|
Paschalne Misterium
w świetle serca
prześwietlonego blaskiem
żywej świątyni
zstępuje przez
mgłę powiek
skłoniony spontanicznie
w źrenicach obrazu
dźwignięty wzrok
odrodzony we łzach
świadomości
wyciska drżąco
spod dyskretnej zasłony
słów
plastyczna głębię
wpadającą w oddechy
podniosłej dziedziczności
wyrażanej we wzywających
nabrzmieniach
krzyku duszy...
Niewyczerpana chłonność świeczników
wzgórza już zmierzchem
zdobywczo się piętrzą
niebo zachodnie
purpurę rozwiesza
byt niezależny
i wielkoskrzydły
dusz ołowianych
w ciałach zachrypniętych
czyny mówione lśnią
ze ścian wysokich
tunele wosku
gnieżdżą pod korami
stopione z ciężkich
stajanów ubogich
szumią ze szczytów
w przestrzeń strumieniami
od wewnątrz błyszczy
tombak domówiony
przez tłumy świerszczy
osnuty psalmami
lata jak cienie
mijają w popłochu
nieszczęśnie pędzą
o zmierzchu wciąż wierzchem
W poszukiwaniu słońca
Chcę uciec do Ciebie
od szarości dnia
Od niewiary potykanej
regularnie
szepczącej resztkami
zniekształconych spojrzeń
Od nagości słuchu
w powyginanych treściach
huczących suchością słów
upadających dni
Szukam Cię w smaku
zgorzkniałych pocałunków
bez odcieni
na obrzeżach brwi
niedosiężnych oczu
W dotyku obciążeń
odsłaniającej przeszłości
w namacalnych uzależnieniach
przechodzących w dreszcze
dygotem duszy
Szukam Cię wszędzie
drżącymi liśćmi
na wietrze
jak wędrowiec zdrożony
w zamkniętym uścisku
żywiąc nieugaszoną
nadzieję
iż Ty wcześniej
w osrebrzonym tchnieniu
odnajdziesz mnie
Ku źródła Pamięci
w ściszającym echu
wpływające treści
unoszone w szczypcach
zatopionych myśli
skupiają w płyciźnie
słowa zwierciadlane
rozlustrzane niegdyś
tłem odbitej głębi
w których nurt wyschnięty
nawierzchnią przynęty
falami ciężaru
wzbiera przypływ brzegów
gdzie w prądach odnóży
wynurza opływ-ość
przenikając w chlupot
wiecznej codzienności
Płatki śniegu
z ciemnej chmury życia
niczym w białej ciszy
w przypływie głębin
zsypującej do naczyń
napór bezwolny
fruną przez przestrzeń
światła
obnażone myśli
przechodniów
noszone uniesieniem
w promieniach oczu
łagodnie opadają
w objęcia jedności
roztapianej nieustannie
łzawiącymi przeobrażeniami
rozwiązłości
w pierwszym oddechu
wiosny...
Wschodząca pochodnia nieboskłonu
wschodnia łuna nieboskłonu
złoci przestrzeń świtu rojem
budzi świeże zamyślenia
przeszczepieniem w blasku
słowa...
tratowane gromnic oczy
w zwierciadlanych skrach
zmrużone
wzrok wyzywa migot
spojrzeń
w horyzontach niezmierzonych
myśli kłębią się na wstępie
wznosząc w duszy
świata wątek
wschodnia łuna nieboskłonu
czegoś koniec czy początek???
Abortus Provocatus
Jezus najwszechstronniej
uniknął
pełzającego losu
bezbronnych niewiniątek
ponieważ Jego Poczęcie
nastąpiło
nie w łonie
lecz w Matki
Sercu
Urok zimy
W diamentowych liściach
zaszeleścił mróz
całe roje jutrzni
hasa w wietrznym
młynie...
w przędziwach rozbieli
sunie Wielki Wóz
płodząc zasiewy
w spłowiałej olszynie
W cicho, drżącym plonie
wśród porolnych smug
jak [bedłki jarmużu]
wypukłe zorzami
w dziewiczym welonie
ku błękitnym stóp
szepcze marzeniami
na gwiezdnej pierzynie
W. O.Ś.P = Serdeczny inkubator altruizmu
W krajobrazie źrenic
nasycone dłonie
w sercach odsłoniętych
żywioł spoistości
do fal przymrużonych
przenika sumiennie
wzrok utkwiony w duszy
zewsząd w kroplach rosy
Artyści bez nagród
w obsadzie misyjnej
w paletach barw żywych
malują obrazy
by ożywić chwile
na wieczność w ołtarzach
zsyłane przez Wieczność
darem przychylonym
Echa wspomnień
O To me oblicze
- zdrożony wędrowcze
sunięty z płotu
głuchawym łoskotem
W łzach mych widzę gąszcze
pomarszczonej szaty
w woalu zasłony
błysk marzeń w zaświaty
O jakże wspomnieć
te dziecięce lata
na rzeczne kąpiele
bryzgające tonie
strumieniową korę
krajaną kozikiem
i puszczane kaczki
zsuwające w wodę
Te znajome łąki
brnąc w słonecznym splocie
wciąż szczęśliwe serce
w czułych piersiach ziemi
radością tętniące
w młodzieńczy uroku
uśmiechnięte usta
wciąż pachnące mlekiem
Zwierciadło ty moje
zbielałe od mroków
czy kiedyś wytropisz
mnie choćby przelotem
i odwrócisz twarzą
patrząc prosto w oczy
spojrzeniem żyzności
w odmiennym wyrazie
O Jakże przejrzyście
odziani Tygrysy
łany ciągle nucą
pieśni w swojej duszy
objęte milczeniem
tęsknoty chóralnej
w czułych łzach Matczynych
pszenicy i życie...
Święty pielgrzym
tchnięta w ugór ciszy zrodzona z rędziny
wzeszła na świat róża barw promiennej zorzy
w porze letnich zmierzchów w wieczystej podróży
odrodziła zieleń klombem jarzębiny,
w jej duszy duch lśniący miedzami dróg polnych
wędrując w cień świtem w coraz głębsze niwy
kroczył uświęcony w Bożym zaufaniu
wszczepiając ślad ścieżek bezdomnym tułaczom.
w cierpieniu choroby czując oddech ziemi
wielkością pokory w pastwiskach zasianych
opłatkiem miłości gorącym uczuciem
odsłaniał wschód słońca blaskom współczującym.
gdy już nadszedł moment krzyża kres cierpienia
ukochane Tatry wadowickie wzgórza
słaniały swe szczyty gdy słowiańską duszę
Bóg kołysał w pieśni w drodze do zbawienia
dzisiaj w sercach szlocha Jego Święta aura
namaszczona śladem Boskiego przesłania
w blaskach duszy śpiewa czuła nagość pieśni
w oddechu pragnienia Miłości do świata
Na obczyźnie śródziemnej
w obco ciężkich wyrazach
wciąż wsłuchuję się w sobie
gdzie szafrany zieleni
rozmarzają o Tobie
w duszy źrenic dziewanny
kwitną myśli rozstania
nachylone do błyszczków
tkwią szeptami zbliżania
i na łóżku zbyt wąskim
głaszcze czule posłanie
sen błękitów dogłębnych
ramionami marzanny
Suma wieków
natrafił na nie całkiem przypadkowo żebrak
w koszu na śmieci szukając okruch odżywczego
ozonu
spod kontenera wypłoszyło go sumienie
usłyszawszy żałosny szloch losu
pod czuła pieczą Wiktorii
opasaną czarną wstążką strukturalizmu
nad przegraną moralnością
Chwiejącą się na wyzwolonych pastwiskach
żyworodnej Wieży...
unoszącej się nad zamarzłą pustką
choinkowych błyskotek
Dwadzieścia sumień przebiegło i upadło!
Usłyszał biedak poprzez szum dobiegający
z dalekobieżnych silników
umiejscowionych w przeładowanych wehikułach
Jego palce przesunęły do oczu wygrzebany skrawek
pożółkłego od niko-huany zmiętoszonego papieru
W niepogodnym świetle ulicy, jeszcze przed odejściem
zdążył przeczytać +++++
SUMA Wieków
Garstka aniołów
Tłumy prześmiewców
Barykady / Jednostek
Pod rzeczami
człowiek.
Asertywność szczęścia
najprostsza droga
prowadząca
do Szczęścia
wiedzie poprzez
zatracającą pamięć
do szczęścia
utraconego
Miłość współczucia w mądrości
ooxoooxooooooo
Miłość wskroś cierni
Współczucia
splecionym światłem
Mądrości
w złotym podziale
Macierzy
odwieczna pieczęć
Jedności
ooxoooxooooooo
Przypływający odpływ
istota życia
ciągłość strumienia
przypływ narodzin
fale istnienia
pozorny moment
akt umierania
grunty piaszczyste
warstw nawarstwiania
Zielone wyspy w wezbranej powodzi
W białym diademie kołyszące nimby
Śladem okrętów skrzydła albatrosów
W bezdomnych falach wzniesione błękity
Szafiry marzeń morze rozpościera
I nagle we mgle jakby z otchłani
Płyn bursztynowy w natłoku wycieka
Na szorstkim karku ociężałe rzeźby
Pławią swe smutki na chwiejnym kolanie.
wzdłuż nich wypływa miedziane zacisze
kołysze piany mroczne karbonado
i okręt płynie błyskami ironii
w morskiej bałwani obłąkane wiry.
gdy burza mija kiedy cichną fale
I dzień wypełnia pływające łodzie
Znów ocaleni płyną do przystani
Bieląc swe żagle w pogodnej powodzi.
Biała cisza
wciąż lśni obecnością
roztapia wosk
w świecy
gdy obecność zgaśnie
w niej Pamięcią
świeci...
Wielomówność drzew
letni powiew
jesieni
zerwał z drzew
szaty
złocistych pozorów
obnażone w obłokach
rozmodlonej
przestrzeni
zanoszą pytania
do chmur
szelestem niedomówień
w błękicie milczącym
Liść z korony dębu
w blednących odcieniach
na więdnącej blaszce
potrącany chłodem
ściszany w oddechu
spływał w mgle bezwolnej
w łupinę dębową
samotny liść dębu
z korony zwichrzonej
w wstrząsającym drżeniu
przed bliskością ziemi
ukradkiem przebłysku
wniknął w kształt miękkości
w której rozpieniony
głębią pnia hyzopu
barwił w sobie zieleń
kroplówkami rosy
Babie lato
pajęcze fraktale
tkane w muślin biały
w welonach z kądziołków
kobierce ofiarne
Anioły snów dziennych
znużony od smutnych
podszeptów
w swych myślach zasypiam
bezpłatnie
i wchłaniam w bezbronnym
oddechu
sny stróżów od dnia
powszedniego
Podobieństwo kwantów
nawet w najgęściejszym
mroku
można natrafić na
światło
lecz niebywale trudno
rozpoznać
rodowód promieni prowadzących
do słońca
W objęciach nocnej ciszy
miękko się skrada jak kot
odpręża ciemne futerko
mruczy zmierzchem
łasi swym ciepłem
spogląda w oczy
przymrużając melodią
świerszczy
doznając rozkoszy
sączy bez szelestu
dojrzałe blaski
gasnących oddali
które utulone łagodnością
kołyszącej zasłony
zasypiają w mrugających
klejnotach
złocistych ziaren ciszy
Zmówiny
"Dawno dawno temu za siódmą rzeką"
Przyszli kumowie w gustownych strojach
na progu kłaniając się grzecznie
jednako byli w dobrych humorach
więc się witali serdecznie
prosimy siadać wyrzekł gospodarz
przy naszym skromnym stole
a gospodyni choć już nie młoda
pobiegła ciasto kroić
w niedługim czasie stół zastawiony
jak na weselu u wójta
były tam wszystkie słodycze świata
i oczywiście wódka
gdy już po jednym kumy wypili
zaczęło się istne piekło
bo się zaczęli spierać o wiano
żeby się nie upiekło
początek miało całkiem nieśmiały
od bezbolesnych kuksańców
wreszcie ogniwa nie wytrzymały
zrywając kagańczy łańcuch
damy na wiano - goście orzekli
dwa mydła oraz miednicę
cztery koszule spodnie i szelki
i nienagraną kliszę
a my dajemy - mruknął gospodarz
ręcznik, dwa prześcieradła
nowiutkie zgrzebło, koła do wozu
i tysiąc gramów sadła
tak się wzajemnie licytowali
w miarę wypitej wódzi
aż wreszcie miarka im się przebrała
kum krzyknął – daj kumie buzi
po trzech butelkach i kilo bryndzy
wór darów tak się rozwiązał
że pękły wszystkie blokady nędzy
każdy z bogactwem się wiązał
gospodarz krzyczał tak w niebogłosy
aż ściany w szwach się trzęsły
a goście gromko mu wtórowali
my damy jeszcze więcej
- ja dla swej córki a ja dla syna
wrzeszczeli wszyscy z przejęciem
buty filcowe futro z szynszyla
pszenicę żyto i jęczmień
ja dom zakupię dla pary młodej
wille w bogatej dzielnicy
a ja samochód zagrzmiał gospodarz
taki jak Robka Kubicy
my damy wszystko - co tylko mamy
piszczały głośno kumeczki
do swoich szklaneczek wciąż dolewały
świeżo skroplonej wódeczki
tak się bogactwo im pomnażało
że sami się dziwili
dopiero wtedy dziwić przestało
gdy wszystkie trunki wypili
nazajutrz rano - gdy wytrzeźwieli
błagali syna i zięcia
wiesz co syneczku – ty nasz aniele
może byś poszedł... na księdza.
Przepaść
Tuzin świeczek zapalę
kładąc palec na ustach,
żeby w chacie na piecu
zimne rozpalić futra.
Szepnę głośno milczenie
Tam gdzie głosy się szerzą,
Żeby pieśni nabrzmiałe
W żywe tony uderzyć.
Dźwiękiem płaczu wzbudzony
Znajdę źródło ze świecą,
Żeby ciepło strumieni
W nocy zimnej usłyszeć.
Tak podchodzę po cichu
W każde miejsce i czekam,
Żeby nabrać odwagi
I pokonać ta przepaść...
Czas
Chociaż jestem stary
lecz młody wciąż jeszcze
stokrotki i wrzosy
zraszam wschodnim deszczem
Chronię przed Północą
jodły i janowce
one w mgłach zachodzą
w srebrzyste lodowce
Czarne gwiazdy płyną
w Galaktycznym złocie
ja ubogi w duchu
moknę w łzach na słocie
I tak ciągle konam
jak na końcu świata
bo Jego początek
nikt nie pozamiatał.
Obłok refleksji
Dobry jest taki dzień
i nie najgorzej jest nocą
gdy upał zachodzi się w cień
a w zmierzch wschodzi
ciepły brzask Zorzą
Pory roku
zmienna żyworodność
do światła zwrócona
grubością promieni
pierzem utulona
Odpływające brzegi
w pustyniach pragnień
ze spocona głową
w ocierających wachlarzach
chłodu bieli
odchodzimy od kwiatów
w których kwitną w
słońcach
od szepczących pieszczot
w dotyku miejsc spragnionych
światła
od serca róży
czułej ziemi
kołyszącej pieśniami gwiazd
w źrenicach snu
odchodzimy od siebie
poprzez falująca rzekę
w tęsknotach westchnień
odpływającego brzegu...
Smaki zmysłów
nęcone w nicości
rozbudzone trzmiele
w pieczonych gołąbkach
wtapiają spojrzenie
Kuracja odchudzająca
zapytano kiedyś Misia
który właśnie był na diecie
czemu stopa mu urosła
dużo mniejszą miał ją wcześniej
smutno odparł zapytany
czego wy ode--mnie chcecie
ciągle jestem wypychany
ledwo mieszczę się w gazecie
dążę więc z całym uporem
żeby dietę większą dali
już nie długo wraz z tułowiem
nie pomieszczę się na Hali
zamiast dietę mu powiększyć
zamienili i wyzuli
teraz w strachu siedzi skrycie
przed nim kot się oblizuje
Górskie echa
W promiennej ciszy słońca horyzontem
w swym wypiętrzeniu
lśniąc cicho podniebnie
górskie ustronia sycone szmaragdem
cichymi skrami
wpatrzone w obłoki.
Tuląc w swych dłoniach górskich barw oblicza
przechodzą w ciche
coraz cichsze szepty
kołysząc ducha w pieśni modlitewnej
śnią ciszy szumem
przykryte dywanem
W ciszę tą nagle z bezbrzeżną tęsknotą
śnieg w ostrym wichrze
trzepocze bławaty
dal bieli ścieli w chłodzie długich zmierzchów
lśniąc ucieleśnia
pierzaste zasłony
Pod gwiezdnym niebem
wewnątrz głosu ciszy
pulsują w głębi
wschodnimi barwami
tkwiąc w szacie zmiennej jak sen pór niebiosów
wśnione ku gwiazdom
rozbudzają echa...
W stronę biegunów
W cichym szeleście
łkający smutek
z nastaniem wichru
przypływ wulkanów
z otchłani nizin
błysk gwiazd unosi
wpływ cnót cielesnych
w obszar duchowy
W Bliżniaczej więzi
przymus wyboru
próba obrony
zamknięcia w sobie
Człowiek natura
Natura człowiek
ziemia powietrze
ogień i woda.
Przeszłość w oddechu przyszłości
Rozświetlone świece które już
nie płoną
Rozchylone usta które śpią
zamknięte
W nieuchwytnej chwili
Dawca i Odbiorca
W życiu umierania
sekundantem
Wieczność...
Józef Tomoń
Data dodania: 14.04.2012
Komentarze
|