|
Kapturek
Z koszyczkiem czerwonym
i w czerwonych gatkach
idziesz przez życie amoralnie
jak naiwny sytuacji Kapturek
z jędrnymi łakociami łona
i wesołą padaczką pośladków
a drżeniem rozkoszy w piersi
prosisz o chleb wyuzdanej prokreacji
w motelach z brudną pościelą
gdyż klątwą ci był
cukrowy stół matki...
Wilk zimno kłapie ci zębami
gdy pod czerwoną latarnią
czekasz myśliwego z twardą lufą
i wypasionym portfelem
w lesie tylu przelotnych twarzy!
Schizofreniczka
Gdy twarz śmiechem słodzisz
mieszka w niej róża
i pieśń słowicza
ogród marzeń
bajeczne słońca
orszak słów weselny
błękitna Muzy katarynka...
- Gdy gniew cię ponosi
jesteś jak szkaradna wiedźma starych baśni
matka spojrzeń węży purpurowych
ognistych szałem jak obłęd mordercy
co gasi żądzę krwią ofiary
i szyderczym śmiechem szaleńca
rozrywa wnętrzności jak dłoń nić pajęczą
dobywając pazurami serca!
Łyk prozy
Jeżeli jest "coś" poza nami
co fale układa do snu
wycisza wulkany
koi trzęsień kataklizmy...
- to nie wulgaryzm
a miłości absolut
który ratuje topione motyle
w butelce skażonego wina
by przez nieprzeciętność kaźni
zrodzić chwilę dobra
estetę pocałunku
by w ciemnej jaskini życia
urodził się poeta
i w Eskimosów chacie
zaśpiewał słowik!
Geniusz
Geniusz jest bezcennym klejnotem
wszczepionym w żywy marmur wielkiej niezłomności
okryty szczelnie tajemnicą czarodziejskiego światła
i oryginalnością królewską klasycznej estetyki
mistrza intelektualnego spojrzenia
w słońce rozgrzane poetycką barw piękna mądrością
niezłomny tytan altruistycznej dobroci
symbol wiecznej miłości
z potworną rysą bólu w lewym boku
z raną zadaną za nieśmiertelne idee
głoszenia odważnie niepospolitej prawdy
wbrew snobistycznym oczekiwaniom
karłów populizmu
i obnoszenie w blasku przenikliwych oczu
talizmana potęgi Twórcy Wszechświata
w formie genialnych poświęceń Herosów krzyża
walcząc o sens wybitnej poetów modlitwy
czytanej z natchnieniem po śmierci autora!
- Gdy talent jest upokorzeniem kiczu
niezwykłą mocą męczenników wiary
w prastarym oceanie dzikiej prozy
ognistym wulkanem estetyzmu genialnego
z najwyższych szczytów Mistrzów Atlantydy
potężnych ducha niezłomnego Tytanów
ostatnim tropem na Ziemi boskości człowieka
brylantem wsród zdegenerowanych obłudą
samotne pióra nadludzkich myśli ludzkości
z klątwą nieposłuszeństwa i przekleństwem
rzuconym na Ziemię przed wieki
a urodzeni z genem bestialstwa
kopią etyczne twarze dzieci gwiazd
ze skrzydłami lotnymi wdzięku intelektualnego Pegaza
tylko dlatego
że są odważnymi senatorami praw Pana Boga
i nie lękają się śmierci!
Wsłuchany w wszechświat i w empatię sędziów
Młot czasu
wbił na przestrogę
słup soli po żonie Lota
głęboko w sztolnię legendy
o potwornej wyuzdaniem amoralności
a świat się bawi szelmowsko
w zaflukanego konika i rozpustną myszkę
strzela nienawiści zwyrodniałej cynizmem
w stronę wiernej i normalnej miłości
widząc zagrożenie dla chuci jąder szatana
kopie w twarz szlachetne uczucia
taple się bezwstydnie w barłogu rozpusty
drwi szyderczo z godności człowieczeństwa
śmieje się do rozpuku z przestrogi
kładąc czyste dzieci ciała sprzedane w ekstazie
na wyra potworne w najohydniejszych burdelach
i małpie oczy zdegenerowane błędnym ucywilizowaniem
bawi pożądania dewiacyjnego chorym patologicznie apetytem
ufny w bezkarność miecza prawa
które gwarantuje zwyrodnialcom
unik za pieniądz kluczom sprawiedliwości...
Lecz ufni słyszą trębaczy wojsk Apokalipsy
nasłuchują z której strony Nieba
przyjdzie rzetelne prawo
i wydusi ogniem
zwyrodniałych szaleńców
z gachem Szatanem w głównej roli
co dał ludzkości doprowadzonej do obłędu
śnięte potwornym grzechem pokolenie
z bestialską konserwą Pandory
karmiącą wulgarnej trucizny rozkoszą
czyste jak białe Anioły
lecz ogłupione przez władzę, kler, i szkołę
cudne, nastoletnie dzieci!
Wiatr złudzeń
Wróciłem pamięcią z odwiedzin
z czasów intelektualnej samotności
gdy czas nigdy nie wraca
z toku płynącego macoszo postępujących wydarzeń
zatrzymanych jakimś bolesnym epizodem w pamięci
jak chudy kęs dla ułomnej chwili refleksji
gdy zwykły w szarej codzienności człowiek nie wie
po co margines utopionej w zapomnieniu przeszłości
i co go budzi nagle w pamięci
gdy wyłom w sercu został uczyniony niezgody krzykiem
rąk nieregularnym wymachiwaniem
w żalu gestykulacyjnej gimnastyki
przy marnym obrazie
wiatraka z felernym skrzydłem
gdy dmucha z różnych stron mizernej kariery bytu
wiatr ciągu złudzeń
który wyrzuca z zakamarków naiwnej duszy
przegraną partię szachów z banalną codziennością
i spycha żagiel przeciętnej mocy człowieka
w stronę samotnej głębi
nacechowanej drwiną losu
odpływających w dal żaglowców szczęścia
prosto pod krwawy niepowodzeń miecz
i armaty drwiących prosto w oczy piratów przeznaczenia
aby poeta bezwzględną odwagę zatopił w szkle
i unurzał ciało w bagnie rozpusty
przez zawiść zwyrodniałego stada rozpasanych bliźnich
uległ pijany potędze ludzkich wynaturzeń
i by go kac moralny męczył aż do śmierci
wyrzutem szarej prozy ograniczeń
gdy pióro orze prawdą ugory pod szlachetne zboże
którego nie zbierają wypasieni sakwą lichwy
a depczą goniąc wieprze
aby estetyczna sztuka ich nie uzdrowiła
z ciągot do amoralnego chlewa!
Mamy banał dnia powszedniego uważać za świętość...
Mamy banał dnia powszedniego
uważać za świętość
podporządkować genialny mózg
sprośnym i tępym kacykom
zapisać ordynarnie grubą czcionką
szarą prozę chorych snobistycznie upodobań
a w wybitnym estetyzmem sercu
wyrzec się uszlachetniającego bólu istnienia
na rzecz służalczego ukłonu
w stronę degenerujących cywilizację wypaczeń!
A mysli wolnej od kajdan szmiry nie wolno
ubrać w proste genialnością słowo
tylko masz "zgzić" błazna ukłonem
w stronę wypasionego stada
i ukryć piękno wyrafinowane subtelnością
pod arogancką wieprza chałturą
by wodzowie z kupioną potem i znojem
inteligencją ubabraną w samogwałtu zmazach
zechcieli bycą okropnie głową skinąć
w stronę zeszmaconego mitu
pokarmu stałego współczesnego szleństwa
które to potworne dewiacje
chcą uczyć poetów pokory
psy na srebrników smyczy sukcesu posyłać
aby nieustraszonym synom słońca
poprzegryzały na rozkaz brzęczący mamoną
gardła mówiące dobitnie święte słowa miłości
i by szczere usta nie wydały dźwięku prawdy
gdyż mądrość etyczna może chłam zabić
tłusta karyzela wynaturzonych pajaców
przestanie się bezczelnie kręcić
a ciężkie od chamskiej pychy bałwany
utoną w żałosnym bagnie wrodzonej przekleństwem tępoty
jak faszyzm który pluł nienawiścią
na cudownie piękne słowo poetów
nadwrażliwych kwiatów przeklętej Ziemi!
Rzeczywiste przebudzenie
W sennych marzeniach
orszak weselny
wiodły białe konie
wystrojone w girlandy cudnych kwiatów
a ja tuliłem w ramionach
piękną gwiazd tytankę
o szczerym jak uśmiech dziecka sercu
gorących namiętnością kosmiczną ustach
genialnej mądrości
i szlachetnej dobroci!
A gdy się przebudziłem
czarne jak noc listopadowa konie
pasły się na pustynnych ugorach
przeklętego przeznaczenia
pośród pokrzyw i ostów
unurzane niechlujnie w guanie
tłuste i niesymetryczne szkapy...
- a obok mnie na posłaniu
z ostrymi jadem wściekłości pazurami
spała z nienawiścią w twarzy
zimna i wyrachowana Ziemianka
o małpiej duszy
dla której znaczyłem tyle
co pociągowy tragarz posłuszny
jurny i żywiący się energetycznym owsem
fizyczny pocieszyciel
a poezja pozostała skrywaną tajemnicą
jak zaskórniaki na piwo okularnika
ukryte w skomplikowanej skrytce
przed skąpą jędzą i obleśną heterą!
Bez tytułu
Taję znamię o twarzy poety
grymasem naiwnej ufności
a dłonie
do piór lotnych stworzone
sprzedałem butelce
i topię w tanim winie wiersze
jak pracowita kobieta len
na zgrzebną koszulę
dla jurnego kochanka...
Myśli natchnione oddałem gwiazdom
a ziemi zostawiłem
pijaną w trzy dupy materię...
I czekam promu po duszę
rżnąc na awangardę
tą czarną dziurę kultury
która stworzyła
tysiąc zbridni w ciągu jednej nocy
i ani jednej baśni!
Blask źrenic
Bezwzględna wierność uczucia
gra pokerem kier w miłości
odkrywając serca namiętne pragnienia
gorącym pocałunkiem
i zrzucając przyodziewek
w kąt drżąc na całym ciele
pijąc słodyczy czarownej nektar
z drogich i płonących ust
tuląc kochankę rozognionym szeptem
w silnych pożądaniem ramionach
aż po brzask
szczęścia chwil głodu miłości
w aurze podniosłego oddania
widocznego rozkoszą w blasku źrenic
radosnych tytanicznym uczucia spełnieniem
cudownych w swej wiekowej prostocie
jak słońce budzące szczęśliwych o świcie...
* * *
Nie potrzeba mi nic,
nic mi nie potrzeba,
sprzedam jutro za dziś,
za okruch miłości chleba!
Oddam dom i samochód,
zrzucę z palców złoto,
wejdę w kloszardów pochód,
nie pytając po co?!
Tylko ramię mi daj i usta gorące,
daj twarzy wtulić się w ciepło twoich oczu,
z twej piersi bije w świat estetyczne słońce,
nie odrzucaj z swych ramion splotu dłoni moich!
Do serca mnie przyciśnij,
usta znajdą usta,
a ja w gwiazdy wykrzyknę,
że życie bez miłości jest bezwartościowe,
jak bez perły szlachetnej wydobyta muszla!
Poeci
Poeci - posłowie gwiezdni
drogi ich ruiną życia
słowa prawdą
wiersze pięknem.
Samotni jak gwiazdy
bardowie nocy
zranieni śmiertelnie zesłaniem
z urodzajnej rymem planety
na szatańską ziemię
za budowane z pustych butelek po mocnych trunkach
- teatry
rajskich dziewic uwiedzenie
kaprysem bycia w ciele
jak motyl w butelce
win lichych za winy przednie!
Nie szpikuj mnie erotyzmem...
Nie szpikuj mnie erotyzmem
lecz kochaj mą duszę
tak
jak zmarźnięte serce pragnie płomienia
najszczytniejszych uczuć.
Oświetl ma drogę blaskiem
samotnej Gwiazdy Supernowej
a nie bądź tylko Czarną Dziurą
która połyka miłości światło
wzmaga ust głodnych pragnienie.
Pokochaj poezję me słońce
i wiersze księżyce
a wraz z zachodem ostatnich promieni
przyniosę ci tajemnicze kwiaty
skryte w pocałunku...
Są słowa plebejusze, słowa patrycjusze
Są słowa oceany - są słowa pustynie
słowa wulkany i słowa lodowce
słowa kwiaty i ciernie
słowa nienawiści i miłości
słowa gwiazdy - słowa grobowe kamienie
śmiech i płacz
szept i krzyk
poganin i świętość!
Nie krzucz poeto
dla nocy jesteś patrycjuszem
gwiazd kochankiem
przyjacielem księżyca
gdy czekasz wiersza jak wróż komety
wpatrzony w otchłań
przez nadwrażliwe szyby oczu
ale w dybach samotności
i skuty łańcuchem pragnień
oczekujesz cierpliwie
chwili natchnienia
jak więzień wolności pieśni
która skruszy lody i kajdany
z plebejskiej szaty obnażając cudowne piękno!
Szukasz muzo w mej piersi dla pieśni słodyczy...
Szukasz Muzo w mej piersi dla pieśni słodyczy,
Choć oczy me rozpaczą patrzą w swiata wrota,
Gdy pleni się srebrnikiem szmir głupich kokota,
Świat puchar praw napełnia otchłanią goryczy!
Jeszcze się nie narodził! - Już go wziernik grobi,
Choć dziecię mogło mówić, szczebiotać i płakać,
Sztyletem je przebiła zła matka; psia mać!
Znamię mordu na twarzy śmiechem pychy zdobi!
Czego chcesz więcej w obłąkanych życiu,
Że kwiat młodości alkohol krzyżuje,
Że pajac lepsze jutro kukłom prorokuje:
Jam człowiek, a nie kukła! - I płaczę w tym życiu!
Realizm czerwony
U źródeł życia czarne żądzy chmury,
I kwiaty rozdeptane w barbarzyńskim błocie,
W koronę zdobna szmira, cór komuny krocie,
Jak dziewka babilońska w kolorach purpury!
Alt pieśni srebrnych tony żebrze na ulicy,
A Muza słów skrzydlatych wiedźmą rynsztokową,
Gdy geniusz pióra dłoni; łodzią Charonową,
Karły biją pokłony szmiry żądz karlicy!
Pogan bożki czerwone w sercach zdradą piszą,
Cyrograf pieczętują głupotą swych twarzy,
I srebro Judaszowe waga oczu waży,
Karły nie czują prawdy! - Dźwięk srebrnika słyszą!
Ja tylko młode orlę z wiecznym piórem w dłoni...
Ja tylko młode orlę z wiecznym piórem w dłoni,
Gdy dusza ma tęczową planetą neonów,
Której jażń słyszy krzyk Wszechświata plonów,
I która pędzi w otchłań szóstką Pegazowych koni!
Zaprzęgam je jak w bryczkę; w dyszl Wielkiego Wozu,
A bat poezją kręcę z ogona komety,
I pierścień Saturnowy wiozę dla poety;
By się z Muzą zaręczył! - Ucieka! - Dlaczego?!
Socrealizm
W ogrodzie Polskiej Muzy słowem tępym krzyczy,
Mafia kuglarzy, karłów, szaletników,
Hańbiącej żądzy tubylczych pątników;
- W żałosnej szmirze o srebrniki kwiczy!
Szaty Muzom poezji zdarte zdradną dłonią,
I wpędzono je nagie w piekło tanich burdeli,
Czerwoną wiedźmę zbrodni w laury przyodzieli,
I przed córą Koryntu tępe głowy kłonią!
Srebrzysta karawana gwiazd mocarnych ciszą...
Srebrzysta karawana Gwiazd mocarnych ciszą,
Wabi oczy tęskniące, natchnione nadzieją,
Ze wiatry księżycowe miłość z snów przywieją,
A słodkie, drogie usta do snu ukołyszą.
Stopą bosą przebiegasz po rosie radości,
A słoneczną modlitwę ranek ci wyśpiewa:
- Dziewiczym wstydem kobieta dojrzewa!
- I cnota; najdroższa matka cierpiętnej ludzkości.
Marek Zabielski
Data dodania:
Komentarze
|