|
LĘK PRZESTRZENI
* * *
Obserwuję twoją twarz
na powierzchni nocy
jest ucieczką
gdzie nie ma już nic
prócz westchnienia powiek
a mówiłeś o nocnych wulkanach
o wodospadach
o bezsenności jak złotej rzece
tymczasem lękasz się gwiazd
przylgniętych do twych oczu
i spadającej w głąb ciebie
ciemności
* * *
Którąkolwiek jesteś
zawsze gdy nocą
jak księżyc złocista
w mgławym świetle
otwierasz przede mną
swą czułą przestrzeń
wiem że nie powinienem
słyszę wtedy niespokojne kroki
osamotnionych kobiet
płacz dzieci wzywające ojców
i drzewa jakby wpół rozcięte
a jednak kładę
rozpalone liście
na twym smagłym ciele
i wpływam w twą
słojowatą głębię
pozostawiając odrobinę nadziei
na wypełnienie świata
którąkolwiek jesteś
zawsze gdy nocą rozchylasz
łabędzie skrzydła nóg
i z gorącym pożądaniem
wchłaniasz mnie swą małżą
wiem że nie powinienem
widzę wtedy korowody kobiet
przeklinające tych co wezwali
ich synów do walki
przeklinające ich ojców
za nieludzkie decyzje
a jednak ustami spływam
z twych tańczących bioder
i wtapiam się w ciebie
pozostawiając odrobinę nadziei
na lepszy świat
na życie wypełnione szczęściem
i widzę wiatr składający nasiona
w czarnym łonie ziemi
skąd tryskają kwiaty
i nagle rozumiem
dlaczego powinienem
dlaczego powinienem cię
kochać
* * *
Idzie jesień
nad polami mgła zawisła
czarne chmury już rozbiegły się po niebie
słońce blade już nie zwróci
kwiatom życia
spadły liście
jakoś smutno szumią drzewa
pustą drogą
wiatr zaciera czyjeś ślady
ktoś pochylił się
i zgarnął w dłonie liście
jakby ujrzał pośród nich
zgubione słowa
które niegdyś uleciały gdzieś
z młodością
CZŁOWIEK TRAGICZNY ALBO KWIAT UWIKŁANY
RZEKĄ BYĆ I UMRZEĆ W RZECE
Słyszysz
oni wschodzą w nas jak my w nich
nie mamy wyboru
ich głosy słychać wszędzie
i my w nich mamy swoje własne racje
nasze małe zamiary giną
pod ich ciężkimi mozolnymi krokami
to bolesne
ale i oni szukają swoich miejsc i dróg
a my
czyż nie depczemy ich wewnętrznych ścieżek
nie mącimy ich intymnych źródeł
jeszcze nie umiemy łagodnie dzielić świata na wszystkich
w korytarzach wydrążonych przez lęk
trwa jeszcze bezsenność
i chorzy wstajemy
bliżsi, dalsi sobie
goni nas wszystko
i my gonimy
przestrzenie odległe
kurczące się wyspy
ta rzeka paruje
nic nas nie uchroni
słowo jak modlitwa nie leczy
zabija
i wstajemy rano myśląc o tym wiecznie
i biegniemy do siebie jak ze snu
WNĘTRZNOŚCI
I
... i tylko korytarze
w których pozostawiłeś odrobinę serca
dyszą miłością
a ty z tą nikłą lampą słów wchodzisz w nie czasem
by uleczyć duszę a ona jak pogorzelisko tli się spopielona
jak mało ciepła
zaledwie skraj
II
Odrobina mroku gdy zamykasz oczy
i tylko światło myśli przebiega nieustannie
jaki rozżarzony świat gdy otwierasz oczy
wszystko tak przezroczyste że nie da się nic ukryć
nawet pijany, zamroczony odczytasz ostre cienie
rzucone ci przez twarz
dość tej świadomości
dość
III
A ta rzeka
dlaczego nie umiesz jej obezwładnić
mógłbyś zatonąć
ale to nie wyjaśni niczego
ty pragniesz prawdy
i jest ona tak bardzo w tobie
że już nie umiesz odrzucić tego pragnienia
dlatego będziesz stał tak zawsze
na brzegu
zanurzony po szyję
z wiecznie wyciągniętymi dłońmi
czepiając się wszystkiego
co mogłoby ocalić
rozjaśnić tę ścianę z nie uformowanych fal
ale brzeg osunie się zawsze
bo szukać prawdy to znaczy
tarzać się w tym nabrzeżnym mule
którego inni nie chcą dostrzec
odwrócić się plecami
to znaczy pogodzić sumienie z następstwami
ale czy chciałbyś utracić siebie ?
IV
Oczy - gdyby tak w nie wejść by wyprostować świat
teraz już wiesz skąd bierze się niepokój
ściany są niewidoczne
trzeba je zawsze namacać - doświadczyć
V
... i zrozumiesz w końcu
że to co było nadpsute
ogarnęło wszystko
wyjmiesz z siebie znieczulone serce
ślepe oczy
kłamliwe usta
powywracany mózg
odejmiesz ręce co biły
nogi co kopały
i wskazującym palcem
powiesz
taki jest człowiek
BYŁEM UCZNIEM CHRYSTUSA
W CELI
Jestem tylko pielgrzymem
Bóg zabrał mi Boga
i inni uczniowie się rozeszli
jakby nieczyste były słowa
a przecież wierzyłem w pasterza
trzodę
znak zodiaku
czyżby to była dekoracja
kilka praw i nakazów objętych regułą ?
tyle hałasu o kilka przemówień
o kilka rysunków
wierszy
książek
więc temu służą granice
druty i ojczyzny
szlabany na traktach
inny kształt przyłbicy
umierać powoli gdy tam dyskoteka
a ty tu bez papierosów
i bez puszki piwa
miałeś rację - stary
trzeba być pokornym
nim pozna się własną i innych naturę
żal mi tylko ludzi co giną za ciebie
i ufają ślepo w wieczną twą troskliwość
GŁĘBOKIE DOŚWIADCZENIE
Trzeba być rozbitkiem
przywiązanym do tratwy
by zrozumieć morze
okrucieństwo rekinów
przebiegłość małych ryb
które drwią z naszej
bezradności
trzeba usłyszeć własny krzyk
powracający z morza
poddać się na chwilę śmierci
usłyszeć własne ciało
ujrzeć je jakby martwe
unoszone przez prąd
trzeba dać się wchłonąć
lodowatej głębi
stać się jej otchłanią
dotknąć dna
trzeba dno przerosnąć
by się wznieść
odrodzić
człowiekiem
PRZEBUDZENIE
Nie ma już Kartaginy
nie ma Troi
kolumny wracają na pustynię
na cóż mi piękno Kleopatry
jej rysy bez skazy
legendy o rozkosznych olejkach
spijanych z jej ciała
na cóż mi czyjeś zapewnienia
przysięgi kobiety
gdy trwa nieustanny proces przemijania
spokój po udrękach
to tego szukałem
po ciągłych zapasach z prawdą
przeciw prawdzie
rozpada się wszystko
czego chciałem dowieść
mądrość jest ślepa
pewność jest kłamstwem
STRATEGIA BEZMIARÓW
INTYMNOŚĆ
To prawda
samotność nie rozumie samotności
wieczorne wycie psa coś nam przypomina
lecz odchodzimy od okien gasząc papierosy
to prawda
serce czasem krwawi
pęknięty piec powoli ale gaśnie
popiół oznacza tylko popiół
i nic więcej
boimy się słów jak zarazy
i przerażeni szukamy ich nadmiaru
by odnaleźć grzeszny urok
odbicie nas samych
wiecznie głodnej miłości
DWA OBLICZA
Jeżeli jesteś wiecznym lądem
z pyłów
z namiętności
wyzwalającą się z lodów wodą
by znów się przemieniać w zimną kulę
bezdusznej zastygłej lawy
jakbyś kurczył mózg i rozszerzał
jakbyś wdychał i wydychał nawiedzające cię sny
prorocze objawienia Boga
by pozostawić po sobie pusty głos ironii
zwątpienie lub świadomość
że jest się iluzją czyli niczym
może tylko drżeniem manifestującym się na czyjeś drżenie
więc skąd to zamyślenie
wczesny popołudniowy zmierzch
oczarowanie na widok odciśniętych w piasku stóp kobiety
jej znikający w dali punkt
i twoje mocno bijące serce
z wyobrażeniem jej jasnych rozrzuconych włosów
kamyków w dłoni
ust gotowych do pierwszych pocałunków
i w tym wszystkim ty pochylony nad książką
zasłuchany w morza szum
obezwładniony przez powietrze
bezgraniczną dal
a może to nie złudzenie
może to ma jakiś sens i cel
może poezja to obrona przed zwątpieniem
METAFIZYKA JESIENI
Nagość wyczerpanych drzew
sucha ich cierpliwość
skupia wokół siebie barwy liści
pozwala spokojnie odejść własnej tożsamości
i to milczące pragnienie odpowiedzi
a może to tylko lęk przed nieznanym
przed tym co ma nadejść
czego nikt nigdy nie umiał przezwyciężyć
może zaczynam rozpoznawać to
czego jeszcze do końca nie potrafię pojąć
może to patrzenie jest zarazem początkiem
tego co mnie wyczekuje
odsłania się powoli bym zrozumiał
zgodził się na wszystko
na przezroczystość która wciąż pochłania
i daremność która nic nie zmieni
czasu który nie narasta a przepływa
więc nie gromadzi
jest odbiciem przeszłości
|