|
Magiczny Księżyc
Na ruinach starozytnego piękna i artyzmu
a na arenie cyrkowej współczesnej potocznego banału
opiera się jak dziwka o latarnię powszechność stereotypu
żałosna płytkością sztampa nieatrakcyjnych szmiry powieleń
tuzinkowe frazesy gminnej szkoły monotonnej nudy
przeplatają jarmarczni klasą wieszcze egoizmu pochwałą
może bezimienną ale jakże stylem można poznać palanta
do którego weny nie docera nic prócz karła uniesień
taka wiocha nabazgrana dłonią pulchną i chciwą
precz jak wąż jadowity odrzucony na śmietnik talent
kopnięty charyzmat fantastycznych wzruszeń
bo motłoch dobrze rozumie dupa - kasa - micha
a nie rozumie w kanonie uczuć wyższych życie...
I choć wyłączony jak słońce w noc dzwon geniuszu
średnica globu - ziemia - magma - ocean - eter
odgradza nas od jasnych promieni życia
a przez to nie umieramy i idziemy po omacku
szukamy opuszkami palców gorących ust i drżenia sutków
silnym czułością ramieniem podtrzymujemy drżące ciało
ruch bioder tkliwie drży jak ocean w trzęsienie ziemi
i ta sroga ciemnośc wyzwala magiczną energię
śmiałość w blasku oczu komet bierze przednie skrzypce
gdzie wirtuoz namiętny zagra tytaniczne arcydzieło
taniec tak delikatny jak ruch skrzydeł kolibra
ale pieszczoty wyzwolą rozkosz że drżą gwiazdy...
lub inaczej gdy warsztat nachalnie odwiedza
jurny i nieokrzesany drwal z siekierą
ale trzeba zaznaczyć że różne są tej potrawy smaki
że kujemy różnym kunsztem i delikatnością
inni wrażliwością odmienną obdarzeni kowale
i różne są na palecie tych barw kolory dążeń i oczekiwań...
a gdy mocno pijani szczęściem złudnym się chwiejemy
nad drogą co przez złamane serce prowadzi wprost w rynsztok
Tytani wielkiej klasy serca a wyjący jak nocą wilki
za szlachetnością sprzedaną zdradą - lichwą - zbrodnią
łzy wielkie i szczere i zimne jak lodowce w oczach poetów
tych przednich - widzi jedynie czarodziejski Księżyc!
O Egerio!
O Egerio przymglona amoralnościa
tancerko ze stypy po straconych złudzeniach
w pantofelkach co się odciski robią poetom na mózgu
od skoczności aury i melancholii Muzy
jednak tak zbałamucona i szyderczo wyśmiana
a oczekiwana jak deszcz na głodne wieśniaków pola
i ubrałem się jak cham po świątecznemu
czekam strojny na mdłe zagadki przekletego losu
wkuty wzrokiem nadwrażliwym w dal szpetotą grzeszną
wypatruję na dnie zywota czaru łaskawego słowa
co spłynie na popaprana ludzkość jak strumień z gór
obmywając zakalec człowieczy z cynicznego błota
by w poetyckiego się zmieniła anioła
brzydka i tłusta jak nieboskie stworzenie
wulgarna i pachnaca potem niechlujnej małpy
banalna jak strup na zadzie jarmarczna dziewka
i bym w końcu mógł napisac o tym parszywym świecie
coś pięknego i szlachetnego jak prawdziwy klejnot
by z wiersza wytrysnęła jak fontanna szczęścia tęcza
i potop zdegenerowania nie zalewał upodlonej ludzkości
jak zdrada co czyni noc ze świetlistej miłości...
Krytyka stada oszołomów
Głupi i słaby poeta krzyczą karakany
mierne i takie nienowoczesne jego wiersze
machają rękami na targu gminnych wynaturzeń
a gamonie na usługach oficjeli klaszczą za ochłap
klepnięcie palanta w ramię przez pana decydenta
uznawane za wyróżnienie w szympansów stadzie
szyderstwa krzyki roznoszą w rozległej okolicy
hieny zagrożone odkryciem przestępczej kurtyny
teatru gdzie gra się propagandą dla tłumu
a pieniądze za bilety na wszystkich się nie dzieli
tylko samochody sobie kupi kilku bezczelnych kretynów
i powtarzają stereotypową frazę jak kukułka
wyrzucić z gniazda co szlachetność sieją
a kuku - a kuku - a kuku - a kuku - a kuku
przegonić wieszcza z gminy - no i może z powiatu
głodem i obojętnością zdegenerować jego zdolne dzieci
a kuku - a kuku - a kuku - a kuku - a kuku...
Oj pajace na świrów wykształceni i ułożeni
tak ciężko wam w zakutych pałach pojąć
jak strasznie i tragicznie jesteście tępi
bestialsko zwyrodniali - cynicznie szaleni
stado psów pejczem strachu wytresowane na chciwość
na szczęk brzęczący Iskariota srebrnikiem
banalnie skompromitowany milczący motłoch
co myśli tylko rzeczowo insynktem o dupie marynie
biedak co nigdy nie był myślą w gwiazdach
nie podróżował poetyckim marzeniem po innych galaktykach
tylko micha - urząd - robota w polu
i babę bez pocałunku dorwać za zad przed spaniem
aż żal do bólu prostactwem przypięty do chuci
zasmradza uszy gdy się słucha waszych jurnych bzdetów
z nizin sprzedanych diabłu przez waszych piastunów
zdeprawowani szatańską zawiści estradą pomyleńcy
a inteligencja wysokich stopni jest wam tak obca
jak zdegenerowanym korupcyjnym korytem świniom
wielkie i potężne bajecznego piękna gwiazdy
duchową miłość sprzedaliście za prostackiego rąbania
chuć potwornie wulgarną i żałośnie sprośną
pieprzące się barbarzyńsko dzikie żądzą debile
ośle wypaczonych namiętności zdeprawowane szczepy
wyhodowane na fekaliach osła urojonej wyższości cepy
nizin człowieczeństwa zakręcone świrem barany
małpi pomiot z dotkniętą paraliżem delikatną czułością
zwyrodniała sztuka obłędnego kiczu w złotej ramce absurdu
miernota klęcząca na kolanach przed cielcem kariery
szuja bojąca się podnieść wzrok na bandę przestępczą
dla estetyzmu życia kryminalne postacie w okularach
o ciemnych charakterach durnie i ciemnych szkłach
grabarze grzebiący artyzm z rozkazu kultury bandytów
mordercy obłudni geniuszu za cenę snobistycznego kiczu
co amoralnością kurwy recenzji i sług troglodytów wydawców
niszczą wielką potęgę prawdy w przesłani arcydzieła sztuki...
Wcale nie nuda, nie banał, nie szmira
Jak dureń wpław w otchłani
rękami macha na próżno
jak żaba naiwna i głupia
co chce skoczyć z Marsa na pierścień Saturna
jak pchła co się wczepiła
absurdalnym zamiarem konsumpcji wampirskiej
w Wielkiej Niedzwiedzicy złote światła futro...
A więc logika myśli to upiorna utopia
a normalność istnienia w psychicznym dole cudem
a błąd tkwi najpewniej w zmysłowej poezji
co ludziom sprosnym prostacko namieszała we łbach
kazała rozkosznie dokazywać a nie ciąć drwa po ciemku
bład tkwił w filigranowej przędzy tych nicponiów poetów
co w iloczynie zwykłego banału prozy amoralnej bytu
oko uchwyciło kadr starego ksiedza i młodej służącej
fanatyzm zamknął wszelki ślad zadu ruchu i mlaskania
no bo jak zabronić temu co ustala reguły w cyrku
i czarny jak sadza diabeł może anioła przekląć
wystawić go na szyderstwo zdegenerowanego tłumu
cepy tępe ciemnoty dzikością strzelają w szlachetnych
ścierwo co boi się prawdy ogłupia własne dzieci
naiwne stado czystych estetycznie motyli
pazerne kukły zmieniają w krwiożerczą bandę nietoperzy
morderców wszelkiej ludzkiej życzliwości
bo jak biją się i drwią z siebie
to nam łatwiej motłoch do zagrody dla bydła zagonić
i wydoić wszystkich z szczątków zdrowego rozsądku
uszczknąć dolę brzęczącą od wdów i staruszków
przecież choć głodni ale dostaną święconej wody
i nie umrą najpewniej spragnieni
a jedynie uczciwości człowieczej głodni...
I nie uchwycisz biedaku błędu w szaleństwa ruchu
mgławic i galaktyk Wszechswiata rozumem nie obejmiesz
bo w ułamku sekundy biliony rzeczy się rodzą
biliony w ciszy lub gwarze wybuchu umiera
mała zapałka Tytana dla ludzi potężną Supernową
roszada słów na szachownicy przemijania wieków
i bies - i pies - i anioł - i poeta
dziwka - szantrapa - alfons - złodziej
rusałka - nimfa - Muza - Calineczka - chłopiec z zapałkami
i mróz i skwar i lampka wina i stare skrzypce i babci ciasto
burza kosmicznych ulew meteorytów z pogromu planet
może bilion razy szlachetniejszych niż obłudna Ziemia
i ta złowroga i zimna cisza w oceanie kosmosu przeznaczeń
i tylko prozaicznie alpiniści spadają ze szczytów
potop łez wylewa beznadziejna głupotą egzystencja
ludzkość co łamiąc reguły prze do bogactwa uderzając w plecy
troglodyta myślący że pieniądz jest więcej wart
niż klasyczne moralnością czyste etycznie człowieczeństwo...
- a tu nawet wieloryby za ludzi potworność się wstydzą
umieraja w ciszy jak potężni rycerze bez zbroi na plaży
za zdegenerowane haniebną i podłą pospolitością życie
z kokonu Cudu Boga wypełza pokraczny i cyniczny jaszczur
który zapomniał że lud upadły i grzeszny szansę dostał
bo obiecał że dobrocią serca wróci do skrzydeł aniołów
odpłaci zło wyrzadzone bliźniemu Miłością Chrystusa
i upadłym poda silną przyjaźni i pomocną rękę!
Oszustwo prawego słowa za cenę sukcesu
Fale kosmiczne szczerej modlitwy
linki auryczne tęsknot serca
fluidy czarowne łączące duszę z Wszechświatem
wiersz prostych słów o różnej sile i wartości
bo modlą się wszyscy choć do różnych bogów
prości i skomplikowani
szaleni i skromni
głąby i utalentowani
pyszni i serdeczni
inteligentni i ciemni prostaczo
czarne i białe duchy ludzkich charakterów
szydercze diabły i naiwne dobrocią anioły
lwy bez strachu i szukające padliny hieny
serce ociernione Chrystusa i słowo ryja wieprza
bogaci pieknem altruizmu i krezusy podłej lichwy
ścierwo bezwzględne chuci kontra delikatny cnoty powiew
pacierz błagalny za grzechy zbrodniarzy i słowa grożące
psia zwyrodniale służalczość i arystokratyczna wyniosłość
mrok wściekłego gniewu i zorza słońca uśmiechu
geniusz wielkiej duchowości i lipa udawania
prymitywnie udawana potulność aby wejść w decydenta łaski
srebrnikiem napełnić z publicznej kasy złodziejskie trzosy
duma która woli z głodu umrzeć niż debila na kolanach prosić
o chleb dla genialnych i cudownych ludzi w kłopotach...
i miliard złych i dobrych rzeczy skrywa różnorodność
a co z kosza wybierze stwórca gdy przeklętych odwiedzi
czyż w tym zmanierowanym i ogłupionym świecie
istnieje dla potężnego Boga coś wielkiego
a wybór na kogo padnie i na czyje wyznanie
i tu jest niezbita pewność że Pan się nie pomyli
dmuchnie plewę bestialską na prawości ogień by zginęła
a szlachetne krzyżem życia pielęgnowane ziarno
wiecznością w doskonałej genialności nagrodzi
bo w końcu z chaosu nikczemności musi się wynurzyć
prawo bezwzględne mocą i dla wszystkich równe
a będzie jeden kanon miary uczynku osądu
bo choć dziś jasny dla prawdy mądrości
to wypaczony często korupcyjnego srebra błędem
na szali premedytacyjnych ludzkich potknięć
wobec fortuny bogactwa chciwej korony
pacząc kłamstwem porządku ład etyczny
ułomnością zdeprawowanej natury miernej ludzi
ubierając obłudnie fałszywym wiklinowym językiem
potworne świństwo w bajeczną świętość
przy gromkich oklaskach zwyrodniałej gawiedzi
wobec cynicznego oszustwa słowa za cenę sukcesu...
Wpatrzony ukradkiem w gwiazdy
To poeta z podaniem do Pana Boga kancelarii
choć mysli ma nawet małe
do potężnej i nieskończonej wielkości
amoralny kloszard przekletej Ziemi
co uroił sobie prawo gwiezdnego myślenia
paranoik dla tłustych ziemskich wieprzy
chce drogą przez krzyż i walkę z chamstwem
zdegenerowaną dziczą do szpiku kości
uzyskać odwagą głoszenia prawdziwego słowa
punkty promujące do kosmicznych podróży
bez balastu ludzkiego szyderstwa
zawiści bestialskich troglodytów
co z głąbem kleru za każde novum
nawet dziecinnie banalne
a którego pyszni obłędu chciwości szamani
nie pojmują w jaskinią ucywilizowanym mózgu
szykują zwyrodnialcy bandycką inkwizycję
dogmatem ogłupieni jak pijak alkoholem
drwią z prawdy jasności i serca mądrości
spychając naiwnych w swego mocodawcy przepaść
w sidła i w sieci swego króla Belzebuba...
I pytanie rzucone na szalę życia
kto tu baranem z judaszowską kieską?
a kto Tytanem heroicznych zmagań duszy - walki
z postępującą w strasznym tempie degeneracją?
Komu bije Wszechświata galaktyczny dzwon?
i komu na hańbę na dnie piekieł?
a komu na królewskiej duchowości wieczność?!
dla której duszy kamieniołom
jakich w gwiazdach nie brakuje?
a dla której skrzydła Pegaza i Wena w sercu
Miłości nigdy nieskończonej?!!!...
bo matoły pod złotymi baldachimami
wybiły odwieczną ludzi szczerość z serdecznością
doczesnością kutwy "świntej" lichwiarską pazernością
klonów z pewnością nie z in vitro Judasza
ubeków i zbrodniarzy od kart i uczty kolesiów
upiornych ohydną podłością zwyrodnialców ludzkich
degenerujących prawdziwą naukę Odwiecznego
zakodowaną w każdym życiu piękną dobrocią
spaczoną przez chłam ciemny pożądający luksusów
nienależnych motłochowi bezczelnie ukształtowanemu
z myślą o zniszczeniu inteligencji wybitnej świata
chojną dłonią mordujących współczesnej prawdy
obrońców praw należnych każdemu człowiekowi
z głównym nurtem wszepienia skarbu uczuć wyższych
kopanych bestialsko w twarz szyderczą obojętnością
skarbu odwiecznego ludzi z odwagą i miłością Chrystusa
mocarzy co nie boją sie skorumpowanych kukieł
ze sforą psów kęsem rzuconym pod ryj zaprzedanym
polujących na wszelki objaw obudzonej uczciwości
co z rozkazu władzy i kleru
mordują wypaczeniem rzeczywistości
zwykłe dnia powszedniego radości
rżną na rynku w biały dzień jak świnię prawo
i do rozpuku ze szlachetnych się śmieją
pobrzekując otwierającą wszelkie wrota sakwą
i bramy więzień są przed nimi zamknięte
z zewnętrznej strony...
Marek Zabielski
Data dodania:
Komentarze
|