Lidia Kowalczyk (amandalea)      Info o Autorce

schwytać wiatr

dla ciebie krzyk nocy
choć usnął puchacz
i sosny tańczą leciutko

tną powietrze śmigła
gdy język poznaje tajemnice
rozgrzanego ciała

w tej jednej chwili
z blaskiem uśmiechu
wzlatują latawce

chowając się między piórami
szybują ku ciepłym krajom
na kolana rzucając smutki

gdyby tak wróciły
pukając głośno
pod żaglami płynąłby okręt

(30.07.06r.)



bez parasolki i rękawiczek

dama już jest z niej wiekowa
od rana dzień prześpi cały
czasami w szwach pęka głowa
gdy psoci jak dzieciak mały

na szafce kurz sprawdzi łapką
kolana są niczym hamak
niewinnie mi w oczy patrząc
ze stołu wciąż kwiatki zwala

a kiedy noc do drzwi puka
w oknach światła gasną w końcu
wokół cisza leży głucha
w ciemnościach mruczy pokój

(30.07.06r.)



mówią że kocha swoje dzieci

coraz częściej gaśnie
odbierając chęć do życia
z pustymi dłońmi

szarzeją szyby
gubiąc paletę barw
a noc nie ma końca

jak potępieńcze duchy
snują się myśli
przeliczając lata

wciąż wychodzą chude
niezgodnie z prawem siódemki
kradnąc resztki ciepła

tak trudno rozniecić
gdy zamiast strumienia
spada jedna kropla

(01.08.06r.)



nieopierzona

czy wzleci w błękit
trzepocząc z zaangażowaniem

podpatruje jaskółki
gdy przecinają kolejną chmurę
niosąc zielony uśmiech

spogląda jak w klucz
zaplątane tęsknoty
podróżują ku słońcu

nawet martwe latawce
budzą zazdrość tańcząc na nitce
w objęciach wiatru

na pustej pięciolinii drutów
tka pajęczynę smutek
skraplając się perliście

patrzy na nieudolne próby
pióra zostały w jego dłoniach

(03.08.06r.)



uchylając zasłony

w moich myślach stoisz za krzesłem
drzemiący na monitorze kot
uśmiecha się pogodnie

wskazówki rozpinają sieć
przeplatając sekundy minuty godziny
trwa niema projekcja

znieruchomiał cień
wpatrzony jak w dłoniach zmęczona bryła
nabiera kształtów lśniąc alabastrowo

trącona ciekawskim językiem
rozbłysła perła mlecznej drogi
kwiat paproci ukryty wśród ścian

w moich myślach nie odchodzisz
w cieple ramion
pisząc kolejny dzień

(04.08.06r.)



mokre czułości

a gdyby tak
rozwiesić krople deszczu
na pajęczynie słów

rozkołysane oddechem
dzwoniąc cichutko
siadałyby pieszczotą na ustach

spływały na język
kusząc twoim smakiem
zapamiętanym z wczoraj

a gdyby tak
wpleść między nitki
by przylegały ciasno jak dłonie

gdy suną powoli
z ciekawością odkrywcy
budząc z uśpienia

dreszczem co ciepło
rozpływa się po końce
słyszysz trzepot piór

(05.08.06r.)



przekroczyłam tabu by utonąć

opadło wieko
nikt nie przytrzymał
połamane bolą paznokcie

jeszcze tylko trochę
uwiera rezygnacja
piecze zgaszony knot

opowiadam bajki
wyobcowana z siebie
zapominam języka

sięgałam jabłoni
kapały soczyście usta
nie byłeś adamem

(15.07.06r.)



sipylos

jeszcze wczoraj
niecierpliwie biegłam
księżycowym pomostem
chwytając ważki słów

wiedziałam
jesteś kryjąc tęsknotę
szykujesz kosz pięknych chwil

ognisty szaman tańczył
rozświetlając zmęczone źrenice
jemioła błogosławiła ustom

spod kontroli wymknęła się nadzieja
rozpalając tysiące marzeń
pomagała brnąć w codzienność

dzisiaj nad ranem
zderzyłam się z piorunem
wypalając wnętrze rozrzucił popioły
ból założył obrączkę samotności

(16.07.06r.)



brak fatamorgany

jutro skończone wczoraj
dzisiaj rzeźbi piaskowa burza
wilczego wiatru słucham
nikt mnie nie schowa

(17.07.06r.)



odległy zachód

nie chodzę nad odrę
brak marynarki
przenika chłodem

samotnie kąpie się słońce
spływając krwią
odbija obce twarze

pamiętasz

w półmroku kamieniczek
wiatr czytał nam z ust
kradnąc słowa

na szczęście
trzymałeś koniczynę dłoni
zapalając gwiazdy

nocą splotły się cienie

(17.07.06r.)



chcę wierzyć

stanęła na progu
okryta płowym płaszczem
w zwiewnych koronkach

nikły płomień
trzymany w dłoniach
patrzył jak sięgała

odrzucony wielokrotnie
pozwoliłem

ja miś z urwanym uchem
wdeptany w ziemię
ojciec naszych dzieci

oślepłem ponownie
rezygnując w imię
usuwam spod ręki kamienie

(21.07.06r.)



przekonać o słuszności

jestem zadowolony
znowu mam dom
to nic że z kart

one się cieszą
patrząc spod oka
na wypady we dwoje

ramionami do ziemi
przygniata codzienność
nic nie powiem

ocalę kamienowane serce
milczeniem zasypując
piargi

nic nie sprowadzi mnie ze ścieżki
zrywając kładkę ku tęczy
postawiłem na kierat przeszłości

(22.07.06r.)



historia w kamieniu zaklęta

w starych ruinach mieszka tajemnica
o tych co byli tutaj przed wiekami
nocą czasami wycie wiatru słychać
kiedy z duchami zaczyna się bawić

przeszłość ponura wypełza z kamieni
błyszczą złowieszczo puste oczodoły
tego co było choćbyś chciał nie zmienisz
rdzawy dziedziniec nie przestaje trwożyć

kiedyś gdy pana nie stało przed laty
spokój mieszkańców okrutnie przerwano
nikt nie ocalał i cud się nie zdarzył
mury zaświadczą gasła młodość starość

dzisiaj te dzieje trawą porośnięte
tylko uważny odnajdzie wędrowiec
wtedy być może opowie coś więcej
bo co ma mówić fantazja podpowie

(01.07.06r.)



miernota

nawet maski założyć nie potrafi
by z pełnym uśmiechem mijać prawdę
na skrzyżowaniu na pewno trafi w ślepy zaułek
uderzając głową w kamienice zapłacze nad gwiazdami
co tylko w oczach pełnych chmur
podda się nim trener rzuci ręcznikiem

idąc chodnikiem zedrze kolana kaleka bez łokci
uderzona kamykiem jak szyba w samochodzie
drobnym makiem wpada w szczeliny klejona maleje
nie gra w karty choć ani tu ani tu nie ma szczęścia
gubiąc kolejne liście traci resztki wiary
wszakże nie można dotknąć słów

nie jest w stanie kwitnąć bez współudziału ust
rysujących mapy szeptu pieczętującego pewność
ukąszona odrzuceniem introwertycznie znika
zatrzaskując drzwi zapodziewa klucze
czekając albo i nie patrzy na porastające perzem gruzy
krzyczy zaciśniętą krtanią przecież mogłaby zranić

(01.07.06r.)



echa przeszłości

wznoszą się mury na piaskowej skale
czasem wędrowców tuląc w swych objęciach
rąbek uchylą tajemnicy starej
którą niewielu dzisiaj już pamięta

w mrocznych podziemiach kiedyś przed wiekami
panna niejedna wypłakała oczy
kiedy w komnatach właściciel się bawił
w celi zamkniętą strach jak robak toczył

niecnie wyrwana spod ojcowskiej strzechy
losu niepewna czekała co będzie
zamiast rodziców zaradnością cieszyć
boga prosiła by nie cierpieć więcej

różne tu fakty spisane w podaniach
jedno jest pewne gdy wybija północ
orszak ponury na dziedziniec wkracza
puszczyk na wieży pohukuje głucho

(07.07.06r.)



w podziemnej krainie

w skale wykute mroczne korytarze
wiodą w podziemia kręte nieprzebyte
śladów szukając niegdysiejszych zdarzeń
wiele historii w mroku da się słyszeć

w niskich komorach srebro wydobywał
gwarek w milczeniu nasłuchując trzasku
stempli co strzegły strudzonego życia
szeptem ty siebie przed zawałem ratuj

woda jak kiedyś spływa ciemną sztolnią
chłodne powietrze wnika przez odzienie
cienie turystów przepowiednię goniąc
w ścianę pukają by nie zostać leniem

stary przewodnik niczym skarbnik z brodą
gdzieś zza pazuchy wyciąga legendy
wzrokiem wesołym po słuchaczach tocząc
ciepło zaprasza żeby go odwiedzić

(08.07.06r.)



zatruta studnia

odejść
dokąd
brak skrzydeł
obola
zawalidroga

gdzie jest
ta
woda

(08.07.06r.)



żaba

w pustosłowiu zaklęta
jak pragną monarchowie
nie można jej pamiętać
tak jak mrugnięcia powiek

(09.07.06r.)



zamglony ból

z tych zamków miły
wiesz tych na piaskach
zostały ruiny
kamienie nie do spania
zbierają krople
by nocą płakać

te zamki miły
wiesz te na lodzie
wody się opiły
leżąc pod lustra spodem
krzyżem porosły
musiały odejść

ciężko bez marzeń
lód serce skuwa
pod powieką zamieć
daremnie życia szukać
bezsenną nocą
ginę na gruzach

(10.07.06r.)



niedokończona legenda

w leśnym ostępie daleko od drogi
wznoszą się mury zielenią okryte
pomiędzy nimi z wiatrem można gonić
czasem podanie ciekawe usłyszeć

gdy noc swą suknię brokatem usianą
w piękne draperie na niebie układa
księżyc uważnie dookoła patrząc
siada na baszcie jak strażnik na czatach

ożywa zamek tętent na podwórcu
podnosi wrzawę to posłaniec przybył
z ponurą wieścią o wrogu co wyzuć
z majątku pragnie przy użyciu siły

a pana nie ma w zamorskich podróżach
w olbrzymim gmachu płacz słychać lamenty
nadzieja wszelka mieszkańców opuszcza
nie znają rady by inwazję przeżyć

ponure chmury przysłaniają lico
młodej kobiety co bieży z dzieciątkiem
zamilkły krzyki mrok okrywa wszystko
nikną w oddali dwie postacie wątłe

(01.07.06r.)



wyrwać korzeń po korzeniu

zdusić nim wyda pierwszy krzyk
tu nie miejsce ani czas
na sentymenty
rwie się to skręcić kark
jej los jest wszak przeklęty

(30.06.06r.)



kilka pociągnięć pędzlem

nad pastwiskami ściele się wieczorna
mgła co horyzont przed wzrokiem ukrywa
za wierzchołkami dzień zaczyna konać
szukając blasku w poszarzałych szybach

cicho do okien pukają gałęzie
świerszcz co pod gankiem przysiadł na chwil parę
strojąc skrzypeczki do melodii tęsknej
ku mrocznej izbie nie przestaje patrzeć

zimnem odstrasza wygasły kominek
pod kocią łapą zatrzeszczały klepki
przy pustym stole fotel się kołysze
jakby wciąż czekał pary kroków spiesznych

nikt nie nadchodzi rozpuściła włosy
brzoza co rosła tuż przy polnej drodze
jak gdyby chciała zielenią odgrodzić
od wzbierającej smutkiem nocy chłodnej

(29.06.06r.)



miało być pozytywnie

chciałabym myśli w piękne ubrać słowa
by ścieżką wspomnień gdy kwitła nadzieja
móc z tobą miły pod rękę wędrować
na uśmiech losu jeszcze raz poczekać

chociaż upalny czerwiec za oknami
lepkie powietrze tuli się do ciała
to nie przestają chmury się gromadzić
nad moim domem choćbym się wzbraniała

trudnych wyborów przyszło nam dokonać
nie ma już marzeń zbutwiała nadzieja
przed dniem jutrzejszym dominuje trwoga
nie mamy siły w dłonie dzień nawlekać

bezsenną nocą znowu zagubieni
w odległych nieba obcych galaktykach
na swoją modłę popadamy w niebyt
że piszę smutno czytelniku wybacz

(28.06.06r.)



papilio

jak wiele znaczeń może mieć motyl ile budzić emocji
zrzucając szary oprzęd pokazuje swój urok
z lekkością primabaleriny wdzięcząc się do kwiatów
rozpościera paletę barw
nietrwały jak śnieg w ciepłych dłoniach ginie strzepnięty
gdy one ukrywają się w rękawiczkach tych samych co wczoraj

trąci banałem wplatany w wiersze choć kusi zwiewnością
letniej sukienki co z każdym krokiem śmielej łasi się do nóg
promieniejąc w słonecznej smudze niczym kolorowy żagiel
płynie ponad zielenią budząc mieszane uczucia
kiedy zaplątany w sieci traci z wolna życie
poszarzały jak twarz bez uśmiechu

(27.06.06r.)



na początku było słowo a potem ukradli ararat

pamiętam kawę na tarasie w porannym słońcu
śpiewały ptaki śmiesznie przekrzywiając łebki
pytałeś czy nie jest mi chłodno
wcześniej zamorskie drzewa otulały mikroklimatem
znak zakazu jak mówiłeś stracił ważność

jabłecznik na gorąco wyglądał tak apetycznie
gdy znikał w rozchylonych ustach
a oczy błyszczały odległymi galaktykami dodając blasku
opowiadanym z zapałem historiom
słuchałam nie było ostrzeżenia

niczym latawce wznieśliśmy się pod chmury
świadomie czy nie jak na pustyni odsłoniłeś oczy
wiodąc w głąb ogrodu rozrysowywałeś na skórze ścieżki
odkrywając przede mną smak czułości wtulonej w ramiona
jak motyl żyłam krótko

(25.06.06r.)



powrót do krainy cieni

odciąłeś pępowinę dłoni
zabierając pewność siebie
zgubiłam drogę

coraz wolniej płynie
zmrożona brakiem czułości
zapadam

w bezsenną noc płoną tęczówki
martwe o poranku
poznaczone wokół bruzdami

unieruchomiona bolesną siecią
wysysana bezuczuciem
nie czekam jutra

(24/25.06.06r.)



na bocznicy

zawsze lubiła czytać reportaże z podróży
być w miejscach do których nigdy nie dotrze
chłonąc piękno krajobrazu
przemierzała ścieżki wśród kosodrzewiny

dorastała wrośnięta w przedmieścia
wypatrując bocianów nad łąkami
nie było oczepin gdy oberwanie chmury zalało światła
sakramentalne tak rozmyło się w blasku świec

zamieniła przedmieścia na widok z hałdami
ściskając głowę gdy halny wpadał bramą morawską
nie zapuściła korzeni wciąż uciekając przed pogonią
wartość spadała poniżej wektora

miasto przyjęło ją otwartymi ramionami ulic
przedmieścia przesunęły rogatki i tylko bocianów szkoda
chciała patrzeć z zachwytem oczami roziskrzonego miodu
wędrując brukiem w cieniu historii górskimi szlakami

wierzbą rozpuściła rzęsy rozsiewając perły
wysłuchuje opowieści o zachodzie słońca
kołysanym w rytmie fal przyboju
księżycu co turniom legendy opowiada

(17.06.06r.)



pseudopocieszanka

minę nietęgą masz coś dziś od rana
mimo pogody nad wyraz słonecznej
siedzisz skwaszona chciałabyś popłakać
co rusz myślami gdzieś daleko biegniesz

to jest silniejsze nad rozum rozsądek
daj spokój mała powstrzymaj marzenia
bo możesz przerwać nić osnowy wątłej
a wtedy będziesz na próżno wciąż czekać

bierz te sekundy co daje ci życie
nie pytaj o nic kryjąc się w ramionach
przecież nie musisz bicia serca słyszeć
nic już nie zmienisz przestałabyś szlochać

(15.06.06r.)



orzeczenie

lipiec tamtego roku był gorący i zieleniała trawa
słońce srebrzyło skrzydła a pszczoły uśpiły czujność
pod czarcim kopytem szaman w rytualnym tańcu
lizał nam twarze rozjaśniając oczy pod ukrytą jemiołą

jakby to było pierwszy raz nigdy wcześniej nikt
w zapachu ziół płynęła rzewna melodia rozgrzewając
coraz śmielej biły zagubione w samotności nie przeczuwając
bo i jak gdy w ciemnej izbie lśniła tęcza

mogłabym no właśnie co skoro chwytałam chwile
nie widząc dziur omijając szerokim szalę twojej przeszłości
gdy wyciągnęła dłoń odszedłeś by tańczyć jak kiedyś
parkiet wciąż uwielbia wasze kroki

dziś słyszałam puszczyka w uzasadnieniu powiedział
kłusownikiem trzeba się urodzić wtedy spiżarnia pełna
czerwiec tego roku odnotuje wzrost zasolenia
zapisując ostrymi kryształkami nowy rozdział

(24.06.06r.)



apatycznie

nie pobiegnę więcej
choć nogi same się rwą
by przegonić myśli

nieposłuszne oczy
wciąż wypatrują
szepcząc napisz

przestawiam książki
stwierdzając zdumiona
znów trzymam telefon

nie pomogą bajpasy
choć ból wiąże gordyjski wiesz
zamglony świat jest słony

(22.06.06r.)



kapitan schodzi ostatni

jej maleńką apokalipsę rozpoczęło lato
schylające się po wrzosy
nie wtedy jeszcze nie wiedziała wpatrzona
w purpurę na wierzchołkach

chwytając tiulowe nitki chciała utkać przyszłość
z poranną rosą półmiskiem ust
wypełnionym ciepłym słowem
pod baldachimem upiętym księżycową kameą

ot romantyczka

gdy nadeszła pora międlenia dojrzała pękający strop
wsparty na świeżych podstawach chybotał niebezpiecznie
choć jak to laikowi wydawało się że starczy tylko
trochę czułych dotknięć by zmienić w tęczową mozaikę

z każdym ziarenkiem coraz widoczniejsza była ruina
a jednak nie potrafiła odejść wciąż widząc tamtą alejkę
chociaż wirowały białe puszki osiadając kotkami na wierzbie
i prócz szkieletu nie zostało nic trzymała się kurczowo

ot paranoja

(21.06.06r.)



Lidia Kowalczyk (amandalea)



Data dodania:
Komentarze