|
Drzewo
zmierzcha się
długą chwilę spoglądam
przez okno
(drzewo)
malachitowy deszcz liści
skłębiony
falujący cicho
lśni w żółtym świetle
ulicznej latarni
Jesień
zamykam oczy
woda kapie z kaloryfera
monotonnie
(szumi
elektryczny czajnik)
tak
sączą się minuty
dni jak oddechy mijają
Statek
czas
całkiem się zatrzymał
(właśnie)
zaczytany
w powieść o odległej
wyspie
płynę
pod pełnymi żaglami
smukłym szkunerem
przez turkusowe morze
tyle rzeczy
może się jeszcze zdarzyć
Mgiełka
z drzemki budzi mnie szum
spadających kropli
deszcz ustaje nagle
(po deszczu) znów słońce
widzę kapki wody na parapecie
dymią białym oparem
trawa i krzaki bzu
topole i mokre dachówki
chwilę później wrażenie mija
wiem dobrze wiem
ten wilgotny dzień
popleciony śpiesznie
nigdy się już nie powtórzy
Podmuch
niebo zaciągnęło się chmurami
domy i droga poszarzały
(zza szyby) widzę jak wiatr
wygina młody klon
plącze gałęzie szarpie liście
z wahaniem wychodzę na balkon
stoję dławiąc się podmuchami
smagany wilgocią
niosę pod namakającą koszulą
przypadkową cząstkę odczuć
zapisany chłodnym pismem wiatru
obraz dnia
zapominane wciąż ciągi szczegółów
nieustannie niknący kształt
Krokusy
choć trudno uwierzyć
znowu
(oparty o plecak) siedzę
na rozgrzanej słońcem skale
wokół
zielona górska łąka
pod nogami
fioletowo kwitną krokusy
topnieje biała łacha śniegu
jeszcze raz
rześkie
wilgotne powietrze
wypełnia mi płuca
|