Tomasz Sobieraj      Info o Autorze

Tysiąc kawałków

Kiedy zaczął się czas
Powstałem z tysiąca kawałków
Potwornych tętent koni
Wypełniał jeszcze
Twarde zielone myśli
Stonogi pod polnym kamieniem
Włożyłem na suchy grzbiet
Pelerynę ze smutnych gwiazd
Wypłynąłem w przestrzeń
Poszukać granic
Wolność unosiła wysoko
Cel idealny
Znalezienie prawdy
Był blisko jak ogony komet
Albo skrzydła czerwonych smoków
Cel realny
Prawdy poszukiwanie
Może był jeszcze bliżej
Połknąłem srebrne motyle
Upadłem na niebo
Widziałem jasno
Drogę do ideału
Nie była prosta
Za to malownicza
Wiła się w górę
Pośród drzew i strumieni
Zbudowana z tysięcy kawałków
Granitowych myśli
Małych prawd
Z których każda składała się
Z tysiąca mniejszych
Szukałem okrucha
Innego niż wszystkie
Raniąc dłonie i kolana
Znalazłem nieco twardego kwarcu
Szyszki i zgniłe liście
Podniosłem się i pobiegłem
Może wyżej
Gdzie jeszcze nie było ludzi
Leży jakiś kryształ

2007



Na drugim brzegu rzeki

Dzień był letni, upalny
Ścieżka wśród pokrzyw i dzikich malin
Skończyła się nagle za zakrętem
Zwolniłem kroku, stanąłem zdumiony
Bo tu nie miało być rzeki

A jednak mapy kłamią
Leniwa i siebie pewna
Toczyła wody z niewzruszonym majestatem
Słoneczną doliną
Zielona wstęga

Zszedłem na brzeg, piaszczystą łachę
Ostrożnie zanurzyłem stopy
Była ciepła jak kobiece wargi
I jak one rozchylała przede mną
Tajemną otchłań, niebezpieczną dosyć

Na drugim brzegu rzeki
Świat był mniej skromny, piękniejszy
Kwiaty wabiły kolorem, obłoki jasne
Drzewa kształtem podobne do dziewczyn
Grały świerszcze

Stałem tak niezdecydowany
Nad ciepłą, mokrą tajemnicą
I wtedy przyszło olśnienie
Mam przecież lornetkę, którą
Bez ryzyka drugi brzeg przybliżę

Prawda była radosna
Te kwiaty to zwykłe maki i chabry
Drzewa kształtne - topole i wierzby
W koronach splątanych gałęzi
A brzeg bagnisty, na dokładkę

W ten prosty sposób zyskałem dowód
Że wiele nam się tylko wydaje
I siadłem zadowolony
Na moim piaszczystym brzegu
Wśród moich pokrzyw i malin

2007



Człowieka wykuwa się młotem

Wbrew temu co sądzą naiwni
Człowieka wykuwa się młotem
Najlepiej w twardym kamieniu
Zrodzonym w piekielnym ogniu
Wnętrza Ziemi
Potrzebna jest także myśl
Stalowe dłuto
Siła mięśni i czas
Owszem, można ulepić coś z gliny
Lub innej nietrwałej materii
Nadać człowieczą formę
Kalekiej substancji
Nawet pokryć ją złotem
I wielbić pustą urodę
Czy pisać mądre traktaty
Jednak to tylko figurka
Niewolnik z glinianych zastępów
Człowieka
Wykuwa się młotem

2007



Dom naprzeciwko

Ten dom stoi naprzeciwko
Widzę go zawsze co rano
Gdy siadam z herbatą przy biurku
Zapalam papierosa
I zaczynam pisanie
Dom jest jak wielka głowa
Dzieło rzeźbiarza Mitoraja
Oparty brodą o kamienne podwórko
Uśmiecha się do mnie dyskretnie
Jakby znał tajemnicę
Zamkniętą szczelnie
W czterech ścianach
Dom ma twarz rumianą
Jak kucharz albo rzeźnik za rogiem
Bo tynk mu odpadł jesienią
I odsłonił tkankę cegły czerwonej
Od policzków
Aż do ust progu
Oczy - wielkie i czarne
Czasem jaśnieją odbitym błękitem
Na czole zmarszczki tajemnych kabli
Korona z gołębi - na rynnie
Wieczorem oczy zapala
Każde innym kolorem
I w każdym przedziwny teatr
Razem teatrów jest osiem
Koło północy zamyka powieki
Szybko zasypia zmęczony
I mruczy przez sen historie
Które usłyszał od kotów

2007



Gra

Na skale czarnej
Przysiadły anioły
Zwinęły skrzydła
I wyjęły kanapki
Z niebiańskich chlebaków
Wesoło majtały nogami
Śmiejąc się i zajadając
Pszenne bułki z salcesonem

Dolina pod skałą
Była szczęśliwa
Żyzna ziemia rodziła kwiaty
I rzadkie owoce
Mężczyźni mieli silne ramiona
Kobiety nosiły warkocze
Właściwie
Nie było niczego nadzwyczajnego
W szczęśliwej dolinie
Życiu ludzi
Ani w nich samych

Anioły wytarły usta obłokami
(młodość nie zna dobrych manier)
I dla zabawy zalały dolinę
Wezbranymi wodami rzeki
Pokładały się ze śmiechu
Widząc jak ludzie walczą o życie
Swoje i bliskich
Żeby było zabawniej
Dorzuciły jeszcze choroby
I nieco ognia
Ocalonym nie było łatwo
Podnieść się z kolan

Bóg odsłonił rąbek błękitu
Sprytne chłopaki - powiedział
Jutro pogracie z drugiej strony Ziemi
W wybuchy wulkanów i huragany
A w przyszłym tygodniu
Zrobimy sobie jakąś wojenkę
Rzeź Ormian albo holokaust
Na dzisiaj wystarczy zabawy
Chyba że chcecie powrzucać sobie
Dusze do piekła
Za to są dodatkowe punkty

2007



Tutaj

Tutaj wszystko jest jakieś inne
Każdy dzień jak senny majak
Niebo rzadko bywa różowe
Dziewczyny nie wabią urokiem

Tutaj wszystko jest jakieś pozorne
Psy nie podnoszą nogi pod drzewem
Śnieg wygląda jak popiół
Wiatr tylko rozrzuca śmieci

Tutaj wszystko jest dosyć ponure
Nawet kwiaty i ptaki milczące
Może śmierć jest nieco weselsza
Lecz nie do końca, bo bezzębna

Tutaj co wieczór przychodzę
Zapalić gorzkiego papierosa
Pogłaskać psy bezdomne
I wypić wino gronowe „Sofia”

Tutaj, gdy wino wypiję
(ta „Sofia” jest całkiem niezła)
Idę na spacer ulicą
Która nigdy nie tętni życiem

Tutaj patrzę na tramwaj
Jak sierota rozkiwany na boki
Patrzę na ludzi bez twarzy
Zostawili je w domu

Tutaj nic się nie dzieje
Tutaj wiosna nigdy nie przyjdzie
Tutaj czas się zagina
Tutaj kończy się przestrzeń

2007



Być może

Nie można wykluczyć
Takiej możliwości
Że wcale nas nie ma
Tak jak nie ma sennych zjaw
Albo potworów
Z narkotycznych wizji
Być może
Jesteśmy tylko koszmarem
Bytu nieskończonego
Lub ideą
Wiecznej istoty
Być może
Tylko nam się wydaje
Że istniejemy i poznajemy
Tak jak wydaje się szczurom
Butnym i naiwnym
Pozornym znawcom labiryntu



Nienawidzę małych miasteczek

Nienawidzę małych miasteczek
Takich z ryneczkiem pośrodku
Białymi krawężnikami
I klombami czerwonych pelargonii
Mdlących zapachem wyczekiwania

Nienawidzę tych wąskich
Sennych uliczek
Małych domków wśród malw
I sprzedawców cukrowej waty
Żałobiących paznokciami

Nienawidzę smutnych koni
Ciągnących leniwie na jarmark
Wozów z babami w koronkach
I rumianych dzieci przed sklepem
Zajadających słodycze

Urodzić się w takim miasteczku
To gorzej niż nie urodzić się wcale
Wyrok życia
Jest tutaj wykonywany
Ze szczególnym okrucieństwem
Tylko nieliczni szczęśliwcy
Mogą oczekiwać
Nadzwyczajnego złagodzenia kary

W małych miasteczkach
Nie ma idealnych zdarzeń
Są tylko realne
Zdarzenia niedoskonałe
Trwanie
Jedzenie
Rozmnażanie
Wzrastanie
I znowu trwanie
Nawet Bóg się wypiera
Swojego „Niech się stanie”
Gdy patrzy na małe miasteczka
Z kolegami

Ostatnio słyszałem
Że czas ruszył
W małych miasteczkach
Więc pojechałem sprawdzić
Czy to nie kolejne kłamstwo
Szklanookich
Błąkałem się
Pośród woni przemijania
Rzeczywiście
Czas nadrabia zaległości

Małe miasteczka
Umierają pośpiesznie
Umiera zapach jaśminu
I końskiego nawozu
Znikają bezzębni starcy
W szarych kaszkietach
Chude psy nie walczą
O resztki ze śmietnika
Tylko wino nadal jest tanie
W małych miasteczkach
Kobiety i śpiew

Ale i tak
Nienawidzę małych miasteczek



Tomasz Sobieraj

Data dodania: 04.07.2007
Komentarze