Adam Stanisław Szadkowski      Info o Autorze

DEKALOG PIERWSZY



przypomnienie

znałem twoje oko
podmalowane czasami
kolorem z cieniem cienia

a najlepsze były
prace ręczne
i lepienie naszego misia

znałem krok
jakim przemierzałaś
odległość między
szyją

a

stopami



diabełka

tu kroczy
udo
udo
łydka wódka
łopatki gryz

zmokną cieniste usta
pijane wrażenie miękkie
otworzy się
a tam: języki długie i śliskie
piekielna uczta!

jabłkowe pozostałości
ciskają we mnie jadowitość
syczące odciski pękające
na twarz

jedwabistość wężowej skórki
sprawia gęsim piórem wiersz
nie wzniośle męski
(tym razem nie)

teraz rozumiem
paznokcie
włosy na chwilę
by znów

taka cholerna
kobiecistość diabła



DEKALOG DRUGI



działania nade

"podziel sie refleksją"

bardziej będę okrutny
gdy szepnę
pederaści wypierdalać
czy gdy krzyknę
Boga to już nie ma!

albo
"zróżnicuj siebie samego"

dobrze -

- skóra i kości
a tam śpi przed domem
mój rozum
pies niewierny



precz z seksem w czasie jazdy

klakson
wchodzę siadam
śpiew jakieś wino jakieś wiziry
oblewa się sosikiem pachnącym
i potem mówi kochaj

- ciekawe ile scen
nakręcono w samochodzie -

ja nie chcę na kolejnym zakręcie
wyskoczyć
przetoczyć się
zawinąć w asfalt
wyglądać jak zraz

- bez sosu proszę
bez sosu -



DEKALOG TRZECI



wywołujemy dziś ducha nas

wywołujemy dziś ducha nas

w ostatnim marzeniu
sprawa się skomplikowała
po tradycyjnych pragnieniach
dobra wolności miłości
przyszedł czas
zajął się od naszych włosków
co świecą

(rozpryskują się oczy

odchodzimy w żwir -
mamy kamienne
poglądy)

dopali się chwila
na świeczniku
ziemski pan prezydent ty i ja



niewyspani

niewyspani

ja i pani

nie wyspa ni

przylądek w bali

mój oglądek jest taki:

nad ranem to ja myślałem że jestem na morzu
południowy wiatr i wschodnia pierś tulić mnie miały
maszt? wynaturzony wiersz to nie jest więc
bez masztu bez steru bez burt
bezradny bujam
jednak perwersyjnie sam

ibezpani



DEKALOG CZWARTY



elephant

depczę ucho
igielne
lgnę jeszcze
legnę
nie przejdziesz moja głowo

myślę dziś
o aspektach duchowych

kości słoniowe
pod ochroną
po tej stronie
a ja
na kościach
bez żadnej pomocy trup



wylatuję do ciepłych

wylatuję do ciepłych

dłoń spadła na brzuch
gdzieś w granicach
afrykańskich

te zwyczaje są malejące
na czele z ogniskowym przypalaniem
służą tylko okiełznaniu łóżka
ramowaniu

bez rymów w rpa
północne palce rybne zjadam

wszystko się miesza
w bocianim gnieździe
ściany gałązkowe
milczą w grobach listków

takie wielkie pusto



DEKALOG PIĄTY



dławica

dławicą krtani
są mi piekące nóżki much
leci wszystko na dno
pocierając czoła tych obrzydliwych

niszczę zło w żołądku



kupione nie kradzione

za osiem słów będziesz moją
w wersie ostatnim niewolnicą

biję ciebie samodzielnie
bez odczynników
za zimno
za ciepło
inaczej w afryce
inaczej przy lodówce

w czasie przyszłym krwi oszczędzę
tylko włosy rozpleć
od-słowa do-słowna
kupiona zatopiona



DEKALOG SZÓSTY



wyrostek kostny

rok 1975
dzień ostateczny
by umrzeć

w annały
wpisane jest
"poczekamy 7 lat
jeśli rogi wyjdą
skropimy go Świętą Wodą"

nie wyszły

każda kropla potu
jest chrztem na człowieka
w imię człowieka
ale to nie on
wyciska ostatnią

poeta nie wyszły
dosłyszy
pamięta
zmyśli
zrogowaci słowo

odchodzi zawsze
mocno zasuszony



DEKALOG SIÓDMY



znane są zalety czystości i ciała

wszystko jest białe
wszystko się zbliżyło
leją po murach
(kiedyś mur to był znak!)
leją się po mordach
szpady niet
ścisk w środkach
uścisk dłoni z francą jakąś
czas się zbilżył
wychylił nogę
i upadam na ryj

straceńcy stracy i dewotki
odwracają głowy od golizny
w tiwi leci serial
mocz ma zapach mokrych trocin
legowiska ludzkie są mgłe
wszystko jest białe
pierdolone oczy acze sracze

baby pielęgnują pęsety do rzęs
chłopy chorągwie pochw i analne
i gra
i buczy
stromość słów jest pochyleniem zdania
włos litery się nie liczy:
bałdzo kułwa płoszę

wiersz wygląda na tym tle jak paradoks
skomlenie jaskiniowca gdy mu nie staje
martwy punkt
kilimandżaro mrowisk

ale bez przesady
ale z daleka

wypolerowana twarz jest paskudniejsza od trupiej
bakterie są tak samo niebezpieczne jak ich brak

czarno poezję widzę



plamy słoneczne

złudzeniem
albo złą optyką jutra
nazwałbym to majaczeniem siebie

nie chcę
ty
godnia
te
godnia
jednego
bez nawet temperatury
cienia ciebie

i co
nie istnieć po to
by istnieć

maskarada tej chwili
odbywać się miała w koszmarze
ale niech spali się w lunetach
albo wydali ze mnie



DEKALOG ÓSMY



upadły

podszedł człowiek
czerwony z dziar
narąbany
drwal czy coś

chodziło o 15 deko
kaszanki

wiersz będzie niżej
tylko wcześniej jeszcze
że kaszanka to krew i kasza
kasza i krew
krew nasza
kasza wasza
za kaszę naszą i waszą!
kasz się wykrwawić
nie chcę być masą
krytycznym połączniem
gównem wchodzącym w zęby
z wątrobą (dodatek)
w wątrobę
i obieg
i kaszanka

wiersz dla drwala czy coś:

paragraf ostatni
apokalipsa psa



wena

słowa się uwalniają
palą się literatki
miękkim gardłem
uciekają pod psem
poeci-śmieci

wystarczyło na bóle krzyża
chcieli śmierci
rozczochrani chłopcy
jedzący na śniadanie brudne miasto

i chorzy na serce
melancholia zgrzybiałych dni
białe wiersze zakrystiana

poezja nie istnieje
jem
przerażam zdechlakiem oczysk
wsiadam na tego psa
wio we no! ruszaj się piździelcu