Józef Tomoń      Info o Autorze

Paschalne Misterium

w świetle serca
prześwietlonego blaskiem
żywej świątyni

zstępuje przez
mgłę powiek
skłoniony spontanicznie
w źrenicach obrazu
dźwignięty wzrok

odrodzony we łzach
świadomości
wyciska drżąco
spod dyskretnej zasłony
słów
plastyczna głębię

wpadającą w oddechy
podniosłej dziedziczności
wyrażanej we wzywających
nabrzmieniach
krzyku duszy...



Niewyczerpana chłonność świeczników

wzgórza już zmierzchem
zdobywczo się piętrzą
niebo zachodnie
purpurę rozwiesza
byt niezależny
i wielkoskrzydły
dusz ołowianych
w ciałach zachrypniętych

czyny mówione lśnią
ze ścian wysokich
tunele wosku
gnieżdżą pod korami
stopione z ciężkich
stajanów ubogich
szumią ze szczytów
w przestrzeń strumieniami

od wewnątrz błyszczy
tombak domówiony
przez tłumy świerszczy
osnuty psalmami
lata jak cienie
mijają w popłochu
nieszczęśnie pędzą
o zmierzchu wciąż wierzchem



W poszukiwaniu słońca

Chcę uciec do Ciebie
od szarości dnia
Od niewiary potykanej
regularnie
szepczącej resztkami
zniekształconych spojrzeń

Od nagości słuchu
w powyginanych treściach
huczących suchością słów
upadających dni

Szukam Cię w smaku
zgorzkniałych pocałunków
bez odcieni
na obrzeżach brwi
niedosiężnych oczu

W dotyku obciążeń
odsłaniającej przeszłości
w namacalnych uzależnieniach
przechodzących w dreszcze
dygotem duszy

Szukam Cię wszędzie
drżącymi liśćmi
na wietrze
jak wędrowiec zdrożony
w zamkniętym uścisku

żywiąc nieugaszoną
nadzieję
iż Ty wcześniej
w osrebrzonym tchnieniu

odnajdziesz mnie



Ku źródła Pamięci

w ściszającym echu
wpływające treści
unoszone w szczypcach
zatopionych myśli

skupiają w płyciźnie
słowa zwierciadlane
rozlustrzane niegdyś
tłem odbitej głębi

w których nurt wyschnięty
nawierzchnią przynęty
falami ciężaru
wzbiera przypływ brzegów

gdzie w prądach odnóży
wynurza opływ-ość
przenikając w chlupot
wiecznej codzienności



Płatki śniegu

z ciemnej chmury życia
niczym w białej ciszy
w przypływie głębin
zsypującej do naczyń
napór bezwolny

fruną przez przestrzeń
światła
obnażone myśli
przechodniów

noszone uniesieniem
w promieniach oczu
łagodnie opadają
w objęcia jedności

roztapianej nieustannie
łzawiącymi przeobrażeniami
rozwiązłości
w pierwszym oddechu

wiosny...



Wschodząca pochodnia nieboskłonu

wschodnia łuna nieboskłonu
złoci przestrzeń świtu rojem
budzi świeże zamyślenia
przeszczepieniem w blasku
słowa...

tratowane gromnic oczy
w zwierciadlanych skrach
zmrużone
wzrok wyzywa migot
spojrzeń
w horyzontach niezmierzonych

myśli kłębią się na wstępie
wznosząc w duszy
świata wątek
wschodnia łuna nieboskłonu
czegoś koniec czy początek???



Abortus Provocatus

Jezus najwszechstronniej
uniknął
pełzającego losu
bezbronnych niewiniątek

ponieważ Jego Poczęcie
nastąpiło
nie w łonie
lecz w Matki
Sercu



Urok zimy

W diamentowych liściach
zaszeleścił mróz
całe roje jutrzni
hasa w wietrznym
młynie...
w przędziwach rozbieli
sunie Wielki Wóz
płodząc zasiewy
w spłowiałej olszynie

W cicho, drżącym plonie
wśród porolnych smug
jak [bedłki jarmużu]
wypukłe zorzami
w dziewiczym welonie
ku błękitnym stóp
szepcze marzeniami
na gwiezdnej pierzynie



W. O.Ś.P = Serdeczny inkubator altruizmu

W krajobrazie źrenic
nasycone dłonie
w sercach odsłoniętych
żywioł spoistości

do fal przymrużonych
przenika sumiennie
wzrok utkwiony w duszy
zewsząd w kroplach rosy

Artyści bez nagród
w obsadzie misyjnej
w paletach barw żywych
malują obrazy

by ożywić chwile
na wieczność w ołtarzach
zsyłane przez Wieczność
darem przychylonym



Echa wspomnień

O To me oblicze
- zdrożony wędrowcze
sunięty z płotu
głuchawym łoskotem
W łzach mych widzę gąszcze
pomarszczonej szaty
w woalu zasłony
błysk marzeń w zaświaty

O jakże wspomnieć
te dziecięce lata
na rzeczne kąpiele
bryzgające tonie
strumieniową korę
krajaną kozikiem
i puszczane kaczki
zsuwające w wodę

Te znajome łąki
brnąc w słonecznym splocie
wciąż szczęśliwe serce
w czułych piersiach ziemi
radością tętniące
w młodzieńczy uroku
uśmiechnięte usta
wciąż pachnące mlekiem

Zwierciadło ty moje
zbielałe od mroków
czy kiedyś wytropisz
mnie choćby przelotem
i odwrócisz twarzą
patrząc prosto w oczy
spojrzeniem żyzności
w odmiennym wyrazie

O Jakże przejrzyście
odziani Tygrysy
łany ciągle nucą
pieśni w swojej duszy
objęte milczeniem
tęsknoty chóralnej
w czułych łzach Matczynych
pszenicy i życie...



Święty pielgrzym

tchnięta w ugór ciszy zrodzona z rędziny
wzeszła na świat róża barw promiennej zorzy
w porze letnich zmierzchów w wieczystej podróży
odrodziła zieleń klombem jarzębiny,

w jej duszy duch lśniący miedzami dróg polnych
wędrując w cień świtem w coraz głębsze niwy
kroczył uświęcony w Bożym zaufaniu
wszczepiając ślad ścieżek bezdomnym tułaczom.

w cierpieniu choroby czując oddech ziemi
wielkością pokory w pastwiskach zasianych
opłatkiem miłości gorącym uczuciem
odsłaniał wschód słońca blaskom współczującym.

gdy już nadszedł moment krzyża kres cierpienia
ukochane Tatry wadowickie wzgórza
słaniały swe szczyty gdy słowiańską duszę
Bóg kołysał w pieśni w drodze do zbawienia

dzisiaj w sercach szlocha Jego Święta aura
namaszczona śladem Boskiego przesłania
w blaskach duszy śpiewa czuła nagość pieśni
w oddechu pragnienia Miłości do świata



Na obczyźnie śródziemnej

w obco ciężkich wyrazach
wciąż wsłuchuję się w sobie
gdzie szafrany zieleni
rozmarzają o Tobie

w duszy źrenic dziewanny
kwitną myśli rozstania
nachylone do błyszczków
tkwią szeptami zbliżania

i na łóżku zbyt wąskim
głaszcze czule posłanie
sen błękitów dogłębnych
ramionami marzanny



Suma wieków

natrafił na nie całkiem przypadkowo żebrak
w koszu na śmieci szukając okruch odżywczego
ozonu

spod kontenera wypłoszyło go sumienie
usłyszawszy żałosny szloch losu
pod czuła pieczą Wiktorii
opasaną czarną wstążką strukturalizmu
nad przegraną moralnością

Chwiejącą się na wyzwolonych pastwiskach
żyworodnej Wieży...
unoszącej się nad zamarzłą pustką
choinkowych błyskotek

Dwadzieścia sumień przebiegło i upadło!
Usłyszał biedak poprzez szum dobiegający
z dalekobieżnych silników
umiejscowionych w przeładowanych wehikułach

Jego palce przesunęły do oczu wygrzebany skrawek
pożółkłego od niko-huany zmiętoszonego papieru

W niepogodnym świetle ulicy, jeszcze przed odejściem
zdążył przeczytać +++++

SUMA Wieków

Garstka aniołów
Tłumy prześmiewców
Barykady / Jednostek
Pod rzeczami
człowiek.



Asertywność szczęścia

najprostsza droga
prowadząca
do Szczęścia

wiedzie poprzez
zatracającą pamięć
do szczęścia
utraconego



Miłość współczucia w mądrości

ooxoooxooooooo

Miłość wskroś cierni
Współczucia
splecionym światłem
Mądrości

w złotym podziale
Macierzy
odwieczna pieczęć
Jedności

ooxoooxooooooo

Przypływający odpływ

istota życia
ciągłość strumienia
przypływ narodzin
fale istnienia

pozorny moment
akt umierania
grunty piaszczyste
warstw nawarstwiania



Zielone wyspy w wezbranej powodzi

W białym diademie kołyszące nimby
Śladem okrętów skrzydła albatrosów
W bezdomnych falach wzniesione błękity
Szafiry marzeń morze rozpościera

I nagle we mgle jakby z otchłani
Płyn bursztynowy w natłoku wycieka
Na szorstkim karku ociężałe rzeźby
Pławią swe smutki na chwiejnym kolanie.

wzdłuż nich wypływa miedziane zacisze
kołysze piany mroczne karbonado
i okręt płynie błyskami ironii
w morskiej bałwani obłąkane wiry.

gdy burza mija kiedy cichną fale
I dzień wypełnia pływające łodzie
Znów ocaleni płyną do przystani
Bieląc swe żagle w pogodnej powodzi.



Biała cisza

wciąż lśni obecnością
roztapia wosk
w świecy

gdy obecność zgaśnie
w niej Pamięcią
świeci...



Wielomówność drzew

letni powiew
jesieni
zerwał z drzew
szaty
złocistych pozorów

obnażone w obłokach
rozmodlonej
przestrzeni

zanoszą pytania
do chmur
szelestem niedomówień
w błękicie milczącym



Liść z korony dębu

w blednących odcieniach
na więdnącej blaszce
potrącany chłodem
ściszany w oddechu

spływał w mgle bezwolnej
w łupinę dębową
samotny liść dębu
z korony zwichrzonej

w wstrząsającym drżeniu
przed bliskością ziemi
ukradkiem przebłysku
wniknął w kształt miękkości

w której rozpieniony
głębią pnia hyzopu
barwił w sobie zieleń
kroplówkami rosy



Babie lato

pajęcze fraktale
tkane w muślin biały
w welonach z kądziołków
kobierce ofiarne



Anioły snów dziennych

znużony od smutnych
podszeptów
w swych myślach zasypiam
bezpłatnie

i wchłaniam w bezbronnym
oddechu
sny stróżów od dnia
powszedniego



Podobieństwo kwantów

nawet w najgęściejszym
mroku
można natrafić na
światło

lecz niebywale trudno
rozpoznać
rodowód promieni prowadzących
do słońca



W objęciach nocnej ciszy

miękko się skrada jak kot
odpręża ciemne futerko
mruczy zmierzchem

łasi swym ciepłem
spogląda w oczy
przymrużając melodią
świerszczy

doznając rozkoszy
sączy bez szelestu
dojrzałe blaski
gasnących oddali

które utulone łagodnością
kołyszącej zasłony
zasypiają w mrugających
klejnotach
złocistych ziaren ciszy



Zmówiny
"Dawno dawno temu za siódmą rzeką"

Przyszli kumowie w gustownych strojach
na progu kłaniając się grzecznie
jednako byli w dobrych humorach
więc się witali serdecznie
prosimy siadać wyrzekł gospodarz
przy naszym skromnym stole
a gospodyni choć już nie młoda
pobiegła ciasto kroić
w niedługim czasie stół zastawiony
jak na weselu u wójta
były tam wszystkie słodycze świata
i oczywiście wódka
gdy już po jednym kumy wypili
zaczęło się istne piekło
bo się zaczęli spierać o wiano
żeby się nie upiekło
początek miało całkiem nieśmiały
od bezbolesnych kuksańców
wreszcie ogniwa nie wytrzymały
zrywając kagańczy łańcuch
damy na wiano - goście orzekli
dwa mydła oraz miednicę
cztery koszule spodnie i szelki
i nienagraną kliszę
a my dajemy - mruknął gospodarz
ręcznik, dwa prześcieradła
nowiutkie zgrzebło, koła do wozu
i tysiąc gramów sadła
tak się wzajemnie licytowali
w miarę wypitej wódzi
aż wreszcie miarka im się przebrała
kum krzyknął – daj kumie buzi
po trzech butelkach i kilo bryndzy
wór darów tak się rozwiązał
że pękły wszystkie blokady nędzy
każdy z bogactwem się wiązał
gospodarz krzyczał tak w niebogłosy
aż ściany w szwach się trzęsły
a goście gromko mu wtórowali
my damy jeszcze więcej
- ja dla swej córki a ja dla syna
wrzeszczeli wszyscy z przejęciem
buty filcowe futro z szynszyla
pszenicę żyto i jęczmień
ja dom zakupię dla pary młodej
wille w bogatej dzielnicy
a ja samochód zagrzmiał gospodarz
taki jak Robka Kubicy
my damy wszystko - co tylko mamy
piszczały głośno kumeczki
do swoich szklaneczek wciąż dolewały
świeżo skroplonej wódeczki
tak się bogactwo im pomnażało
że sami się dziwili
dopiero wtedy dziwić przestało
gdy wszystkie trunki wypili
nazajutrz rano - gdy wytrzeźwieli
błagali syna i zięcia
wiesz co syneczku – ty nasz aniele
może byś poszedł... na księdza.



Przepaść

Tuzin świeczek zapalę
kładąc palec na ustach,
żeby w chacie na piecu
zimne rozpalić futra.

Szepnę głośno milczenie
Tam gdzie głosy się szerzą,
Żeby pieśni nabrzmiałe
W żywe tony uderzyć.

Dźwiękiem płaczu wzbudzony
Znajdę źródło ze świecą,
Żeby ciepło strumieni
W nocy zimnej usłyszeć.

Tak podchodzę po cichu
W każde miejsce i czekam,
Żeby nabrać odwagi
I pokonać ta przepaść...



Czas

Chociaż jestem stary
lecz młody wciąż jeszcze
stokrotki i wrzosy
zraszam wschodnim deszczem

Chronię przed Północą
jodły i janowce
one w mgłach zachodzą
w srebrzyste lodowce

Czarne gwiazdy płyną
w Galaktycznym złocie
ja ubogi w duchu
moknę w łzach na słocie

I tak ciągle konam
jak na końcu świata
bo Jego początek
nikt nie pozamiatał.



Obłok refleksji

Dobry jest taki dzień
i nie najgorzej jest nocą
gdy upał zachodzi się w cień
a w zmierzch wschodzi
ciepły brzask Zorzą



Pory roku

zmienna żyworodność
do światła zwrócona
grubością promieni
pierzem utulona



Odpływające brzegi

w pustyniach pragnień
ze spocona głową
w ocierających wachlarzach
chłodu bieli

odchodzimy od kwiatów
w których kwitną w
słońcach

od szepczących pieszczot
w dotyku miejsc spragnionych
światła

od serca róży
czułej ziemi
kołyszącej pieśniami gwiazd
w źrenicach snu

odchodzimy od siebie
poprzez falująca rzekę
w tęsknotach westchnień
odpływającego brzegu...



Smaki zmysłów

nęcone w nicości
rozbudzone trzmiele
w pieczonych gołąbkach
wtapiają spojrzenie



Kuracja odchudzająca

zapytano kiedyś Misia
który właśnie był na diecie
czemu stopa mu urosła
dużo mniejszą miał ją wcześniej

smutno odparł zapytany
czego wy ode--mnie chcecie
ciągle jestem wypychany
ledwo mieszczę się w gazecie

dążę więc z całym uporem
żeby dietę większą dali
już nie długo wraz z tułowiem
nie pomieszczę się na Hali

zamiast dietę mu powiększyć
zamienili i wyzuli
teraz w strachu siedzi skrycie
przed nim kot się oblizuje



Górskie echa

W promiennej ciszy słońca horyzontem
w swym wypiętrzeniu
lśniąc cicho podniebnie
górskie ustronia sycone szmaragdem
cichymi skrami
wpatrzone w obłoki.

Tuląc w swych dłoniach górskich barw oblicza
przechodzą w ciche
coraz cichsze szepty
kołysząc ducha w pieśni modlitewnej
śnią ciszy szumem
przykryte dywanem

W ciszę tą nagle z bezbrzeżną tęsknotą
śnieg w ostrym wichrze
trzepocze bławaty
dal bieli ścieli w chłodzie długich zmierzchów
lśniąc ucieleśnia
pierzaste zasłony

Pod gwiezdnym niebem
wewnątrz głosu ciszy
pulsują w głębi
wschodnimi barwami
tkwiąc w szacie zmiennej jak sen pór niebiosów
wśnione ku gwiazdom
rozbudzają echa...



W stronę biegunów

W cichym szeleście
łkający smutek
z nastaniem wichru
przypływ wulkanów
z otchłani nizin
błysk gwiazd unosi
wpływ cnót cielesnych
w obszar duchowy

W Bliżniaczej więzi
przymus wyboru
próba obrony
zamknięcia w sobie

Człowiek natura
Natura człowiek
ziemia powietrze
ogień i woda.



Przeszłość w oddechu przyszłości

Rozświetlone świece które już
nie płoną
Rozchylone usta które śpią
zamknięte

W nieuchwytnej chwili
Dawca i Odbiorca

W życiu umierania
sekundantem
Wieczność...



Józef Tomoń



Data dodania: 14.04.2012
Komentarze