|
pustynny krajobraz
prosiła wiele razy daj cząstkę
jedną maleńką chwilę
bezdumnie żebrząc o uśmiech
szal ciepłych słów
znużony odwracał głowę
nie rozumiejąc głodu
wolał wyjść gwiezdnymi wrotami
grodząc nędzarkę siódmym elementem
czasem sucho beznamiętnie
uderzał błyskawicą
usypiając nim zadrżały płatki
zroszone deszczem
(21.01.07r.)
niedorzeczne
przyszedł z wiatrem
odbierając jasność myślenia
przewiercał źrenice
cichnąc na chwilę
pod przymkniętą powieką
uderzał w dwójnasób na widok światła
nie chciał przeminąć
wsłuchany w zaokienne wycie
wybijał senne zakusy
gdybym tylko mogła
w mateczniku ramion
znaleźć schronienie
(21.01.07r.)
woal uśmiechu
pragnęłam zatrzymać
uciekające sekundy
kumulując w opuszkach
zapach skóry
feerią barw na błonie
zakwitała noc
rozjaśniana
ogniami kastora i polluksa
płynęliśmy
podrywając do lotu ptaki
krzykiem wplątanym w ciszę
gdy grzywacze rwały brzegi
by z niechęcią podążyć
za uciekającymi drzewami
w półmroku tańczący uśmiech
budzi zdziwienie przedziału
(22.01.07r.)
musisz iść miła
choć pierzchną usta
od słonej bryzy
i schną maki słów
w ciszy kryjąc twarz
przecież wiesz
burza zerwałaby parce przędzę
więc w milczeniu otworzę żyły
napełniając kielich
zrozum
nie mogę zamykać
horyzontu twojego dnia
lecz zawsze będę matecznikiem
a wykradając sekundy
rozpalę ognisko u źródeł delty
poszukując perłowych łez
przesyconych twoim pragnieniem
(24.01.07r.)
w oplotach splinu
zmęczenie zmniejsza odporność
wirusy niezrozumienia
atakują brzęczącym rojem
a przecież wczoraj
ledwie kilka chwil temu
osiadały drobinami kurzu
febra rozbiera z dumy
i na nic chinina dobrych słów
gdy płyną gdzieś z oddali
choć niosą znajomy smak
spływającej wąwozem kropli rosy
gdy ciepło łona otulało snem
czy można wskrzesić
kiedy zaciskają się wnyki
w cieniu wieży babel
(25.01.07r.)
przed środą
słyszysz
pukają po nocach
otwierając szerzej powieki
tak wiem
dzień napina struny
wyolbrzymiając krzywizny
nie mogę trzymać na dłoni
otoczony zasiekami
wspominam gasząc pragnienie
i ja ukrywam
choć zimne wieczory
przywołują nieliczne chwile
wybacz
zaplątany w sieci
nie uwolni się delfin
ależ nie
o każdej porze karnawał
gdy tworzymy barwne bukiety
(26.01.07r.)
zaproszenie
choć kłopotów zmartwień tysiąc
chociaż smutkiem ciąży dusza
ty na skrzydłach marzeń przybądź
aby bajki miłej słuchać
w gęstym lesie gdzieś pomiędzy
wiedzie ścieżka pełna czarów
co prowadzi szlakiem tęsknym
ku polanie co na skraju
i już nie wiesz czy fantazja
to jest tylko pełna ciepła
ale nie chcesz więcej płakać
od problemów dzieli przepaść
oplot ramion zwinne palce
milcząc mówią usta czułe
każdy gest ma wiele znaczeń
już nie czekaj na nic dłużej
wiatr co tyle hula w świecie
cicho przysiadł na gałęzi
żeby wszystko widzieć lepiej
miast bezmyślnie dalej pędzić
więc zapomnij na chwil kilka
popuść wodze w mig fantazji
nie daj szczęściu się omijać
nie musimy być wciąż sami
(27.01.07r.)
szeptem
jeśli pozwolisz
zaplotę wianek na głowie
zbliżając czarę do ust
delikatnie wznosząc toast
w rozpalonym tyglu
ogrzejesz twarz
wsłuchany w narastający szmer
będziesz sączył
smakując językiem każdą kroplę
aż przemówię
rzucając nieznane zaklęcia
w zderzeniu z nieboskłonem
(28.01.07r.)
nie tylko król jest nagi
myślisz
jesteś beznadziejna
jak zapłakany horyzont
rozumiesz
piękno czy brzydota
czym innym tęcza dla fizyka
więc dlaczego
nie podstawisz im lustra
przed wydaniem werdyktu
własnoręcznie obnażona
nie pragniesz wieńca laurowego
wiedząc wszyscy jesteśmy ułomni
(07.12.06r.)
antykwariat
wciąż na segmencie
stoi świeca z różą
w celofanowej sukience
chiński smok z Krakowa
nasłuchuje nocami kroków
ziejąc wspomnieniami
niekiedy
spomiędzy książek
wysunie się folder
oprowadzając po królestwie soli
zapomniany bilet
błyśnie łuską czarnego pstrąga
zawilgacając powieki
czasami
otwierasz drzwi
wnosząc górski powiew
i roztańczone płomienie
(08.12.06r.)
noc
nie śpię
zegar najspokojniej w świecie
rozgarnia czas
cisza
rozsiadła się na powiekach
wystukując słone s o s
pulsują skronie
w rytm rozbieganych myśli
wysysając chęć na jutro
nie śpię
ugrzeczniona pościel
zbielała zduszając pragnienia
(23.11.06.)
tylko słoń nie widzi jak krucha jest porcelana
na starym płótnie,
mistrz rubens utrwalił
płomienie, co zda się
trawią piękne ciało.
łagodną falą
spływając ku stopom,
ponętne kształty
osłaniają mało.
w półcieniu, lico
skrywa uczuć wiele,
nie wiesz, czy żona,
czyli też kochanka
w samotność, weną
wkroczyć dziś zechciała,
aby ukoić
poszarpane serce.
(26.11.06r.)
niezmienność
to nie twoja wina
zmęczenie zgina kark
sypiąc solą pod powieki
jestem monotematyczna
w głowie tupie jedna myśl
krążąc kometą
w zagłębieniu ramienia
otulona ciepłym zapachem
zapomnieć o tym co poza
niechby strumieniem szemrały
pozwalając uwierzyć
w piękno ogrodów semiramidy
w zamian
ukołysany nad brzegami
śniłbyś spełnienie na jawie
(29.11.06r.)
niedosyt
przerzucam stronę po stronie
szukając śladu słów
słonecznej bryzy
mlekiem rozlana noc
odbiera sen
nie wplotłeś promienia
obojętne wskazówki
sącząc kolejne krople
przyprószają śniegiem
zapisany
na dnie źrenicy
kadr niemego filmu
(30.11.06.)
gdy w pokoju wyrasta puszcza
przesuwasz dłonią
lekkim łukiem
zgłębiając linię podziału
wilgotne ciepło
deszczowego lasu
rozkwita orchideą
rozgarniając językiem
wzbierające fale
sprowadzasz w niebyt
(09.12.06r.)
panna nikt
to nieprawda że świat jest barwny
dawno pogasły motyle
zabierając okruchy tęczy
kolejna twarz
marszczy lustro w niby uśmiechu
tuszując szerzącą się plagę
szarańcza pochłania partery
zimne stopy kaleczą myśli
biegnąc sizalową ścieżką
od niechcenia ścieram słoną strużkę
(10.12.06r.)
jak to jest
powtarzał jesteś piękna
w lustrze namiętnych oczu
gdy moje wciąż szeptało
niepewność dając poczuć
przepływał wycieraczkę
drzwi już otworem stały
a kiedy usta topił
świat zdawał się być małym
wtulony w obojczyka
bezpieczne zagłębienie
zapachem plaży mamił
fal morskich ukojeniem
lecz to przecież nie bajka
piach w klepsydrze niknął
szmerem tańczył we włosach
jesteś mi bardzo bliską
(10.12.06r.)
niepokorna
nie lubię gdy milczysz
całkiem jak drzewa przed burzą
udając że ich nie ma
szukam zajętych minut
prześcigając się w wymyślaniu
niszczę obrazy próbując od nowa
uściślić horyzont
przebieram w słowach
oddzielając popiół
dotyka brak wróżki
zapętlona w ciszy
biegnę bezdrożami
wersów
nie chcę czekać
(16.12.06r.)
rozbłyski
ominęły nas pokoje hotelowe
wschody słońca
całujące w obcych ścianach
czasem zachód
rozpalone chłodzi ciała
by pospieszyć z nadchodzącym mrokiem
częściej pustka
gasi uśmiech ze zmęczeniem
gdy kłopoty rozsiadają się jak w gościach
więc choć płyną
poszarpane słowa
trudno wiary czy nadziei szukać
zanurzeni gdzieś pomiędzy w codzienności
w kropli nocy
zatapiając mgnienia wspomnień
w drżeniu głosu
odnajdziemy zagubiony wątek
pragnąc szczęścia wspólne chwile mnożyć
(18.12.06r.)
preludium
delikatne zmarszczki
głaskały płowiejący horyzont
rozdarty krzykiem krwawił świt
wsączając się przez okna
nie spałeś licząc kręgi
w leniwej wędrówce
płosząc senne motyle
ciepłem ust
bez pośpiechu
tuliliśmy poranek
chwytając jaskółki
nim dzień odejdzie jak kot
(26.12.06r.)
o krok od
ścinali naznaczone iksem
prześwietlając wybiórczo
zgodnym zespołem
okorowali pozbawiając złudzeń
czasem ze złością wyciągali drzazgi
czyniąc solenne postanowienia
orzeczono nie da się zaszczepić
mocując poprzecznie ramiona
nie wiją gniazd ptaki
gdy braknie parawanu liści
tuż obok lady pank
mniej niż zero
a wariatka już nie tańczy
(29.12.06r.)
to nieprawda że jestem cierpliwa a jednak
ukryta na dnie kieszeni
wśród kurzu spinaczy
okruchów codzienności
czekam
czasem zabłądzisz dłonią
ścierając patynę zapomnienia
przytulisz do ust w zapamiętaniu
wiem
bezprawnie wykradam chwile
w stukocie kół próbując dogonić
mgłę nabrzmiałą dotykiem
dlaczego
przestałam już pytać
może kiedyś banalnie spleciemy
obiad na cztery ręce
(31.12.06r.)
nieistnienie
zabrakło czasu
choć wylewają rzeki
użyźniając namułem dni
płyną z ekranu
spadając bezmyślnie na dywan
a pustka bije w dzwon
zimowa wiosna
brakiem jaskółek
maluje mroźnie ściany
gdy zapełnia się dolina królów
cieniami o odsłoniętych twarzach
w mroku pusto u stóp
(08.01.07r.)
niemoc
gdybym tak mogła
w ciepłym wnętrzu
się schronić
czując pulsowanie
wędrować
ścieżkami dłoni
poznać linię życia
spleść w jedno
wśród wydm samotnych
gdybym tak mogła
śmigłą jaskółką
moczary przeskoczyć
by w zmęczonych bursztynach
smutek
był gościem płochym
w sieci ramion
szeptać zdziwiona
patrz klepsydra ma talię osy
(12.02.07r.)
uciekając przed zimą
lubię opowieści
kiedy gestykulując jak chłopiec
dumny z odkrycia
malujesz chmurne wizje
wplatając ukradkowy promień
by zanurkować w baśni
nie wierzyłam że jeszcze jest
roześmiana beztroską
ufnie obejmując postać
a jednak
czyż grzech nie jest względny
gdy podnosimy siebie
malując weronice chustę
a tworząc radosne zmarszczki
w zapamiętaniu zmywamy czułością
szarość samotności
ukrywając zapobiegliwie
bukiety wzajemnych smaków
na wygłodniałe dni
(13.01.07r.)
asamblaż
zamykając powieki rozbudzała
pozwalając by chmury
odeszły za ściany
tylko wtedy
spacerowali roześmiani
łapiąc liście czy płatki w locie
gdzieś między konarami
szukali roziskrzonych świetlików
chybotliwe świece
wydobywały piękno
tańcząc cieniami wokoło
gdy rozpakowane prezenty
lśniły alabastrowo
jakże inaczej smakowały
dania doprawione pocałunkiem
zza pleców
zanurzone w rozmowie
magią czworga rąk otoczone w panierce
budziły nieustający zachwyt
nie wiedziała kiedy
nadchodził szary
wyrwana traciła sens
(16.01.07r.)
ogrodami wspomnień
w bajkowej scenerii
gdzieś pod górskim szczytem
pamiętasz miły
jest miejsce ukryte
w samym centrum izby
płoną smolne szczapy
pamiętasz miła
nikt na nas nie patrzył
grzane wino w kubkach
usta tuż przy skroniach
tęsknię za tym miły
nie chcę byś zapomniał
chyba że amnezja
wśliźnie się nazajutrz
mógłbym zgubić drogę
do twego seraju
(16.01.07r.)
introspekcja
ona nie patrzy na lata
jednakowo rozjaśniając horyzont
niewidocznym otula muślinem
pisze symfonię na cztery ręce
zawieszając roziskrzone lampiony
ciepłem wypełnia kurze łapki
obserwuje zdumiona metryka
fale co zmieniają oblicze
sztormem uderzające we wnętrza
to łagodnością obmywające brzegi
mówią że dodaje skrzydeł
a dla mnie chwyta za pędzel
malując barwne pejzaże
wyschnięta studnia
nabiera wody
kołysząc kusząco żurawiem
(18.01.07r.)
lustrzane odbicie
boże jaka jestem durna
pomyślała przez chwilę
jak nie przymierzając blondynka
zawróciła strumień ku źródłom
kiedyś przed laty wspólnie ją wystrugali
piątą nogę do zdemolowanego stołu
nawet własna zdradziła ją bluzka
a może po prostu nie umiała kłamać
potem to już było lawinowo
rozczarowane życie odwróciło się plecami
wycofując lądolód pozostawiło głazy
w zamian zabierając drabinę
przeciekało dziurawymi dłońmi
wypłukując życiodajną sól
czyż na pustyni wyrośnie zieleń
kiedy tylko kamienie płaczą nocami
zmęczenie postawiło wreszcie tamę
oddając nagie ciało w posiadanie pościeli
jeszcze pisała w myślach wiersz
nocny bękart niepotrzebny nikomu
(16.09.06r.)
ziarenko a uwiera do krwi
mali ludzie
lubią pociągać za sznurki
niedopowiedzenia
owijają w pergamin słów
cierniowe kolce
ciesząc się z pięknego pakunku
beztrosko sieją wiatr
wylewając krokodyle
zszokowani piorunem
(21.09.06r.)
spójrz tęcza kąpie się w kałuży
dziś jest chyba odpowiedni dzień
pobiegnę za białym królikiem
zapominając o szarudze
w gościnie u kapelusznika
będziemy rzucać spojrzeniami
wymowniejszymi niż słowa
wszystkie okoliczne koty
zamruczając godziny
będą się śmiały nie niknąc
a my będziemy tańczyć z flamingami
pośród złotego deszczu liści
kołysząc drzewami ścianami niebem
zauroczona zima przysiądzie na zapiecku
zapominając zmrozić nam serca
dziećmi za dłonie pobiegniemy do bramy
(24.09.06r.)
naga
nie musisz czytać
płyną słowa niepotrzebne
przecież wciąż jestem sobą
niczego więcej nie odkryję
(24.09.06r.)
mur
dlaczego czuję lekceważenie
rozmowa urwana wpół
słowo lub dwa mimochodem
nikt nie robi szerokiego łuku
przechodząc rzucone co słychać
nurt opowieści nie da dojść do głosu
odchodzę w głąb ciszy
tam sama mogę się skrzywdzić
do reszty połamać pióra
(24.09.06r.)
zmienne nastroje
jakiś malarz
pewnie optymista
barwną paletę wziął w ręce
co pomysł mu zaświta
wciąż maluje
więcej i więcej
tu złotem pacnie
tam brązem
zieleń w pomarańcz zmieni
jabłoń zdążyła spąsowieć
schyliła ramiona do ziemi
jeż z liści skrzydła ubiera
odleciały za morza bociany
deszczowe perły na drzewach
ze słońcem nie chcą się bawić
a malarz
jak to artysta
myśl płochą goni po polach
przestał humorem tryskać
i gdzieś paletę swą
schował
(26/27.09.06r.)
moja katarynka
wciąż wracam
gdzie ognisty szaman
tańczy w palenisku
w mroku szmer muzyki
rozprasza smutki
pod jemiołą sięgają ust usta
niepotrzebne dłoniom słowa
dotyk przekazuje najskrytsze
drewniane bale bronią chwili
wciąż wracam
gdzie ognisty szaman
ciepłą magią daje nam siebie
(29.09.06r.)
Lidia Kowalczyk (amandalea)
Data dodania:
Komentarze

|