26.12.06r.)



o krok od

ścinali naznaczone iksem
prześwietlając wybiórczo
zgodnym zespołem
okorowali pozbawiając złudzeń

czasem ze złością wyciągali drzazgi
czyniąc solenne postanowienia
orzeczono nie da się zaszczepić
mocując poprzecznie ramiona

nie wiją gniazd ptaki
gdy braknie parawanu liści
tuż obok lady pank
mniej niż zero

a wariatka już nie tańczy

(29.12.06r.)



to nieprawda że jestem cierpliwa a jednak

ukryta na dnie kieszeni
wśród kurzu spinaczy
okruchów codzienności

czekam

czasem zabłądzisz dłonią
ścierając patynę zapomnienia
przytulisz do ust w zapamiętaniu

wiem

bezprawnie wykradam chwile
w stukocie kół próbując dogonić
mgłę nabrzmiałą dotykiem

dlaczego

przestałam już pytać
może kiedyś banalnie spleciemy
obiad na cztery ręce

(31.12.06r.)



nieistnienie

zabrakło czasu
choć wylewają rzeki
użyźniając namułem dni

płyną z ekranu
spadając bezmyślnie na dywan
a pustka bije w dzwon

zimowa wiosna
brakiem jaskółek
maluje mroźnie ściany

gdy zapełnia się dolina królów
cieniami o odsłoniętych twarzach
w mroku pusto u stóp

(08.01.07r.)



niemoc

gdybym tak mogła
w ciepłym wnętrzu
się schronić

czując pulsowanie
wędrować
ścieżkami dłoni

poznać linię życia
spleść w jedno
wśród wydm samotnych

gdybym tak mogła
śmigłą jaskółką
moczary przeskoczyć

by w zmęczonych bursztynach
smutek
był gościem płochym

w sieci ramion
szeptać zdziwiona
patrz klepsydra ma talię osy

(12.02.07r.)



uciekając przed zimą

lubię opowieści
kiedy gestykulując jak chłopiec
dumny z odkrycia

malujesz chmurne wizje
wplatając ukradkowy promień
by zanurkować w baśni

nie wierzyłam że jeszcze jest
roześmiana beztroską
ufnie obejmując postać

a jednak

czyż grzech nie jest względny
gdy podnosimy siebie
malując weronice chustę

a tworząc radosne zmarszczki
w zapamiętaniu zmywamy czułością
szarość samotności

ukrywając zapobiegliwie
bukiety wzajemnych smaków
na wygłodniałe dni

(13.01.07r.)



asamblaż

zamykając powieki rozbudzała
pozwalając by chmury
odeszły za ściany

tylko wtedy
spacerowali roześmiani
łapiąc liście czy płatki w locie
gdzieś między konarami
szukali roziskrzonych świetlików

chybotliwe świece
wydobywały piękno
tańcząc cieniami wokoło
gdy rozpakowane prezenty
lśniły alabastrowo

jakże inaczej smakowały
dania doprawione pocałunkiem
zza pleców
zanurzone w rozmowie
magią czworga rąk otoczone w panierce
budziły nieustający zachwyt

nie wiedziała kiedy
nadchodził szary
wyrwana traciła sens

(16.01.07r.)



ogrodami wspomnień

w bajkowej scenerii
gdzieś pod górskim szczytem
pamiętasz miły
jest miejsce ukryte

w samym centrum izby
płoną smolne szczapy
pamiętasz miła
nikt na nas nie patrzył

grzane wino w kubkach
usta tuż przy skroniach
tęsknię za tym miły
nie chcę byś zapomniał

chyba że amnezja
wśliźnie się nazajutrz
mógłbym zgubić drogę
do twego seraju

(16.01.07r.)



introspekcja

ona nie patrzy na lata
jednakowo rozjaśniając horyzont
niewidocznym otula muślinem

pisze symfonię na cztery ręce
zawieszając roziskrzone lampiony
ciepłem wypełnia kurze łapki

obserwuje zdumiona metryka
fale co zmieniają oblicze
sztormem uderzające we wnętrza
to łagodnością obmywające brzegi

mówią że dodaje skrzydeł
a dla mnie chwyta za pędzel
malując barwne pejzaże

wyschnięta studnia
nabiera wody
kołysząc kusząco żurawiem

(18.01.07r.)



lustrzane odbicie

boże jaka jestem durna
pomyślała przez chwilę
jak nie przymierzając blondynka

zawróciła strumień ku źródłom

kiedyś przed laty wspólnie ją wystrugali
piątą nogę do zdemolowanego stołu
nawet własna zdradziła ją bluzka
a może po prostu nie umiała kłamać

potem to już było lawinowo
rozczarowane życie odwróciło się plecami
wycofując lądolód pozostawiło głazy
w zamian zabierając drabinę

przeciekało dziurawymi dłońmi
wypłukując życiodajną sól
czyż na pustyni wyrośnie zieleń
kiedy tylko kamienie płaczą nocami

zmęczenie postawiło wreszcie tamę

oddając nagie ciało w posiadanie pościeli
jeszcze pisała w myślach wiersz
nocny bękart niepotrzebny nikomu

(16.09.06r.)



ziarenko a uwiera do krwi

mali ludzie
lubią pociągać za sznurki
niedopowiedzenia

owijają w pergamin słów
cierniowe kolce
ciesząc się z pięknego pakunku

beztrosko sieją wiatr
wylewając krokodyle
zszokowani piorunem

(21.09.06r.)



spójrz tęcza kąpie się w kałuży

dziś jest chyba odpowiedni dzień
pobiegnę za białym królikiem
zapominając o szarudze

w gościnie u kapelusznika
będziemy rzucać spojrzeniami
wymowniejszymi niż słowa

wszystkie okoliczne koty
zamruczając godziny
będą się śmiały nie niknąc

a my będziemy tańczyć z flamingami
pośród złotego deszczu liści
kołysząc drzewami ścianami niebem

zauroczona zima przysiądzie na zapiecku
zapominając zmrozić nam serca
dziećmi za dłonie pobiegniemy do bramy

(24.09.06r.)



naga

nie musisz czytać
płyną słowa niepotrzebne
przecież wciąż jestem sobą
niczego więcej nie odkryję

(24.09.06r.)



mur

dlaczego czuję lekceważenie
rozmowa urwana wpół
słowo lub dwa mimochodem

nikt nie robi szerokiego łuku
przechodząc rzucone co słychać
nurt opowieści nie da dojść do głosu

odchodzę w głąb ciszy
tam sama mogę się skrzywdzić
do reszty połamać pióra

(24.09.06r.)



zmienne nastroje

jakiś malarz
pewnie optymista
barwną paletę wziął w ręce
co pomysł mu zaświta
wciąż maluje
więcej i więcej

tu złotem pacnie
tam brązem
zieleń w pomarańcz zmieni
jabłoń zdążyła spąsowieć
schyliła ramiona do ziemi

jeż z liści skrzydła ubiera
odleciały za morza bociany
deszczowe perły na drzewach
ze słońcem nie chcą się bawić

a malarz
jak to artysta
myśl płochą goni po polach
przestał humorem tryskać
i gdzieś paletę swą
schował

(26/27.09.06r.)



moja katarynka

wciąż wracam
gdzie ognisty szaman
tańczy w palenisku

w mroku szmer muzyki
rozprasza smutki
pod jemiołą sięgają ust usta

niepotrzebne dłoniom słowa
dotyk przekazuje najskrytsze
drewniane bale bronią chwili

wciąż wracam
gdzie ognisty szaman
ciepłą magią daje nam siebie

(29.09.06r.)



Lidia Kowalczyk (amandalea)



Data dodania:
Komentarze