|
Śnięty graal
To nie Święty Graal a śnięty
pojemna szklanka z mocnym trunkiem
kielich z tanim winem niosącym upadek
w dłoń spracowaną piórem
biorą wybitni poeci
i piją haustem do dna
doznawszy dna poniżenia mocy
spadają alkoholem uśmiechnięci
głęboko w sztolnię tragicznej otchłani
zadając sobie straszliwe rany
brakiem umiaru w tęgim piciu
pędzą pijanymi końmi potrzasku duszy
w stronę dramatycznej krawędzi przepaści
oryginalni przekleństwem szaleńcy
z prometejskim geniuszu ogniem
w przepięknych a smutnych oczach
których konkretna prawda gasi chorą rzeczywistość
uwikłanych barbarzyńców prostaczego bytu w jaskini
którzy za posłuszeństwo zdegenerowanym modom
zeszli do kupionej na kredyt tłustej chaty
szaleństwem służalców obudzili w duszy
zew stada potomków Neandertalczyka
wymazując ordynarną tandetą
wielkość klasycznego słowa
i honor szlachetny dumy Tytanów
za lichwiarski żywot za srebro wbrew etyce
w egoiźmie snobistycznych oczekiwań
nichlujnych drwali rzucających w piękno siekierą
by mrok ohydnych chamideł i przekrętów
stricte psychologicznych - socjologicznych - estetycznych
nie wyszedł z tarczą etyki poza kręgi karłów egzystencji
i by skonał ludzki szacunek na rzecz mutantów szyderstwa
a na oścież stanęły wrota piekieł
i diabeł z biczem nałogu i przyjemności
wganiał w czarną zagrodę młodzież jak bydło
a śmiał się cynicznie patrząc w stronę Nieba!
Poeta współczesny
Poeta współczsny w przyjaźni ze szczerym piórem
ale wtopiony w czarną masę prozaicznego banału
okratowany dewiacyjnymi paragrafami bezsensu
postawiony przez szyderców jak strach na wróble
na straży zapomnianej moralności
jak małe naturalnie dziecko
przed kloszem smacznych łakoci
i z głodem pieszczot uczuć
gdy nagie i zgrabne jak cholera Nimfy
wołają puszczając figlarne oczko
do rozłożystego i bogatego w pokusę łoża
i łżą patrząc rozkosznie w oczy
że wierszoklecie tylko opowiedzą grzeczną bajeczkę
na dobranoc snów zaczarowanych niewinną rozkoszą
a tańczą taniec namiętnej pokusy
bezpruderyjnie obnażają wdzięki
krzyki zachwytu przywołują prośbę o miłość
i oddają skarby ukryte w trzewiach
wywołują gorące westchnienie
aż drży modlitwą cudu oddania
rozgrzany ogniem zachwytu kręgosłup
i rajskie smaku miłości ptaki
kreują grymasem twarzy wielki odlot
w czeluście niokiełznanej szczęścia ciała boskiej wibracji
tuląc w rozdygotanych ramionach gorące ciepło
jak w skwarze umierający na pustyni z pragnienia
łapczywie chwyta w spieczone żarem usta
krople źródlanej wody gaszącej płomień warg
i błagalnym wzrokiem prosi naturę o jeszcze
bo inaczej spłonie w ogniu pożądania
gdy się pokusy do syta nie napije
i nawet wtedy gdy żarłoczna spełnienia kochanka
byłaby krwiożerczą modliszką!
XXI wiek
Chciałbym gorące serce ludziom dać,
Parszywy los niemocą to utrudza,
Jak majak na pustyni co wodę ułudza,
Tak światu skarbów duszy nie mogę oddać!
Dziś ideałem pogoń za pieniądzem,
Rzucone dzieci na pastwę ulicy,
Gdzie Szatan sprośny jak podły wieprz kwiczy,
A młodzież pędzi przeklętym pociągiem!
- Narkotyk, forsa, bryka, chata cudna,
- Marzeniem błędnym sex i wyuzdanie;
Labirynt podłych ulic, serc dobrych konanie,
I naga postać żądzy, i wiara zbyt nudna!
Gdy nie masz czym się wkupić w orgie nieprzebrane,
Jesteś lżony jak dziad stary przy dyskotek budzie,
Pchną cię w szyderstwa bagno opętani ludzie,
Gdzie bezczelny trąd duszy drwi cynizmem w oczy zapłakane!
Mrok chory w myślach, chciwa ręka, brak serca i marzeń,
W piersi głaz jak lód zimny i słowa przeklęte, bolesne,
I to! - Co miało być dla kobiety; u dziecka przedwczesne,
I tysiąc barw sprośności w świecie bestialskich wynaturzeń!
Pycha prostacza w twarzy, "proch" w duszy, dłoń z nożem zabija,
Męża, niemowlę, nastolatka, starca, bezdomnego żebraka,
We wściekłych ustach słów wulgarnych ordynarna kloaka,
Drętwe jak trup węża sumienie co karę splunięciem za kasę omija!
Słońce krwią zajdzie, Ziemię w proch przeraźliwie martwy wysuszy,
Huragan z tsunami zniszczy wszystko co ręka ludzka zrobiła,
Bandziorów ze świętej Ziemi do cna wydusi trąd, aids i kiła,
A jęk miliardów z Otchłani bezczelnie przerażliwy śmiech szatana zgłuszy!
Dwie ręce i jedno serce
Kto cię pokocha
gdy przeklęła cię matka
pokazała gniewnym wściekłością palcem ulica
grzesznego księdza pełna pychy prostackiej twarz
tłustym podgardlem wykrzyczała ci nienawiść
i szepnął chorym zwyrodniałością fanatykom
aby cię cynizmem opluli i zepchnęli z drogi normalności
bo naraziłaś się wykształconym szubrawcom
za moc tytaniczną mówienia prawdy
i nazwania zdegenerowanego folwarku burdelem
a klecha uwikłany w intrygi, karty i kochanki
nigdy w chciwym rozumie nie pojął
co łączyło Chrystusa pełnego najwyższej dobroci
z amoralną i grzeszną Marią Magdaleną
i jaki był pełen altruistycznego poświęcenia
uszlachetniający wyzutą z człowieczeństwa grzesznicę
cel dający potężną wielkość Synowi Boga w ziemskiej powłoce!
A dziś czarny motłoch w białych kołnierzykach
morduje w biały dzień z premedytacją
współczesnych i w miłość bogatych Chrystusów
aby nie pomogli samotnym i odrzuconym
Magdalenom szukających wśród zgliszcz etycznego estetyzmu
Romea
który kupuje kochankę łykiem szaletniczej prozy
i garścią złudnego białego szaleństwa dosypanego do coli
gdy anioł obdarty z człowieczej cnoty trucizną
kładzie nagie ciało na barykadzie wypasionych aut
i z przyzwoleniem alfonsów obłudą patrzących
i ich pracodawców w dobrze skrojonych garniturach
braci rodzonych kaprawych debilstwem hien
z ich rozkazu stołujesz w trzewiach psychicznych kretynów
którzy jak wściekłe psy ze sztywnymi i żylastymi ogonami
czekają w kolejce przed tanią jatką zwyrodniałej chuci
i wyjdą z wesołością wieprzy jurnych w zachwycie
gdy chemiczna nieprzytomność podcięła ci skrzydła
spadasz z Volva maski w brudną czeluść piekła
za burdelowe srebrniki sprzedanych aniołów!
Leżysz bez czci i dumy kobiecej
zwinięta w niechlujny rogal
a gdy się ockniesz zhańbiona
pośpiesznie wdziewasz porwane gatki
i choć nie wiesz dobrze co się stało
płaczesz żałośnie i wylewnie drżeniem sutków!
I nie wiesz dokąd pójść
stawiasz ostygłe z dziewczęcego blasku dwojaki oczu
na rogu ulicy pełnej pełnej obdartych z godności koleżanek
łzy wstydu i żalu za grzechy mrozisz reklamą
spuszczasz w dół przepastny powieki
by nie widzieć pięknych i czystych estetyzmem kwiatów
bo w obłędnym ciągu koszmarnych zdarzeń
wiesz instynktem wrodzongo przetrwania
że gdy się z amoku wulgarnego przebudzisz
to maskotką ci będzie szara - motelowa pościel
cuchnący alkoholem i gorzej od fekalii potem
zdziczały potwornym wyuzdania ucywilizowaniem
wychowany szyderstwem w bagnie demokracji: Romeo!
Za sprzedane drogo dla duszy
a tanio przeliczywszy na marne za takie usługi grosze
dostaniesz od bezwzględnych alfonsów łóżko w burdelu
wódę, narkotyki i kilka kanapek
a w krótkiej samotności między klientami
żałosnymi bestialskim ścierwem chuci
spadną wielkie jak spodki od szklanki herbaty
łzy potężne i łkające wielkim jak Wszechświat smutkiem
których żaden żar znany śmiertelnym nie osuszy
a mogłyby je otrzeć do sucha i usta oczarować uśmiechem
dwie czułe ciepłem miłości ręce
i jedno kochające serce!
Tamtej jesieni na próżno krzyczały żurawie...
Tamtej jesieni na próżno krzyczały żurawie
i głos ich mówił nie jedz
gdy niosłaś to zatrute jabłko
skryte pod słodką przędzą twarzy
serca ohydnej larwy
w kolorach uśmiechniętego cynicznie motyla
i nie widziałem wpatrzony w urody czarownicy
wyeksponowane ekskluzywnym szyderstwem piękno
tej przeklętej żądzą chuci rozpasanej żmiji
co miała wszedłwszy podstępem w serce
przebudzić się cierniem w piersi
i utalentowanego pióra krzyżem
po wieki wieków ziemskiego bytu
aż cierpienie zabije przekleństwo
i wrócą poeci do Edenu Muz
pisząc geniuszem tak wielkim jak Droga Mleczna
jak zwyczajnym piórem po bezkresnym Niebie!
Marzysz, że drogą idą i już trąby słychać...
Marzysz, że drogą idą i już trąby słychać
Archaniołów, co ziemskie odwiedzili kraje,
I nie zemstę nam niosą, lecz Gwiaździste Raje,
I utulą te dzieci, które płaczą cicho.
Wchodzą w polskie gościńce, sypią iskry krasne
Na głowy co w pokorze do snu waśnie kładły,
I podniosą te kwiaty co z ciemności padły,
Choć ciała ich zbrudzone, ale dusze jasne!
Dżet* z dymkiem
Patrz poeto
tam źle ucywilizowana matka
przekłina naiwny altruizm córki
która szczerym sercem pomaga wykolejonym
a syn tratyje kopytem narkotycznego głodu ojca
za baty nadmiaw alkoholu
na delikatne plecy dobrego dziecka
któremu wrosną na całe życie w duszę
pręgi cynicznej nienawiści
i palący trzewia zew odwetu
najlepiej na słabszym
albo choć ułomnym!
Pękatą walizkę wyrzuca przed drzwi
Jul Romowi
bo Szekspir zapomniał napisać
a może geniuszem przewidzieć
że najszlachetniejszy Romeo
książe dozgonnej miłości
był pełen estetycznej kultury
i nie potrafił uderzyć w twarz
nieprzytomnej od narkotyków Julii
by się ocknęła
wyszła z szału szatana wernisażu
w amoku zdeformowanych obrazów
przeklętych skarbców chorych urojeń
kupionych na mecie dealera
za ciąg wulgarnych wynaturzeń
zrzucenia w bagno rozpusty świątyni ciała
za miligramy kupione za ciężkie grosze
śmierci szlachetności przez durną ciekawość!
Upiorna noc
Ja, deszcz i noc
i ciemna droga
i więcej nikt!
Krople i ja
I wiatr w me uszy
co płacz mój głuszy!
Dlaczego płaczę księżyc wie
lecz skrył swą tarczę za ciemną chmurą
nie wiem za którą!
Choć Mleczna Droga jasna na niebie
ja nie wiem która idzie do ciebie
bo chciałem spytać gdzie ma dziewczyna
- kiedyś tu była!
Była tu ze mnąw noc - w wiatr - w deszcz
gdy jako motyl kochałem słońce
i czułem noc - i dzień - i cześć
zjawo miesiąca!
Nie minie mrok - i szał - I dreszcz
w głębi mej duszy
I tylko kac - straszliwy kac
co dzień mnie suszy!
Spfzedałem się butelce tej co szatan nosi
za cierpień lęk - za płaczu śmiech
o duszę prosi!
Duma pękająca jak wiosną lody Antarktydy
I oto koniec poetyckiego etapu
którego przepastny kanion bez dna
podłości zwyrodniałej ludzi
chciałem przeskoczyć mimo
straty królewskiej miłości
przegranej walki o dobro
spopielonych gniewem uczuć...
Przede mną stoi pusta szklanka
próżne butelki po winie *
pękate flaszki po mocnych trunkach
a przez zamglone lustro życia
jasno i ostro widzę
rozdeptane na podłodze pełnej kapsli
rzeczowo tak zwanych "łabądków"
dumne pióro strzaskane
cynizmem posłusznego pajacom cenzora
mordującego szyderczą pychą - Prawdę!
Wesoły wiatr gra koncert za oknem
wieje dumki szczęśliwe dla kogoś obcego
a w radio brzmią wesoło dla innych
radością estetyczną roześmianych
tętniące szczęsciem genialne piosenek kawałki
sułtańskim klejnotem zaczarowane
dźwięki budzące w sercu Miłość!
Aja znów sam
gwiazda liryki w wielkiej tęsknocie
Romeo przeklęty spragniony czułości
głodny łez szczęścia
jak pustynia rozogniona wody
oczekujący wyśnionej kobiety
wpatwję się głodem uczuć
w pusty bezkresem smutku widnokrąg
czekam cudu spełnienia materialnego
obrazu marzeń zakodowanego w pamięci
w skarbcu najszlachetniejszych wspomnień
w słowie mej duszy
skierowanym szczerym pacierzem
w stronę majestatycznego Nieba
oczekując echa pieśni Aniołów
które zdejmą ze mnie nieszczęścia kajdany
i dyby klątwy samotności
choć patrzę wyżej niż sięga człowiek swą mocą
nad głową przechodniów szukam złotej miłości aury
i uciekam myśląw poetyckie przestworza
gdyż nawet wzrokiem boję się zejść
na tragizmem zdrady zwyrodniałą Ziemię!
Nic nie robię
a brak mi sto lat świetlnych czasu
i choć mrowie ludzi w pobliżu
nie schodzę z własną namiętnością w banalną prozę bytu
tylko czekam wieki temu straconej
Egerii mocy mądrości mego słowa biegu
hipnotyzując telefon aby się odezwał
w słowa tak nudnie zwyczajne
~już jestem mój miły~
dostając gorący pocałunek
a mnie by się urodziło w ustach
tysiące zaczarowanych serdecznością wylewną słów
a tu grobowa cisza rozsadza sykiem węża w uszach
bolesnym smutkiem skołatane skronie!
Wiem
że pewne rzeczy muszę skorygować
zaakceptować bieg nut deszczu o rynnę tak naturalnie
jak pianie koguta na płocie w letnią spiekę mocy pożądania
przyzwyczaić ucho do skocznej pospolitością tonacji
zapomnieć o Efemerydzie gwiezdnych pocałunków
przyjmując w gości zwykłe prozą bytu serce
bo życie swobodnie może się toczyć beze mnie
nim jak dumny kot zejdę z marzeń genialnych dachu
na zwykłą i pełną rubasznej gwary ulicę
przełamując klasycznych Tytanów dumę
braku wobec szarej prozy tolerancji
zwyczajnie zadzwonię!
Kopciuszek
Motto: Wiatr uczuć nie będzie wiał inny na tej Ziemi,
od tego, który we własnych sercach wytworzymy.
Na półce betonowej wieżowca
z dłońmi przy grzejniku
oczyma w szybie
przebierasz twarze niczym mak Kopciuszek
i czekasz wieczoru
dźwięku decybeli w alkoholu
na scenie prymitywnych zachowań
gdzie pobiegniesz w nowych pantofelkach
lecz nie wiesz
czy o północy uczciwie wrócisz!
Lecz pamiętaj
królewicz piekny i inteligentny
nie będzie cię szukał
bo runął na stolik twarzą w bufecie
a jedynie wściekłe psy
pójdą twym śladem
by cię skosztować
gdy padniesz!
Dziewczynka z zapałkami
Nie chodź tam
gdzie z ust naćpanych potworów bucha siarka
gdzie trans jak przekleństwo ponosi twe ciało
w objęcia Neandertalczyka z betonowych jaskiń
który jak byk ze złotym łańcuchem u szyi
wszedł bezczelnym przekleństwem na estradę
którego alkohol nauczył się kręcić
dookoła człona
i patrzy niczym Polifem
pocąc się w rozkroku
na tłuste zady ogłupionych prochami owiec
by wyłowić Penelopę Odyseusza
okręcić czarcim strojem wyuzdania
i kamieniem żądzy uderzyć w szlachetną wierność!
Nie idź tam
usiądź cicho nad kartką
zapal zapałkę
napisz nowe wiersze
nim pogubisz drogi i buty
i miłość
która raz jest tylko pierwsza
a w rozkoszy delikatnej i wrażliwej
jest przecudownie piękna!
Śnieżka
Ugryziesz jabłko i popłyniesz
w dale muzyki która gra ci w łonie
apetytem za mierną miłością
tęsknotą dewiacyjną
za wulgarnych pieszczot smakiem!
Lecz tych lat które przetrwonisz
nikt ci nie zwróci
nic nie umyje dziecinnej buzi z szaleństwa
i kiedyś nadejdą wyrzutu bóle
porodu zmysłowego zła
przed dobrym sercem
kochającego cię człowieka
lecz jak potwornie wstydliwe i bolesne!
Był taniec i śmiech
jest płacz i krzyk
bo porzuciłaś niebo normalności
spadając w wynaturzone piekło
przeklęłaś cudowne szczęścia przyszłe dni
wpijając namiętne usta szatanowi w szyję
wybierając bezsenne noce z pijanym potworem
nad estetyczne piękno
śpiac w barłogu z uczuć bankrutem
a twe wrażliwe serce pozostało
krainą martwych łabędzi...
Marek Zabielski
Data dodania:
Komentarze
|